Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

A życie toczy się dalej...

sobota, 20 marca 2010 15:16

     Trochę się działo w ostatnim okresie. Gdy dyżurowałem w Miłkowie odwiedził mnie kolega Jacek, którego poznałem w ubiegłym roku podczas moich wędrówek po Bieszczadzie. Pogadaliśmy sobie o tegorocznym spotkaniu w Bieszczadach, o zdrowiu i innych sprawach życiowych. Jacek wybiera się na zasłużoną emeryturę. Widać mu już dopiekły te polityczne "reformy" w służbach mundurowych i woli się "wynieść" na pełną emeryturę, niż znosić idiotyczne pomysły i fochy szefów, polityków i wszelkiej maści hołoty, która się przy "reformach" kręci. Na koniec pstryknęliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie w moim pokoju.
                            *

                Jacek i ja w Miłkowie.

     Życie nie znosi próżni, a emerytowi nie dane jest wypoczywać. Myślałem, że już na zawsze pożegnałem się z swoją dawną firmą i już sobie swoje życie zawodowe i duchowe poukładałem jak należy, a tu masz babo placek. Mój dawny zespół terapeutyczny się zmienił, przyszły nowe terapeutki, które na nadmiar zdrowia raczej narzekać nie mogą i... jedna zachorowała, druga poszła do szpitala i nie ma komu pracować. Mój szef (ten sam co w Miłkowie) poprosił mnie abym przyszedł na zastępstwo i... Zgodziłem się, ale bez nadmiernego entuzjazmu, gdyż mam świadomość orki jaka mnie czeka. Wyszło jak wyszło i na razie sam ciągnę terapię na oddziale i czekam, aż wróci jedna z terapeutek. I nawet jak wróci, to nic się nie zmieni na lepsze, gdyż kolejna szykuje się na jakieś kilkudniowe badania w szpitalu. Powiadają, że jak Bóg chce kogoś ukarać, to go w ciemię pierd.... Mnie walnął i to mocno. Nic to, trzeba będzie przeżyć chwilowe ocipienie. A i kasa też się przyda, choć nie ona była powodem mojej zgody, jeno prośba szefa, a szefowi się... 
                              *

Nasz dawny zespół terapeutyczny. Została z niego Arleta (pierwsza z lewej), oraz Renia, która siedzi przy mnie. Nie ma już szefowej Magdy (druga od lewej), nie ma Bożenki (trzecia od lewej) i pielęgniarki Ani stojącej z tyłu. 
      Magda odeszła na lepszą fuchę, Bożenkę zredukowano z powodu kryzysu, Ania wróciła do pracy na swoim dawnym oddziale, a ja poszedłem na emeryturę. Szkoda tego zespołu, bo jakoś się zgraliśmy i było fajnie.
     A teraz coś dla ducha. Dzisiaj byłem na Sejmiku Towarzystwa Ziemi Głogowskiej, w którego władzach jestem. Fajnie wypadła multimedialna prezentacja naszej trzyletniej kadencji. Wydaliśmy parę książek z historii Głogowa, przewodnik turystyczny, legendy i inne publikacje broszurowe z ciekawych wykładów i konferencji naukowych. Nazbierało się tego trochę. Przez trzy lata odbyło się wiele ciekawych wykładów historycznych. Po tym "sprawozdaniu" zarząd uzyskał absolutorium i... Nastąpiły pewne zmiany w wyborach władz i paru nowych dokoptowaliśmy na miejsce tych, którzy odeszli na drugi brzeg, albo z uwagi na zdrowie nie mogą być w pełni dyspozycyjni. Fajnie, że zasilili nasz młodzi ludzie, którzy mają szansę na rozwinięcie swoich skrzydeł i realizację nowych pomysłów. Najważniejsze, że prezes i jeden z zastępców zgodzili się na powtórną reelekkcję na najbliższe trzy lata.
     A teraz coś dla zaspokojenia mojej "próżności". w najbliższą środę jadę do Przemkowa na uroczyste posiedzenie GKRPA, na którym odbędzie się prezentacja ubiegłorocznych dokonań na niwie trzeźwości i przyjęcie nowych zadań do realizacji. Ja brałem w tym udział, bo jakoś wsiąkłem w ten Przemków i lubię ludzi z którymi współpracuję. To jest świetny i kompetentny zespół, z którym wiele można zrobić, a i mnie się przyda trochę  "kadzidła i wrzosowego miodu" na moje skołatane serducho. Bo dobrych słów nigdy za wiele, podobnie jak spotkań z innym, fajnym Człowiekiem. Pewnie i płytę z prezentacją naszych ubiegłorocznych dokonań dostanę. Miło mieć taką pamiatkę dla wnuków, aby dziadka mile wspominali jak odpłynę na drugi brzeg Styksu.
                          *
    
Zdjęcie "rozwodowe", czyli ja z Lidką, moją szefową w Przemkowie. Mam nadzieję, że mąż Lidki się nie obrazi, bo znamy się zawodowo jak jeszcze panienką była i fachu się uczyła. A że była i jest pojętna, to fajne rzeczy wymyśla i dobrze kieruje zespołem. No i zdjęcie wykadrowałem z grupowego. Czego ten komputer nie potrafi.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Za oknem biało

poniedziałek, 15 marca 2010 10:48

     Gdy wyjeżdżałem i dojechałem w czwartek do Miłkowa pogoda była wiosenna. Jednak coś się Bozi pokićkało i na drugi dzień zaczął padać śnieg. Temperatura dodatnia, a więc śnieg się topił. W niedzielę trochę naprószyło w Miłkowie, ale za to w Jeleniej Górze padał deszcz i było jesiennie. Gdy autobus piął się w górę do Podgórek, to śniegu było do cholery, a nawet pługi śnieżne były w robocie. Od Świeżawy było wiosennie i tak do samego Głogowa. W niedzielę Najwyższy sobie walnął deczko ambrozji i uraczył nas śniegiem a piać od nowa. Dzisiaj mam słoneczko za oknem, temperaturę dodatnią i śniegu dość sporo. Nawet drzewa są białe. Coś mi się zdaje, że z tym globalnym ociepleniem to jedna wielka kicha i chyba ktoś na tym kasę robi. Ale do rzeczy...
    Kasia Rzeszowianka obwinia siebie za brak wiedzy o krzyżach pokutnych. Droga Kasiu, krzyże pokutne przyszły do nas z Niemiec, bądź Czech i dlatego najwięcej ich na Dolnym Śląsku, ponoć 580. W całej Polsce jest ich 600. Dlatego nie ma ich w Twoich stronach, bo gdzie Rzym, a gdzie Krym. Ale za to u Ciebie są piękne cerkiewki, a u nas są i owszem, ale współcześnie postawione, bądź zaadoptowane z ewangielickich kościołów przez prawosławnych i grekokatolickich Łemków, których prawem kaduka deportowano z Łemkowiny na Ziemie Zachodnie i Północne. Niby komuszkom chodziło o ich rzekomą współpracę (sic!) z UPA, a tak po prawdzie chodziło o wynarodowienie i stworzenie jednolitego etnicznie państwa powszechnej szczęśliwości. Komuszy marsz do świetlanej przyszłości na szczęście się skończył i mamy demokrację, a w niej... Teraz za to jeden z Kaczorków obiecuje nam powszechny wyjazd do Egiptu za parę lat. Pewnie na budowniczych nowych piramid. 
     Moja znajoma  w komentarzach pyta, czy są leki na to, aby przestać pić. Otóż takich nie ma, są jedynie wspomagające dla tych, co nie piją idąc w zaparte, bądź wymuszają abstynencję anticolem, czyli takim "straszakiem" dla desperatów. Po anticolu jak się wypije, to można się przenieść na łono Abrahama i kwiatki powąchać od spodu. Takim desperatom można serwować różne antydepresanty  i psychotropy, aby samopoczucie poprawić. Jednak nie ma leku, który skutecznie usunie głód alkoholowy, zmieni myślenie i zachowanie, że o duchowości nie wspomnę.
     Ja nie piję dzięki tarapii, a wszelkie "wspomagacze" lekowe omijam szerokim łukiem. Ja tam wolę trzeźwieć duchowo, bo trzeźwienie fizyczne i umysłu mam już dawno za sobą. Bo aby wytrzeźwieć należy usunąć skutki picia, zmienić swoje myślenie i zachowanie o 180 stopni i do końca życia inwestować w sferę duchową, która odpowiada za system wartości, zainteresowań i spotkań z dobrym Człowiekiem. Ja na razie wiem tylko, że dzisiaj będę trzeźwy, a jutro... Też jest przecież dzień. Wybór należy do mnie. I tak mi przeleciało prawie 27 lat. Ponad ćwierć wieku życia bez alkoholu i katowania siebie bólem, że już NIGDY nie wypiję. No i bez zawracania sobie dupy prochami. Trzeźwość to mój wybór i dobrze mi się żyje bez alkoholu. Nie widzę w tym też żadnego bohaterstwa, ani szczególnych zasług. Ja po prostu uratowałem swoje sobacze życie, rodzinę, system wartości i zainteresowań w jakich mnie wychowano. Czyli nikomu łaski nie zrobiłem, bo świat bez takiego alkoholika jak ja, nie byłby gorszy, ani lepszy. On by istniał nadal, tylko ja bym kwiatki wąchał od spodu kichając w dębowej jesionce. A tak żyję i wierzę, że jeszcze czegoś ode mnie ten świat oczekuje.
     Fajnie piszą moje znajome blogowe poetki o wiośnie, ale do kurwy nędzy dlaczego się ona opóźnia? Bo ja mam już pomysł na wycieczki szlakiem zamków Dolnego Śląska. Znalazłem bratnią duszę z samochodem, która powędruje ze mną. Ja dam na paliwo (gaz), bratnia dusza samochód, papu na pół i... Komu w drogę, temu trampki.
                         *
    
Mam w planie kolejne zwiedzenie zamku Grodno. Widok zamku z dołu.
                           *

Aby ze szczytu wieży pooglądać zamek (część w ruinie) i okolicę.
                          *
     Dziękuję Indiance za przysłanie mi swojego tomiku poezji "Liryki Zachodzącego Słońca". Ja Ci skarbeńku za to wysyłam swoją pierwszą książkę "Wędrowiec czyli skrzydlata dusza".
                             *
    Dla zainteresowanych moimi alkoholowymi i trzeźwościowymi zmaganiami mam jeszcze parę egzemplarzy do sprzedania "Usłyszałem pukanie od spodu", która, jak mawiają dobrzy ludkowie jest pomocna w trzeźwieniu i zaprzestaniu picia.
                            *
    Przy porannej kawie przeczytałem w Wyborczej, że prezydent Rosji podpisał ustawę, która zamienia onuce w armii rosyjskiej na bardziej funkcjonale skarpety. Bo nic tak nie cuchnie jak Wańki onuce od roku już nie zmieniane.

komentarze (18) | dodaj komentarz

Przemyślenia

środa, 10 marca 2010 10:54

     Po wycieczce krajoznawczej pora na moje rozważania o życiu. Po wycieczce zostają miłe wspomnienia i parę zdjęć, a życie toczy się nadal.
     Mam od pewnego czasu wrażenie, że biegnie ono zbyt szybko, za szybko. Nie chodzi o to, że narzuciłem sobie jakieś zawrotne tempo i biorę nadal udział w wyścigu szczurów. Nic z tych rzeczy, bo już dawno nie pędzę za sukcesami i nie muszę niczego udowadniać. Czuję sie spełniony, choć nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Nadal wierzę, że świat coś jeszcze oczekuje od takiego mizernego robaczka jak ja. Nie są to już jakieś wygórowane oczekiwania, ale jeszcze parę książek zdałoby się napisać, kilkanaście publikacji, no i paru nieszczęśników ściągnąć z alkoholowej rafy na bezpieczną wodę. No i jak dobry Bóg da, to większej gromadki wnuków doczekać.
     Nie czuję się stary, bo dusza u mnie młoda, nie czuję się zramolały, bo mam jeszczę trochę wigoru i parę pomysłów na życie. Jednak zegar tyka, a czas płynie nieubłagalnie, ale mam nadzieję, że moja świeczka życia jeszcze się trochę popali. Dlatego w swej duchowości fotelowej bardziej wykorzystuję podarowany mi czas i nie marnotrawię go na jałowe spory, głupie i pochopne decyzje, których bym potem żałował. Nie szukam nowych przyjaciół, ale pielęgnuję te przyjaźnie co mam. Staram się być wśród ludzi i dla ludzi, ale bez przesady. 
    Niedawno zadzwonił do mnie mój dawny klient z prośbą, abym mu znalazł kogoś do pomocy w montowaniu mebli, bo on niekumaty w tej dziedzinie. Niestety czasu było niewiele i nie mogłem mu pomóc. Jednak sobie wtedy pomyślałem - stary, przecież mi obiecałeś, że będziesz chodził na grupę, a słowa nie dotrzymałeś. Teraz jesteś sam i masz banalne problemy, a nie byłoby ich, gdybyś był z nami. Jestem pewien, że nikt by ci nie odmówił pomocy, a tak...
     Źle się dzieje, gdy sami się skazujemy na samotność, bo przecież człowiek jest istotą stadną i nie powinien żyć w osamotnieniu. A ty się brachu na taki los sam skazałeś, wierząc, że sam sobie poradzisz z problemem. Nie powiem, z abstynencją sobie jeszcze radzisz, ale farmakologicznie, a nie terapeutycznie. Szkoda, że zapomniałeś prostej prawdy - alkoholik pije w grupie i powinien trzeźwieć w grupie. Bo w grupie jest raźniej i bezpieczniej w myśl starego porzekadła: "Kupą mości panowie. Kupa śmierdzi, kupy nikt nie ruszy".
     Ja nie piję 27 rok i to dzięki temu, że nie jestem sam. Bo skoro alkoholik to taki "kiszony ogórek", to niech sobie siedzi razem z innymi kiszeniakami, bo nigdy nie stanie się świeżym i pachnącym ogórkiem. To se ne vrati, jak mawiają nasi sąsiedzi z południa. Ja na szczęście mam swoich kiszeniaków, ale mam też wielu znajomych wśród zielonych ogórków. Jednak bezpieczniej czuję się wśród ogórasów, którzy się zakisili, wyskoczyli z alkoholowej zalewy i przerwali proces kiszenia. Bo ciągłe kiszenie doprowadzi do samounicestwienia. Dlatego bądźmy wśród swoich na dobre i na złe. Nie odrzucajmy jednak przyjaźni i znajomości normalnych, zdrowych ludzi. Nie odrzucajmy świata, bo jesteśmy jego cząstką. Nic to, że małym i nic nie znaczączym pyłkiem, który istnieje w wszechświecie. Bo tak długo jak istniejemy możemy być potrzebni, a świat czegoś będzie od nas przecież oczekiwał.
     Świadom reakcji na mój wpis o walentynkach z całą premedytacją nie napisałem o Święcie Kobiet 8 marca. Postanowiłem sobie, że nie będę się wymądrzał, co nie znaczy, że o Paniach zapomniałem. Nadal Was odwiedzałem na blogach i wpisywałem swoje mniej lub bardziej udane rymowanki. Słałem pozdrowienia serdeczne i różyczki. Moim paniom w domu kupiłem po tulipanie i stosowne życzenia złożyłem, a znajomym esemesy z życzeniami wysłałem. Wolałem się jednak publicznie nie wypowiadać, bo nie lubię tracić znajomych, a Święto Kobiet wzbudza różne, często skrajne emocje i prawem kaduka jest uważne za komunistyczne przeżytek. A przecież geneza jego powstania nie była komunistyczna, jeno komuchy je przywłaszczyli i zdeprecjonowali. Dla Pań zawiedzionych moim milczeniem stawiam swój krzyż pokutny bez rytu...
                             *
          
Posypuję głowę popiołem ze słowami mea culpa, mea maxi mea culpa.

     Jutro jadę na cały wekend (powolniak) do Miłkowa. Dla chleba panie, dla chleba. A dla ducha, to wpadnie do mnie kolega Jacek, którego poznałem w Bieszczadach. Jest teraz w Karpaczu. Oj sobie pogadamy.

komentarze (19) | dodaj komentarz

Sobotnia wycieczka

niedziela, 07 marca 2010 10:08

     Miło mi, że moje rozważania o przyjaźni ludzi płci odmiennej wywołały tak wiele miłych komentarzy. Dziękuję za nie i cieszę się, że wielu uważa podobnie jak ja, że taka przyjaźń jest możliwa. Należy jednak do bólu przestrzegać granic intymności i nie posuwać się za daleko. A to już jest bardzo trudne. Lubię takie filozoficzno-etyczne rozważania, bo w życiu bywa przecież różnie i często czekają na nas przeróżne niespodzianki i ciekawe spotkania z drugim człowiekiem.
    Kasiu Rzeszowianko, ja Ci wierzę, bo sam spałem z dziewczynami na jednej wersalce i nic nie kombinowaliśmy. To było prawie 35 lat temu, gdy hormony buzowały jak oszalałe.  
     Jeszcze będę wracał do podobnych rozważań, bo są mi szczególnie bliskie, może to z racji wieku, albo wykonywanego  zawodu? Jednak nie czuję się jeszcze starym pierdzielem i lubię jeszcze coś zobaczyć i przeżyć. Dlatego towarzyszyłem w sobotę mojemu koledze, który jechał do Miłkowa coś pomierzyć, a ja się z nim zabrałem, aby zobaczyć ciekawe zamki, baszty, etc... Bo Dolny Śląsk słynie z takich właśnie zabytków i ciekawych perełek architektury. Nawet jest udowodnione naukowo, że przez niego biegł szlak Templariuszy, którzy stawiali nań swoje komandorie i kościoły. Nie ma praktycznie miejscowości, aby czegoś ciekawego nie można było zobaczyć. Nie sposób też opisać wszystkie zabytki jakie widziałem po drodze, a więc opiszę jedynie te, które wywarły na mnie najwieksze wrażenie. Dlatego zacznę od Jawora.
                            *
 
Kościół Pokoju w Jaworze. Były takie trzy na Dolnym Śląsku. Zostały jedynie dwa (drugi jest w Świdnicy), bo ten w Głogowie nie przetrwał czasu i wojen. Dla ciekawości dodam, że są tylko takie dwa na świecie i dlatego zostały wpisane na liste unikatowych zabytków UNESCO.   
   Powstały one po wojnie trzydziestoletniej, gdy protestantom odebrano murowane kościoły, a pozwolono jedynie na budowę takich obiektów, które z wyglądu nie przypominają charakterystycznej bryły kościoła. Nie mogły być budowane z trwałych materiałów, a jedynie z drewna, gliny i słomy. Nie mogły mieć również wieży. Dlatego na zewnątrz nie wyglądaja okazale, ale w środku są cudowne. Obecnie są używane jako miejsca kultu religijnego ewangielików.
                            *

Po drodze mijamy ruiny zamku w Świnach. Pięknie się prezentują te ruiny na wzgórzu. Zamki te służyły do obrony, albo jako schronienia dla rycerzy  rozbójników.
                               *

A to już zamek w Bolkowie. Częściowo odremontowany. Jak fama niesie, zamurowano w jego lochach Bursztynową Komnatę i inne ogromne skarby zrabowane w czasie wojny przez Niemców.
                            *

Nie brakuje na trasie wież obronnych i mieszkalnych, które służyły jako elementy obronne. A może nawet jako komandorie Templariuszy?
                            *
     
Tuż za Jelenią Górą w Mysłakowicach mijamy przydrożny Krzyż Pokutny. Krzyże takie stawiali za karę zbrodniarze i musieli na nich wyryć narzędzie zbrodni. Na tym jest ryt miecza, co oznacza, że ofiara została zabita mieczem.
                             *
     
A to już Miłków ze swoim uroczym zabytkowym kościółkiem.
                             *

W narożu nawy kościoła i wieży są wmurowane kamienne epitafia, które upamiętniają ludzi znacznych dla społecznosci i kościoła.
                           *

Na kamiennym murze okalającym kościół znajdują się wmurowane trzy kamienne krzyże pokutne. Na pierwszym nie ma rytu, na środkowym jest kosa, a na trzecim miecz. Zastanawiam się, jaką śmierć poniosła ofiara skoro sprawca nie umieścił na nim rytu swojego narzedzia. Może została zabita gołą ręka, a może została uduszona, lub otruta?
                            *

Ostani rzut okiem na zachmurzone góry i jazda dalej do kaplicy św. Anny i cudownego Źródła Miłości.
                            *

To już kaplica św. Anny. Pierwsza została zbudowana w XIII wieku, ale została zniszczona w czasie wojen husyckich. Tą w barokowym stylu postawiono w latach 1719-19. Jest przy niej punkt energetyczny zwany czakramem, który dodaje energii życiowej.
                           *
   
A to już Źródło Miłości, zwane też Dobrym Źródłem. Historycy powiadają, że już w czasach pogańskich było miejscem kultu. Legenda głosi, że jak się weźmie w usta z niego wody i obejdzie siedem razy w koło kaplicę, to ma się szczeście w miłości, albo szybko się zakocha. Oj napiłem się tej wody, bo czesto jeździmy z moim szefem do źródła i napełniamy wszystkie pojemniki. Może ta woda zadziała z czasem, bo gotujemy na niej sobie kawę, albo pijemy ją samą.
                            *

Po zwiedzeniu kaplicy i źródła jedziemy z Sosnówki do Karpacza, aby pokłonić się drewnianej perełce architektury norweskiej. Świątynia została zbudowana bez użycia gwoździ w miejscowości Vang w Norwegii w XII/XIII wieku. W XIX wieku zakupił ja król Prus Fryderyk Wilhelm IV, a dzięki staroniom hrabiny Fryderyki von Roden z Bukowca trafiła w Karkonosze. Składał ją i brakujące elementy odtwarzał rzemieślnik Jakub z Janowic.
     I tak zakończył się parogodzinny wypad w góry z kolegą. On dla obowiązku, pracy i chleba, a ja dla duchowej przyjemności.

komentarze (17) | dodaj komentarz

Przyjaźń jak Yeti

czwartek, 04 marca 2010 11:55

     Często sobie zadaję pytanie, czy jest możliwa przyjaźń między kobietą, a mężczyzną. Ja uważam, że tak, choć są sceptycy, którzy powiadają, że z przyjaźnią męsko-damską jest jak z Yeti. Każdy o niej słyszał, ale nikt nie widział. Pewnie coś jest na rzeczy w tym twierdzeniu, ale chyba nie do końca. Nim zacznę swoje filozoficzne rozważania, to najpierw chciałbym zdefiniować po swojemu słowo Przyjaźń.
    Przyjaźń w moim rozumieniu jest głębokim uczuciem duchowym i emocjonalnym, ale bez podtekstów erotycznych. To coś takiego, jak miłość platoniczna, ale miłość rozumiania w innym znaczeniu. Przecież miłują nas dzieci, wnuki, prawnuki. My też je miłujemy i jesteśmy gotowi zrobić dla nich bardzo wiele, dać im to co sami posiadamy. Bywa, że jest to majątek, ale najczęściej jest to gorące uczucie, miłe sercu gesty i Dobre Słowo. Przez dobre słowo rozumiem dobre rady, które pozwolą im skrystalizować swój świat wartości. Dobry rodzic i dobrzy dziadkowie nigdy nie opuszczą swoich bliskich w potrzebie i dadzą im wszystko co mają. Czyż miłość rodzicielska nie jest dozgonną przyjaźnią najwyższej próby?
     Myślę więc, że pomiędzy kobietą i mężczyzną może się wytworzyć taka sympatyczna więź duchowo-emocjonalna. Więź oparta na wzajemnym zaufaniu, otwarciu na siebie, chęci bezinteresownej pomocy gdy nasz przyjaciel jej potrzebuje. Jednym z kanonów prawdziwej przyjaźni jest dyskrecja, bo prawdziwy przyjaciel nie obnosi się z przyjaźnią, a jedynym motywem do jej przestrzegania jest przyzwoitość. Dlatego wierzę, że człowiek przyzwoity potrafi być dobrym przyjacielem, który nigdy nie przekroczy intymnych granic, bo ich przekroczenie może spowodować utratę zaufania. Dlatego pewnie Dante w swoim Piekle umieścił na dolnym poziomie tych, którzy nadużyli zaufania swoich przyjaciół.
    Gdy sięgam pamięcią wstecz, to nigdy nie nadużyłem zaufania moich znajomych  płci odmiennej i to w najbardziej nieprawdopodobnych sytuacjach. Dlatego wierzę, że człowiek przyzwoity potrafi dać sobie radę z "chemią" i nigdy nie zrobi tego jednego i nieprzemyślanego intymnego kroku do przodu, którego po opadnięciu emocji byłby żałował. Jest to coś na wzór uczciwych księży i duchownych, którzy nigdy się nie posuną do tego kroku i pozostaną wierni swoim ślubom. Zdaję sobie sprawę, że taka przyjaźń wystawia nas na wielką próbę z której uczciwy zawsze wyjdzie zwycięsko i nie przekroczy nigdy granic przyzwoitości. Bowiem ktoś przyzwoity potrafi oprzeć się chwilowemu zauroczeniu opartego tylko na chemii.
    Przyjaźń to wspniałe uczucie, a można ją obdarzać jedynie tych, którzy nadają na tych samych falach, mają podobne zainteresowania i mentalność, są bezinteresowni i gotowi do pomocy. Prawdziwy przyjaciel, albo przyjaciółka nie będzie się obrażać z byle powodu, jest gotowy wybaczyć lapsusy i gafy, bo przecież nikt nie jest doskonały. Trudno jenak wybaczyć małostkowość, pychę i utratę zaufania. Dlatego tam mało mamy prawdziwych przyjaciół, a tak wielu znajomych. Dlatego, że Przyjaźń jest poddawana ciągłej próbie na lojalność i przyzwoitość. Bo jak napisał kiedyś Mickiewicz w jednej swoich bajeczek: Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
     Opublikuję teraz piękny wiersz mojej znajomej poetki z Krakowa - Ulki Trytek o wspaniałej przyjaźni, która doprowadzi do SZCZĘŚCIA. Wybacz Ulka, że dokonałem małej transkrypcji na własny użytek.

,,Byłem, jestem, będę..."                                  


Byłem ostoją wielu dusz,
zagubionych na morzu życia,
płynąłem zawsze blisko Twej łodzi,
by być blisko Ciebie...

Myślałem czy mnie kiedyś zauważysz,
wyciągnąłem rękę,
a Ty ją złapałaś..
zawołałem Cię,
a Ty usłyszałaś...

Łódź kołysała się wśród fal życia,
i tak płynąłem wraz z Tobą,
trzymając Cię za rękę...
rękę którą złapałem
i już nie puszczę....

Wystarczy mi ,
że spojrzysz na mnie,
wystarczy mi Twój uśmiech,
jakże mi drogi,
wystarczy mi
że tu jesteś....

Więc nadal bądź...
i płyń ze mną na mojej
łodzi życia,
nie chcę być już sam....

Razem zawsze raźniej,
tak mi dobrze, gdy śmieją się
do mnie Twoje oczy...

Więc płyńmy razem
po świata kres,
wśród nieraz wzburzonych fal,
aż pewnego dnia,
razem dobijemy do brzegu...
do wyspy zwanej SZCZĘŚCIE....

                         *

Alenka i Jędrek przy Atamanii Rysia Szocińskiego - barda Bieszczadu w Cisnej. Rysiu sprzedaje w niej zakapiorskie rzeźby, dusiołki i tomiki swoich wierszy, a dzieli się za darmo dobrym słowem, co uwidocznił na małym banerze. 
     Zdarza się, że głęboka przyjaźń przerodzi się w uczucie u ludzi, którzy są wolni. Nie można przecież budować miłości na krzywdzie innych.    
    Bo prawdziwa przyjaźń, to właśnie takie uczucie, które nie jest oparte na krzywdzie innych. Dawanie Dobrego Słowa, staje się wartością, zwłaszcza wtedy, gdy ich bardzo potrzebujemy. I dlatego dobre słowa zawarte w wierszu Uli dedykuję mojemu przyjacielowi....

komentarze (31) | dodaj komentarz

Wspomnienie z wojska

poniedziałek, 01 marca 2010 9:40

  
     Skoro opisałem swoje powołanie i wędrówkę do wojska, to byłbym ostatnim niewdzięcznikiem, gdybym nie opisał unitarki. Dla starych wiarusów, rezerwistów i wtajemniczonych w arkana sztuki wojskowej jest wiadome co to takiego ta unitarka. Jednak dla mniej kumatych w wojskowości wyjaśniam, że jest to okres pełnej nieświadomości rekruta, w którym delikwent dostaje w dupę, by cokolwiek liznąć z musztry i taktyki, aby stanąć do przysięgi. Po przysiędze stajemy się pełnoprawnymi żołnierzami, czyli niewolnikami MON, państwa, rożnych idiotów w mundurach i pozbawieni elementarnych praw należnych zafajdanym cywilom. Stajemy się szwejami, mięsem armatnim, które z kaprysów dowódców ma ginąć na frontach za wolność waszą i naszą. Czy jakoś tak.

   Pierwsze  doświadczenia

- Słuchajcie szeregowiec - wrzeszczał kapral. Tu się nikt z wami nie będzie opierdalał! - ciągnął podniesionym głosem.
- My wam kurwa pokażemy co to znaczy służba w Ludowym Wojsku Polskim! - pokrzykiwał chwacko.
   Ładnie się zaczyna - pomyślałem i uprzytomniłem sobie, że ten wrzeszczący kapral mówi do mnie w trzeciej osobie. Jak widać wojsko ma takie zwyczaje, a odzywki w liczbie mnogiej i w trzeciej osobie obowiązują w tej militarnej instytucji. Swoistego kolorytu dodawał fakt, że mówiono do mnie bardzo oficjalne, ale z wojskową kurtuazją:
- Słuchajcie obywatelu!, albo - Słuchajcie szeregowy!  W taki sam sposób należało się też zwracać do swoich przełożonych. Broń Boże by dowódcy powiedzieć przez pan, bo wtedy w najlepszym wypadku można było usłyszeć, że panowie w 1939 roku wyjechali do Londynu. Mimo świadomej dyscypliny obowiązującej w Ludowym Wojsku, często było słychać od kapralskiej braci, chwackie i surowe  komendy.
- Pokryć! Albo was kurwa ziemia lubuska pokryje! - ryknął znowu zacny mąż.
- Kuuurrrwaaa maaać! Napierdalacie kulasami o glebę, jakby koza srała na bęben! - wyżywał się kapralina na naszej cywilbandzie.
  Podobnie było przy komendzie - Stój! Słuchając takich pełnych poetyckiej metafory komend patrzyłem z podziwem na kaprali, a gdy mój wzrok skrzyżował się ze wzrokiem któregoś z dowódców to najczęściej słyszałem:
- Co tak się kurwa gapicie!  Kaprala Ludowego Wojska Polskiego nie widzieliście! A może się wam kurwa Wojsko Polskie nie podoba! Co tak kurwa wytrzeszczacie gały jak kocur co sra w sieczkę! 
   Aczkolwiek te ostatnie zdanie wypowiedziane przez kaprala było żywcem zerżnięte z mojej ulubionej książki - „Przygody dobrego wojaka Szwejka",  jednak był to niechybny znak, że  kapral był człowiekiem oczytanym i wykształconym.
- Kurwaaa szweje! Do latryny czwórkami marsz! - krzyknał ten ludzki kapral. 
    Szybko zrozumiałem, że słowo „kurwa" w cywilu jest wulgaryzmem, ale w wojsku zmienia swoje przeznaczenie i staje się takim technicznym określeniem, bez którego armia nie może istnieć. Podobnie było z innymi brzydkimi wyrazami, którymi kapralska brać szafowała w nadmiarze. Podobnie mówili oficerowie jak się zdenerwowali. Widocznie taka już uroda sił zbrojnych na całym świecie, że nie potrafią obejść się bez wulgarnych wyrażeń. Te zaś w ustach dowódców stają się przecinkami, łącznikami, wykrzyknikami. Bo na krzyku i wulgaryzmach oparta jest siła bojowa wojska i morale żołnierzy. I to na całym świecie.
    Po przysiędze wyjechałem na kurs sanitariuszy i skończyłem go z wyróżnieniem. Widocznie miałem ukryte predyspozycje samarytańskie. Wróciłem do jednostki i dostałem przydział do izby chorych, gdzie pędziłem beztroski żywot nieroba. Pewnym urozmaiceniem nudnawej służby były alarmy i wyjazdy poza jednostkę. Alarmy nie były złe, bo cały mój majdan, czyli plecak i pepeszka jechały ze mną w sanitarce, do załogi której należałem. Gdy inni dostawali w kość i maszerowali,  ja jechałem sobie wygodnie jak król. Do naszych obowiązków należało wtedy udzielanie pierwszej pomocy tym, którzy w marszu zesłabli. Były to rutynowe czynności niewarte opowiadania. Po alarmie smarowaliśmy żołnierzom otarte, czy odparzone stopy i był fajrant. W jednostce byłem w plutonie gospodarczym, którego dowódca z uwagi na dozgonną miłość do trunków niewiele się nami przejmował. Zresztą utrzymać w jakichkolwiek ryzach bandę pisarzy, kucharzy, kierowców i sanitariuszy, było wielką, żmudną i graniczącą z cudem sztuką wojskową, której nie posiadł nasz chorąży. Bo myśmy byli zdemoralizowani od chwili poczęcia.
                       *
        Jak mnie zabiją, to płakać nie musisz, 
        Smród zawsze po mnie zostanie. 
        Nic tak nie śmierdzi jak moje onuce
        Od roku już nie zmieniane

 
    Na tym kończę (na razie) moją wojskową odysseję i zapraszam na ostatnie fotki (z komórki) z Sudetów.

         Sudety w chmurach widziane z okna autobusu.
                             *

   Dojężdżam do Jeleniej Góry - słoneczko chowa się za góry.
                             *

    Już na miejscu - niedługo słońce przebije się zza chmur.
                                 *

Wstawaj szkoda dnia, czyli zaczyna się nowy, pracowity dzień w Miłkowie.               

   

komentarze (19) | dodaj komentarz

To se ne vrati

czwartek, 25 lutego 2010 10:16

      Znowu dzisiaj jadę do Miłkowa deczko popracować, a że za oknem słońce i odwilż, postanowiłem wpisać coś bardziej wiosennego. Coś na poprawę nastroju i ku pokrzepieniu serc skołatanych. Nic się wielkiego nie wydarzyło w tygodniu, więc postanowiłem sięgnąć do wspamnień i to bardzo odległych.
     Teraz mamy już armię zawodową dla miłośników karabinów, musztry, onuc i rozkazów, czyli już bez powszechnego poboru. Jak wiadomo, pobór dla większości chłopaków był horrorem, a służba wojskowa idiotyczną niewolą, więc dobrze się stało, że do wojska idą ochotnicy, co to chcą ginąć za wolność waszą... Dla mnie wojsko zawsze było instytucją, w której kończyła się wszelka logika. A więc popuśćmy wodze wspomnień.
  
  W kamasze
     Żyłem wiec sobie w błogiej nieświadomości, że nad moją głową zbierają się czarne i groźne wojskowe chmury. Wyjechałem nawet sobie na wczasy w góry, gdzie się nieźle bawiłem. Wracając w różowym humorku do domu nie przypuszczałem nawet o niespodziance, która na mnie czeka. Gdy przekroczyłem w południe próg domu zobaczyłem na stole kartę powołania do wojska. Była ona zarazem biletem do jednostki. Byłem załamany i zdruzgotany, gdyż wszystkiego mogłem się spodziewać, nawet wieści o dziecku, które mogłem gdzieś zmajstrować, ale nie tego, że mam pójść do wojska. Byłem bowiem przekonany, że generałów do wojska nie biorą, a moja ojczyzna ma dość znacznie godniejszych kandydatów do tak zaszczytnej służby, aby takiego mizernego robaczka w kamasze brać.
     Z całym przekonaniem mogę przysiąść, że się do tej pieprzonej instytucji nie nadawałem, bo jestem z przekonania pacyfistą i brzydzę się przemocą. Mało tego, to na dodatek mam humanistyczne zacięcie i bliższe są mi teatry, muzea, spotkania literackie, a nie kamasze, onuce, plecak i karabin, że już o zafajdanej  menażce nie wspomnę. 
       
       Dlatego do wojska jechałem w stanie „wskazującym" na solidne przygotowanie do odbywania "zaszczytnej" służby na tym ważnym dla państwa odcinku. Wcześniej załatwiłem w zakładzie pracy niezbędne formalności i na koniec pobrałem z kasy odprawę finansową, która wraz z wypłatą wynosiła 250% moich poborów. Z taką kasą mogłem należycie pożegnać się z kolegami i jechać do armii. Moje pożegnanie nieco się przeciągnęło i do jednostki trafiłem dzień później i to na niezłym rauszu. Może bym trafił jeszcze później, ale z malowniczej knajpy wyciągnął mnie patrol wojskowy z milicjantem, gdy wraz z alkoholową bracią śpiewałem „Marsz rezerwistów". Podczas sprawdzania moich dokumentów, które z pijacką fantazją im okazałem,  bez trudu odkryto moją książeczkę wojskową i kartę powołania. Wtedy już bez ceregieli zapakowano mnie do gazika i odwieziono do jednostki, a ja im po drodze śpiewałem o rezerwistach, na których czekały dziewczyny z dzieckiem na ręku i kamieniem w ręku.
     W jednostce oficerska komisja orzekła, że jestem zbyt zalany, aby ze mną dyskutować i kazali mnie odprowadzić do aresztu, gdzie miałem wytrzeźwieć.
        Co było na drugi dzień to szkoda gadać, wszyscy się na mnie darli, wyzywali od pijusów, którzy lekceważą wojskową instytucję. Ja z miną niewiniątkę w pozycji na chwiejne baczność powtarzałem sakramentane TAK JEST, czym bardzo wkurwiałem komisję. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Lekarz stwierdził, że mam wadę wzroku i obniżył mi kategorię zdrowia z A na C, a komisja zamiast do szkoły podoficerskiej skierowała mnie na kurs sanitariuszy wojskowych. Jak widać opatrzność boska czuwała i nie pozwoliła mi sczeznąć na poligonie i placu apelowym.  Tylko przez miesiąc dostawałem w tyłek, bo okres unitarny każdy musiał przejść, nawet taki mizerny robaczek jak ja, nawet gdy był kandydatem na sanitariusza.    
     Po ukończeniu kursy sanitarnego, już jako pełnoprawny sanitariusz zostałem skierowany do obsługi kompanii polowych w OTK. Muszę przyznać, że przydział do tej jednostki przyjąłem z niekłamaną radością. Bowiem kompanie polowe, to był wspaniały wymysł MON-u, bo trafiał do nich sam „kwiat" młodzieży, czyli - kryminaliści, tępaki po szkołach specjalnych, cały asortyment nieuków, którym się nie chciało dźwigać tornistra, żonaci, dzieciaci, poborowi z obniżoną kategorią zdrowia, dekownicy, oraz ci, którzy się w cywilu postarzeli (ja do nich należalem) i jakimś cudem uniknęli kilku poborów. Do pełnego kompletu w naszej menażerii brakowało  tylko wyznawców woo-doo, Rastafarian i świadków Jehowy.

 
Widać po mojej minie, że poligony, pepeszki i dowódcy nie były mi straszne. Ja po prawej z moim dowódcą drużyny Stasiem na unitarce.
                             *

Unitarka, czyli moja zacna drużyna wiarusów. Ja na klęczkach pośrodku. Ten olbrzym po lewej, to Miś Yogi, szkoda, że mu się zmarło na zawał. Ciekawe jak się potoczyły losy moich kolegów z wojska?

No to do spotkania w niedzielne popołudnie.

komentarze (19) | dodaj komentarz

Przemyślenia

poniedziałek, 22 lutego 2010 9:38

    Muszę na wstępie odpowiedzieć Eli (motyl) odnośnie hasła na blogu. Abym mógł wejść na Twój blog muszę znać hasło, bo bez niego mogę sobie jedynie pogwizdać. Zazwyczaj swój blog hasłują osoby, które piszą dla siebie i o sobie w dość intymny sposób. Wtedy podają hasło jedynie swoim dobrym znajomym, którym ufają. Twój blog jak mniemam jest raczej otwarty, gdyż prezentujesz na nim swoje obrazy, którymi warto się pochwalić. Zahasłowanie spowoduje, że nikt ich nie zobaczy. Aby zapobiec ich kopiowaniu możesz w ustawieniach to zrobić. Ja na swoim nie mam takich zabezpieczeń, bo i po co. Jeśli ktoś ma ochotę, to może sobie kopiować wszystko skolko ugodno. Lepiej więc zlikwiduj hasło, albo podaj je znajomym, najlepiej pocztą mailową.
     Gdy oglądam telewizor, to wkurzają mnie wszechobecne reklamy, które robią z nas idiotów. Pal licho banki, samochody, telefony komórkowe, etc..., ale już te pseudomedyczne doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Bo jaka przyjemność w tym, że ktoś nam wmawia, iż nasze piękne panie cierpią bez przerwy na comiesięczną dolegliwość i w związku z tym serwuje im się coraz to bardziej odlotowe podpaski, jakieś czopki, czy jak się toto nazywa. A jak już się nasze panie z tą przypadłością uporają, to dla odmiany wmawia im się, że cierpią na wzdęcia, czy różniste zaparcia, które w cudowny sposób miną po.... Cholera, kiedyś wystarczył zdrowy pierd, zwany też bąkiem i szlus. Panom dla odmiany reklamowi terroryści wmawiają prostatę i problemy z oddawaniem moczu. Po ich specyfikach każdy facet będzie lał jak z cebra i na dodatek stanie się seksualnym macho. Dla młodych zawsze jest jakiś napój energetyzujący, który doda im skrzydeł. Młodzież i nie tylko, żłopie red bule, ale jakoś latajacych orłów na nieboskłonie nie widzę. Mógłbym wiele serwować takich reklam, ale po co. Stawiam na nasz zdrowy rozsądek i odporność na wszelkie wmawianie dziecka na plecach.
    Na koniec zostawię swoje wrażenia z wyjazdu do Miłkowa. Nie byłem tam ponad miesiąc i miałem jedynie kontakt telefoniczny. To co zobaczyłem na miejscu przerosło moje oczekiwania. Uformowała się (choć w bólach) fajna grupa, której nie trzeba poganiać do zajęć, a punktualność staje się wartością. Trzon grupy stanowi trzech dawnych klietów, którzy występują o reszydenturę i nadają "szczypiorkom" pozytywne wzorce. W takiej fajnej atmosferze mogłem ciekawie pracować i przemyśleć pewne sprawy. Szkoda tylko, że nie zabrałem aparatu ze sobą, bo zdjęcia z komórki nie są najlepszej jakości - przynajmniej te z mojej komórki za złocisza.
     Muszę Wam podziękować za ciekawe i miłe komentarze. Po przemysśeniu doszedłem do wniosku, że życie nie jest usłane różami, a znajomości mają to do siebie, że prędzej lub później się kończą. Rzadko które zmieniają się w przyjaźń i dlatego powiedziałem sobie - NIC TO. Było, minęło, a łaska pańska na pstrym koniu jeździ, podobnie jak Boże miłosierdzie chadza krętymi dróżkami. Każdy też ma prawo do tych gorszych dni i wybujałych emocji, ale o tym jako terapeuta powinienem wiedzieć. A że coś nieraz w sercu zaboli... Zawsze będzie pod ręką apap, renigas, jakieś inne znieczulacze i odprężacze, których nie używam, no i wyjazd w góry, który polecam na spokojność i wyciszenie. Zawsze też można sobie z kimś życzliwym pogadać, albo fajne zdjęcia, wpisy, wiersze i ładne obrazy (Motylku błagaam) na innych blogach pooglądać, bo to też uspokaja i pozwala wierzyć, że są jeszcze mili i wrażliwi ludzie, i nie pora jeszcze umierać. Bo świat ze mną, czy beze mnie nie będzie ani gorszy, ani lepszy. On będzie istniał nadal.
                            *
 
Przywitały mnie Karkonosze w zimowej krasie. Gdzieś tam w chmurach stoi dumnie Śnieżka pokryta śniegiem.
                                 *
 
     Jak widać śniegu nasypało, więc dla narciarzy raj.
                             *
 
  Zachwycił mnie zachód słońca, a te w górach bywają piękne.

     Szkoda, że w niedzielę rano nie zrobiłem dla odmiany zdjęcia wschodu słońca. Wspaniale na bezchmurnym niebie wyglądała Śnieżka pokryta śniegiem. Bateria w komórce mi padała i wolałem nie ryzykować, ze mi padnie.
    Karkonosze to nie Bieszczady, ale co tam, to też góry, które swoich miłosników mają.

komentarze (15) | dodaj komentarz

PERSONA NON GRATA

środa, 17 lutego 2010 12:04

     W dosłownym tłumaczeniu "persona non grata" oznacza - osoba niemile widziana. Zazwyczaj takie określenie stosuje się w dyplomacji i na salonach, bo w życiu raczej mówi się nieco inaczej i bez zbędnej kurtuazji.
     Niestety stałem się taką osobą dla dwóch blogowiczek. Jeśli chodzi o pierszą, to jej nie wymieniem, albowiem zrobiła to po angielsku i bez szumu. Po prostu usunęła mnie ze swoich gości, zbanowała, abym nie mógł komentować, a na koniec zmieniła hasło. Nie sądzę, aby ktoś na to zwrócił uwagę. Nie ukrywam, że nie wiem czym się naraziłem. Natomiast w drugim przypadku odbyło się to po polsku, czyli z lekkim hukiem i informacją w moich komentarzach, że jestem łobuzem, który rzuca obelgami, stosuje prawo odwetu, etc...
     Zabolało mnie to, gdyż daleka jest mi mściwość i zemsta, bo z natury jestem spolegliwy, nie obrażam się, a uczucie nienawiści i mściwości jest mi po prostu obce. Gdybym był inny, to nie mógłbym pracować w zawodzie. Przecież trafiali do mnie klienci, z którymi kiedyś piłem i tacy, co mnie okradli, oszukali, bądź dali w dziub. W takiej sutuacji musiałem schować swoje odczucia, aby zająć się pomaganiem. Ponad ćwierć wieku pracy w tym zawodzie nauczyło mnie pokory, zrozumienia i nieobrazania się.
     Prywatnie  jestem  dość wrażliwy i łatwo mnie zranić, a w szczególności wtedy, gdy ktoś mi zarzuca czyny których nie popełniłem. A tak się stało w tym drugim przypadku, ale do rzeczy.
    Na blogu  "Powolniak" zamieściłem żartobliwą rymowankę o walentynkach, licząc w swojej naiwności na poczucie humoru blogowiczki. Do poniedziałku nie było komentarza. Napisałem kolejny wpis, w którym trochę, bo pisałem o czymś innym, przejechałem się po tym amerykańskim święcie. Wpis swój opublikowałem o 10.56, nie mając zielonego pojęcia, że na poprzednim wpisie o godzinie 10.52, czyli cztery minuty wcześniej, pojawił się komentarz Dośki broniący tego święta. Sprawdziłem jedynie czy mój nowy wpis fajnie wyszedł i czy zdjęcia są równo ustawione, po czym się wylogowałem i  zabrałem się za gotowanie obiadu. 
     Na blog wszedlem po 20, gdy wróciłem z pracy i zobaczyłem komentarz na blogu z informacją jak wyżej. Zdębiałem, bo nie wiedzialem o co chodzi, o jaki odwet i na jaki komentarz. Wtedy cofnąłem się do poprzedniego wpisu i zobaczyłem ten komentarz. Natychmiast napisałem w komentarzach na "powolniaku" wyjaśnienie, nie licząc zbytnio na odpowiedź, bo już byłem non grata, którego "obelżywych" komentarzy się nie czyta i na nie odpowiada. Można to sprawdzić i ocenić. Można dać wiarę, lub nie, ale konia ze złotym rzędem temu, kto w ciągu czterech minut napisze "odwetowy" wpis, skadruje i wklei zdjęcia, oraz zapisze to wszystko na blogu. Teraz doszło do mnie, że był to jedynie wydumany pretekst do zerwania znajomości, bo jakoś wcześniej nie zwróciłem uwagi na "lodowate" pozdrowienia w komantarzach. I nie jestem w tej ocenie odosobniony. Oczywiście retorsje blogowiczek poszły dalej, bo nie jestem też ich znajomym na "Naszej Klasie" - mściwość, czy małostkowość? Cóż, łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Nic to. Przeżyję.
    Ja nigdy nie ukrywałem swojego stosunku do walentennek jako obcego mi święta, o czym pisałem też rok temu. Nie lubię, gdyż nie bawi mnie amerykańska estetyka szmiry i komercji. Nie rozumiem też, że ktoś stawia na równi zarabianie na walentynkach z zarabianiem na świetach Bożego Narodzenia, czy Wiekiej Nocy, które są od wieków w naszej tradycji, tak świeckiej, jak i religijnej.
     Na poprawę nastroju "uciekłem" w Bieszczady, aby podziwiać rzeźby i obrazy z galerii Zdzisia Pękalskiego, który jako materiału używa "darów" natury i ludzi. Pewnie są i tacy krytycy, którym taki styl nie pasuje, ale mnie się podoba. A z gustami się nie dyskutuje.
                         *

Podziwiałem ostatnią wieczerzę namalowaną na starym blacie stołu ślusarskiego, gdzie aureole apostołów są z podków końskich.
                           *
            
Ten "spalony" Anioł symbolizuje przecież jakąś ludzką tragedię.
                      *
        
Czyż nie jest piękny w swojej prostocie św. Piotr namalowany na starych drzwiach do chlewika.
                          *

Bieszczady mogą być piękne nawet w deszczu. A może nawet piękniejsze.
                           *

Coś się kończy, czyli zbliża się zachód słońca nad bieszczadzkimi połoninami. 

    Jakoś mi się polepszył nastrój od tej wycieczki, a może też pomogło wygadanie się. 

18.02.2010.
 Sorki. Za dwie godziny jadę w góry do pracy. Wracam w niedzielę w południe. Jak złapię trochę słońca, to i myśli będą weselsze.  

komentarze (26) | dodaj komentarz

Robieni w bambuko

poniedziałek, 15 lutego 2010 10:56

     Muszę wyjaśnić moim ulubionym blogowiczom, że w swojej pisarskiej fantazji pozwoliłem sobie na mały żart. Nawet nie żart, a małą, spacerową zgadywankę. Prawdą jest, że wszystkie te miejsca odwiedziłem i podziwiałem ich piękno, i magię. Bujaniem ( w obłokach) był ten mój rzekomy spacer na piechotę. Nawet Zatopek by nie zrobił tyle kilometrów przed śniadaniem, gdyż między Mchawą, przez Hoczew, Polanę, a Michniowcem jest kilkadziesiąt kilometrów. Bukowe Alenki jest w Mchawie, rzeźby Biesów, kapliczki, czaszka "mojego przodka" i diabliki znajdują się w galerii u Zdzicha Pękalskiego w Hoczwi, bieszczadzki Bahus jest przed turystycznym barem w Polanie, podobnie jak te rzeźby, które są przed domem mojego znajomego leśnika Władka Podrazy. Natomiast cmentarzyk bojkowski i krzyże, podobnie jak urocza drewniana cerkiew znajdują się w Michniowcu. Prawdą było zdjęcie dymu z wypału węgla drzewnwego, ale nie u Alenki, tylko w dolinie przy potoku w Mchawie i to po innej stronie niż dom Alenki. Tylko zdjęcie sprzątającego Jędrusia odpowiadało prawdzie, bo faktycznie wieczorem zrobiliśmy ognisko z pieczeniem kiełbasy.
    Bardzo łatwo można zmanipulować, ale nie miałem takiego zamiaru, a tylko pokazać kawał Bieszczadu i odbyć wraz z Wami kolejną wirtualną wędrówkę, aby pokazać ich urokliwe piękno i niespotykaną magię. Bo świętą prawdą jest, że jak dobre bieszczadzkie duszki Czady rzucą sympatyczny urok na człowieka, to on zawsze będzie w Bieszczady wracał. Na mnie Czady rzuciły urok, gdy późną wiosną 71 roku wyszedłem z wagonu aresztanckiego w Uhercach na bocznicę kolejową i zobaczyłem Bieszczady osnute spływajacą z nieba mgłą.
                              *

   Bo i jak można było tych pięknych i tajemniczych gór nie pokochać.

    Kocham Bieszczady i lubię ludzi, którzy w nich mieszkają. Cenię i szanuję ich bezinteresowną gościnność,  otwartość i czas na podzielenie się dobrym słowem i ciekawymi opowieściami. A dobre słowo z serca płynące bywa droższe niż wszelkie ziemskie dobra.
                             *

Dobre słowo można usłyszeć w Atamanii Rysia Szocińskiego, barda Bieszczadu i za parę złotych nabyć dusiołki, madonny bieszczadzkie, biesy, czady, Jezusiki Frasobliwe i tomiki jego poezji.
                            *

Dobre słowo, a w zasadzie potok słów można usłyszeć w galerii Zdzisia Pękalskiego w Hoczwi, no i nabyć jedynie po kosztach wydawcy ciekawe książki, i  albumy Bieszczadu. 
                         * 
  
Wiele dobrych słów i ciekawych wspomnień można usłyszeć w Władka Podrazy, emerytowanego leśniczego w Polanie.                  
    Bo dobre słowa zapadają w naszej pamięci i tylko je zabierzemy że sobą na ten drugi, enigmatyczny brzeg po drugiej stronie Styksu. Wszelkie dobra doczesne pozostawimy na tym łez padole i oby nie stały się one powodem waśni, i skłócenia rodziny. 
     Fajnie, że obce mi kulturowo i duchowo niejakie walentynki przeszły bezboleśnie i bez katowania mnie jakimiś idiotycznymi serduszkami. Bo ja jestem tradycjonalistą i wolę jeśli już, ochodzić Noc Kupały, bo w ciepłą świętojańską noc czerwcową można znależć kwiat paproci, posłuchać treli słowików i szeptać czułe słowa swojej wybrance serca. A tylko idiota będzie to robił w środku zimy z glutem pod nosem. Niehigieczne to i niezdrowe, ale kasowe dla wielu cwaniaków, którzy nam wmówili te anglosaskie święto zakochanych. Podobnie jak coraz bardziej kretyńskie angielskie nazwy i określenia. Co to za idiotyczne wooow, zamiast staropolskiego wyrazu podziwu o jejku jejku, albo bardziej swojskiego "o kurwa".
     Swoje uczucia do ukochanej osoby powinniśmy wyrażać codziennie dobrym słowem, gestem, pogłaskaniem, wysłuchaniem, czy posiedzeniem razem w ciszy...
                              *
 
Tak jak Alenka i Jędrek w starej bojowskiej cerkiewce, perełce Bieszczadu w Smolniku. Bo ta chwila pobycia razem bez słowa stała się dopełnieniem miłości dwóch połówek serca, które długo siebie szukały, aby wreszcie się odnaleźć i skleić w jedno wielkie serce. Ja prze chwilę byłem niemym świadkiem tego dopełnienia, po czym po pstryknięciu zdjęcia po cichu się wycofałem.

komentarze (11) | dodaj komentarz

poniedziałek, 22 marca 2010

Licznik odwiedzin: 223601

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu ich pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Chociaż urodziłem się w Lesznie w Wielkopolsce, to poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też i odrobina mojej zasługi, gdyż byłem w opozycji od 1970 roku. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...Mam nawet swoje miejsce w Wikipedii. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jes...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, bedą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi..., albowiem oni dosiągną królestwa Bożego. Góry, wycieczki, ciekawe miejsca, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog

Średnia ocen: 3.62
Oddano głosów: 469

Wróć do głosowania

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 19.03.2010 9:59:46
  • autor: hurghada35
  • treść: Byłam , zobaczyłam z...

Statystyki

Odwiedziny: 223601
Wpisy
  • liczba: 300
  • komentarze: 4846
Księga gości: 153
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 1056 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 05.03.2010 4:52:56
  • autor: ana1807
  • punkty: 100
  • treść: :)))...