Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 821 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Emeryci

piątek, 25 września 2009 11:11

     Nim zacznę pisać o emerytach, to muszę dodać, że cieszę się, iż wielu moich znajomych z blogu podziela mój punkt widzenia na niepełnosprawność. Muszę przyznać racje tym, którzy podobnie jak ja uważają, że normalności musimy się uczyć od dziecka. W domu, przedszkolu i w szkole. Bardzo mądrym posunięciem są przedszkola i szkoły integracyjne, w których nasi milusińscy uczą się normalnego postrzegania i współżycia z kolegami, czy koleżankami doświadczonymi przez los. Uczą się, że nie ma dzieci Gorszego Boga. Uczą się widzieć to co najważniejsze, czyli serce, duszę i inteligencję rówieśników, a nie ich fizyczny defekt, czy ułomność ciała. Dla mnie ciało to jedynie zwnętrzna powłoka, która i tak ulega ciągłym zmianom z racji wieku. Jednak serce, dusza, talenty i umysł najcześciej się rozwijają na lepsze. I to właśnie najbardziej cenię w bliźnim. Miło mi, gdy słyszę o sobie od młodych ludzi - zgredzik z duszą małolata. Bo moja powłoka się starzeje i zmienia (niekoniecznie na lepsze), ale dusza jest nadal młoda, a moje horyzonty i otwartość umysłu stają się szersze i bardziej dojrzałe. Bo wiąże się to z nabytymi doświadczeniami życiowymi, z których wyciągam właściwe wnioski. Bo życie to właśnie postępujące pasmo doświadczeń, spotkań z ludźmi i poznawanie nowych, ciekawych miejsc. Szkoda tylko, że są i takie rodziny, które takiego postrzegania nie uczą swoich dzieci. I dlatego jest jak jest, a jest tajemnica poliszynela, że system wartości mocno się pauperyzuje. Jednak ciągle wierzę, że ludzkie dobro i tak jest w przewadze nad złem tego łez padołu.
     Dzisiaj przeczytałem w lokalnym tygodniku, że mój znajomy prokurator Pan Wojciech Czerwiński, który szefował Prokuraturze Rejonowej przez prawie 26 lat odchodzi na emeryturę. Pardon, przechodzi w stan spoczynku. Lubiłem i nadal lubię pana Wojtka jako prawnika i Człowieka. Choć miał często niewyparzony język i nie dał się wpasować w polityczne puzle, to na swoim stanowiski przetrwał polityczne zmiany, zawieruchy i dwa lata kaczyzmu. Pewnie miał i wrogów, bo w tym zawodzie o nich nietrudno, ale przyjaciół i ludzi życzliwych znacznie wiecej. Znany jest ze swoistego poczucia humoru, więc nic dziwnego, że razem odbieraliśmy  tytuł "Człowieka Humoru" i wraz z innymi wesołkami bawiliśmy się na tej imprezie. Zawsze podziwiałem jego umiłowanie do jazdy rowerem, którym przejechał Polskę i pół Europy. Nawet nie wiem, czy ma samochód.
    Jako prokurator był bezkompromisowy i wymagający, tak od siebie, jak i podwładnych. Jak już napisałem przetrwał jako szef zmianę systemu, rządów i knowań polityków, którzy niezależnie od opcji chcą ją upolitycznić do cna, a co jest najważniejsze, to zawsze pozostał sobą.  Dodam, że nie można mu zarzucić, że się sprzeniewierzył todze z czerwonymi wypustkami, bo gdyby było inaczej, to nie pozostałby na swoim stanowisku do emerytury. Choć próbowano go odwołać, to przetrwał wszelkie burze i zawsze wychodził z twarzą.
     Nieraz nasze drogi się przecinały, a wtedy mogliśmy sobie pobajerować. Szkoda, że nie mogę opublikować jego wielu ciekawych (strasznych i śmiesznych) opowieści, ale to były nasze prywatne bajery, a ja cenię prywatność moich znajomych i nie lubię plotkować. Mam skromną nadzieję, że namówię go do spisania swoich wspomnień prokuratora i cyklisty z rowerowych eskapad.
     Kiedyś, gdy z nim rozmawiałem, a on nosił się z zamiarem odejścia na emerytuturę by pozostać sobą, to mu zazdrościłem tej możliwości. Rzeczywistość okazała się łaskawsza dla mnie i to za sprawą Trybunału Konstytucyjnego, i to ja jestem na emeryturze wcześniej. O decyzji pana Wojtka dowiedziałem się już wcześniej od moich znajomych prawników, bo choć jestem dyskretny, to pobajerować sobie lubię.
    Jestem tylko ciekaw, jak Wojciech zamierza spędzać swój wolny czas. Bo, że długo nie usiedzi w kapciach emeryta, to więcej niż pewne. Pewnie nadal rower, ale (patrz wyżej) latka lecą, czyli trzeba myśleć o jakiejś fajnej niszy dla siebie, aby nie skapcanieć. I tego właśnie nowemu emerytowi życzę. Że o zdrowiu nie wspomnę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Normalność

poniedziałek, 21 września 2009 9:29

     Nie myślałem, że moje wspomnienia wywołają aż tyle emocji, bo  nie było to moją intencją. Dlatego postanowiłem napisać kolejny wpis, w którym postaram się wyjaśnić mój sposób myślenia i postępowania.
    Mam wielu znajomych wśród ludzi doświadczonych przez los. Bawiłem się razem z nimi na różnych imprezach, przeprowadziłem wiele wywiadów z ludźmi na wózkach inwalidzkich, które do tej pory pamiętam. Nie sposób napisać o wszystkich wywiadach, więc skupię się na jednym, a dotyczy on mojego znajomego, który od najmłodszych lat żyje na wózku inwalidzkim. Jednak dzięki uporowi rodziców i jego wrodzonej inteligencji ukończył studia i został tłumaczem przysięgłym i nauczycielem niemieckiego, nauczającym w domu. Nie ukrywam, że wiele lat płynął on pod prąd ludzkiej nieżyczliwości, fałszywego współczucia i pospolitej głupoty.
    Na studiach nie był traktowany ulgowo, ale został zaakceptowany przez kolegów i brał udział w imprezach, w których był duszą towarzystwa. Jego koledzy nie widzieli w nim "odmieńca", tylko normalnego kolegę, który ma poczucie humoru, serce i duszę. Jest też kibicem piłkarskim, którego szybko zaakceptowała kibicowska brać jako swojego.
    W czasie wywiadu nie narzekał na swój los, ale akcentował wielokrotnie - "My nie chcemy litości, czy fałszywego współczucia, my nie chcemy innego traktowania, ale zwykłej normalności i zdrowego rozsądku od urzędników, nauczycieli, wykladowców, rektorów, etc.... Chcemy likwidacji barier architektonicznych, prawa do normalnej pracy i tworzenia własnych miejsc pracy i firm. Chcemy normalnego traktowania nas w urzędach, by widziano w nas zwykłych ludzi, a nie kaleki".  Te słowa niczym mantrę powtarzali moi inni rozmówcy.
     Bo normalność, to jest właśnie mentalność ludzi, wrażliwość i kultura osobista. Mój kolega i inni chcą, aby zakopać sztuczny podział rodem z PRL, w którym tworzono jakieś ośrodki dla kalek na obrzeżach miast, gdzie uczono ich robienia szczotek, mioteł, czy montowania długopisów, aby sobie dorobili do skromnych rent inwalidzkich. Za PRL państwo niby "dbało" o niepełnosprawnych, ale inaczej i wstydliwie, bo dla komuny inwalida był wyrzutem sumienia i "wrzodem na zdrowej tkance narodu", dlatego tworzono takie ośrodki aby pozbyć się problemu i stracić z oczu tych ludzi. 
    PRL upadł, komuna odeszła na śmietnik historii, ale mentalność i ciasnota umysłu pozostała w wielu zakutych łbach. Ja też musiałem się nauczyć innego myślenia. Myślenia sprawnych inaczej kolegów, ale co nie ukrywam, że ciężko mi to przychodziło, aby nie widzieć ich wózków, kul, protez, czy białych lasek, ale widzieć w nich normalnych ludzi, którzy myślą jak my, czują jak my i kochaja jak my. A skoro tak jest, to do kurwy nędzy mają takie same prawa do normalnego życia jak MY - niby zdrowi, ale często popieprzeni mentalnie mali ludzie.
    Mnie się to udało i dlatego nie odpowiem na pytanie - ilu jest niepełnosprawnych w moim środowisku literackim. Nie odpowiem, bo już od dawna widzę w nich normalnych ludzi, a nie ich kalectwo. Bo dla mnie jest ważne ich poczucie humoru, talenty, to co prezentują i co mają do powiedzenia...
     Nie liczę też ile razy pomogłem pokonać krawężniki, czy wjechać do autobusu osobom na wózkach. Nie liczę, bo od dziecka zostałem wychowany, aby starszym i słabszym pomagać i stało się to nawykiem.
     Wiem od moich sprawnych inaczej przyjaciół, że łatwiej zlikwidować bariery architektoniczne, porobić wygodne podjazdy i zacząć budować toalety, łazienki przystosowane dla nich. Jednak najtrudniej jest zlikwidować "bariery architektoniczne" w umysłach ludzkich. Bo te bariery stanowią duży problem, te bariery powodują, że zamiast traktować ich normalnie, ulegamy fałszywej litości, która zmienia perspektywę patrzenia.
     Ja już nie zauważam "odmienności", ale widzę Marlenę, Krysię, Norberta, Kazika, Józka, Czesia i wielu innych. Widzę, gdyż uważam, że na ma ludzi "Gorszego Boga". Są natomiast ludzie o ciasnych umysłach i wąskich horyzontach w myśleniu i odczuwaniu.
     
    Odnośnie konkursu literackiego o którym pisałem, to był on konkursem otwartym dla wszystkich i bez podziału na sprawnych i niepełnosprawnych. Fakt, odbył się z okazji Europejskiego Roku Ludzi Niepełnosprawnych, a jego ideą była zmiana myślenia, likwidacji barier architektonicznych i mentalnych. Pisaliśmy pod godłem, a jury nie wiedziało kto pisał. A że Marlena, czy Wicek wygrali, to znaczy tylko tyle, że byli oni lepsi od innych. Również i mnie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Dać siebie innym

czwartek, 17 września 2009 14:45

     Przeglądając swoje odznaczenia, które w swoim górnym i chmurnym życiu jakimś cudem otrzymałem. Co prawda nie uhonorowano mnie za „socjalistyczna" pracę, bo raczej orłem „dobrej roboty" nie byłem, czy za działalność społeczno-polityczną, bo jakoś nie po drodze było mi z ówczesną władzą i wiodącą partią robotniczą. Jednak ktoś mnie nagrodził za wieloletnie, honorowe oddawanie krwi i to wysokimi odznaczeniami państwowymi. Jednak nie one wywołały moje wspomnienia, ale mała, okrągła „Złota Odznaka TWK", którą otrzymałem na dziesięciolecie dwumiesięcznika „Serce i Troska", który wydawał zielonogórski Oddział Towarzystwa Walki z Kalectwem, a ja z nim jako publicysta współpracowałem. Po udekorowaniu nas odbyła się wspaniała impreza rozdania nagród i wyróżnień za konkurs z okazji Europejskiego Roku Niepełnosprawnych. Nie ukrywam, że byłem zaskoczony zaproszeniem, bo choć napisałem pracę na konkurs, to nie liczyłem, że będzie ona zauważona przez jury. Dlatego te dwa momenty na trwałe utkwiły w mojej pamięci, a ta mała, złota odznaka TWK jest moim najmilszym i najważniejszym odznaczeniem. I dlatego bez fałszywej skromności chciałbym się podzielić z czytelnikami moim przeżyciem.
      Gasną światła. Świeci się tylko mała lampka na scenie i słychać aksamitny głos lektorki czytającej fragmenty pracy. Akcentuje dramatyzm słów przelanych na papier osoby skrzywdzonej przez los. Na sali cisza, słychać tylko tłumiony płacz, który nie sposób było powstrzymać. Zapalają się światła, a prowadzący spotkanie znany zielonogórski literat Janusz Koniusz swym ciepłym głosem  zaprasza nagrodzoną na podium. Widać jak przystojny chłopak pcha inwalidzki wózek, na który siedzi wzruszona dziewczyna, której niepełnosprawność jest aż nadto widoczna. To właśnie ona zdobyła pierwszą nagrodę, którą razem z chłopakiem odebrała wraz z prezentem od sponsorów. Dziewczyna jest wzruszona i widać łzy radości w jej oczach. Z tego wzruszenia nie była w stanie wiele powiedzieć do mikrofonu. Jednak słychać duże brawa i widać łzy w oczach wielu ludzi i sponsorów, którzy byli obecni na uroczystości...
     Tak już było do końca uroczystego rozdania nagród i wyróżnień w ogólnopolskim konkursie. Było wiele łez radości i wzruszenia, było wiele szczerych braw, słów gratulacji i podziękowań. Brałem udział w wielu konkursach literackich, kilka razy stawałem na podium, ale czegoś tak wspaniałego jeszcze nie przeżyłem. Tam nie było sztampy i rutyny, jakiej nie brakuje na innych rozdaniach nagród. Nie było stereotypowego - „rąsia, buźka, klapa, goździk". Było inaczej i normalniej, bardziej serdecznie i rodzinnie.
     Gdy słuchałem fragmentu własnej pracy czytanego przez sympatyczną lektorkę jeszcze raz przeżyłem to, co działo się kilkanaście lat temu. Boże! To tak właśnie wyglądało i tak się wtedy czułem. Myślę, że wszyscy uczestnicy konkursu mieli podobne odczucia i od nowa przeżywali to, co później przenieśli na papier. Ale jestem pewien, że swoje własne, często gorzkie słowa po raz pierwszy usłyszeli w tak pięknej i serdecznej oprawie. Bo pani (aktorka z zielonogórskiego teatru), która je czytała na scenie przy małym okrągłym stoliku oświetlonym małą lampką  fragmenty prac doskonale akcentowała każde słowo, cyzelowała je i nadawała mu właściwy i godny wymiar. Nic dziwnego, że łzy wzruszenia cisnęły się do oczu wszystkim obecnym na sali...
    Nigdy już nie otrzymałem tylu serdecznych gratulacji od obcych mi przecież ludzi. Mile się wzruszyłem, gdy starsze, dystyngowane panie gratulowały mi wygranej (III miejsce) i moich tekstów w „SiT", ciesząc się, że wreszcie poznały ich autora. Było to bardzo miłe.
     Po raz pierwszy też doświadczyłem czegoś wspaniałego - nie poczułem w sobie cienia zazdrości, gdy gratulowałem tym, których pracę jury wyżej oceniło, a jestem głęboko przekonany, że jurorzy trafnie ocenili nasze prace...
    Choć od tego czasu minęło wiele lat, to ten obraz mam w pamięci. Znane są mi też losy zwycięzców i wyróżnionych. Marlena - dziewczyna na wózku (I nagroda) wyszła za mąż za tego młodego przystojniaka, urodziła zdrowe dziecko i ukończyła studia magisterskie z pedagogiki. Wicek (II nagroda) niestety nie żyje. Długo się zmagał z chorobą, ale serce nie wytrzymało walki. Stasiu (wyróżnienie) ma się dobrze, ostro działa na rzecz kultury w Gubinie, a jego teksty czytam nieraz w Gazecie Lubuskiej.
                                  *
                     

     Myślę, że dla takich chwil warto jednak żyć i głęboko wierzę, że Człowiek jest wart tyle, ile z siebie może dać innym.                                                   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

Nadchodzi jesień

poniedziałek, 14 września 2009 11:06

     W czasie ostatniego wekendu jak zwykle byłem w pracy w Miłkowie. W sobotę pogoda była dżdżysta. Deszczowe chmury zeszły nisko i deczko siąpiło, ale za to w niedzielę już się wypogodziło i przeważało słońce, a mżawki, czy deszczu ani śladu. Jest to niewątpliwy znak, że nadchodzi już jesień, ale mam nadzieję, że będzie to typowa złota polska jesień, a nie szara i słotna. Obym się nie mylił.
    Gdy wracałem do domu, a droga mi się dłużyła, to moje myśli  wciąż oscylowały wokół tematu egzystencjonalnego, czyli pytania jakie było moje życie. Jednego jestem pewien, że było górne i chmurne, jak to kiedyś napisał jeden z wieszczów. Jednym słowem mogę powiedzieć, że było ono ciekawe, choć nie skąpiło mi porażek, wzlotów i upadków. Upadki i owszem były, ale w czasie, gdy wędrowałem w mrokach mojej duszy wędrowca i tułacza. Gdy ze smugi cienia wszedłem w jaśniejszy jego obszar, to zaczęły pojawiać się drobne i większe sukcesy, ba, nawet wznosiłem się nad poziomy. A co!
     W ciągu 63 lat mojego ziemskiego żywota przeżyłem stalinizm, a po śmierci "wielkiego przyjaciela narodów i dzieci" pewnego Gruzina zwanego Soso, Koba i Józek Stalin, który wymordował kilkadziesiąt milionów ludzi, nastała parciana era Władka Gomułki, którego Wiesławem zwano. Skromny był to komuszek, który palił po połówce Sporta w lufce i wyznawał minimalizm, szarzyznę życia, a przy tym nie trawił pisarzy, artystów i ludzi światłych. Wiele można było się spodziewać po tym kmiotku, ale nie tego, że wyda rozkaz strzelania do robotników na Wybrzeżu, mając w pamięci Wydarzenia Poznańskie. Byłem, widziałem, przeżyłem i odsiedziałem swoje. Ale co tam, warto było deczko pogarować, z czego ponad dwa lata w Bieszczadach. Ba, optymista powie, że miałem wczasy za darmo, pesymista, że to jednak więzienie. Ja - sensyblilista twierdzę, że były to wczasy więzienne w 3/4 pod namiotami. Ale z górskim powietrzem i wspaniałymi widokami, wśrod ciekawych ludzi.
    Po wywczasach w bieszczadzkich kurortach trafiłem w system propagandy i sukcesu Edzia Gierka. Nie powiem, z początku było fajnie gdy za wypłatę mogłem sobie kupić pralkę, lodówkę i jeszcze na odkurzacz by starczyło. Pracowałem jako hutnik, bo "warchoł", a do tego pozbawiony praw publicznych i honorowych nie mógł pełnić kierowniczych stanowisk. Po połowie dekady Edka coś zaczęło szwankować i żyło nam się coraz gorzej, choć hasło "Aby Polska rosła w siłę, a ludzie dostali Żytniej" nadal obowiązywało, choć z czasem mocno wyblakło.
     Bunt braci inteligencko-robotniczo-chłopskiej zmiótł Edka i jego komando. Krótko porządził burak Kania, a po nim nastał generał Jaruzelski, który po kilkunasto miesiącach solidarnościowej wolności, czyli strajków, protestów i manifestacji złapał nas za frak wprowadzajac stan wojenny. W opozycji przeżyłem ten stan wojenny, okres powszechnego niedoboru wszystkiego i kartki na wszystko, a nawet chronicznego braku "Żytniej" , bo i tej też zabrakło. Doczekałem w zdrowiu Okrągłego Stołu, kontraktowych wyborów i upadku komuny.
     Rządy premiera Tadeusza Mazowieckiego, to czas Wiary i Nadziei, ale system się zmienił. Po Mazowieckim było już coraz śmieszniej i straszniej. Różni "reformatorzy" i ich egzotyczne ugrupowania tworzyły nowy ład i system powszechnej szcześliwości. Szkoda, że te szczęście będzie osiągalne w niebie, a i to tylko dla tych, którzy się tam wybierają. W czasach prawno-sprawiedliwego kaczyzmu pojawił się strach i niejasne przeczucie, że coś podobnego przeżywałem w dzieciństwie i wczesnej młodości. Co prawda nikt nie mordował, ale pojawiły się "areszty wydobywcze" i doktryna Ziobry zerżnięta z sowieckiego prokuratora Wyszyńskiego - "Dajcie mii człowieka, a ja mu paragraf dopasuję". Kaczory padły jak pies Pluto razem z egzotycznymi przystawkami pod wodzą Romka Giertycha i Jędrka Leppera. Nastali tuskowi i.... Pozostała mi tylko NADZIEJA, bo wiara się gdzieś ulotniła.
     
Po rządach Mazowieckiego powiedziałem sobie basta i non possumus. Położyłem lachę na politykę i polityków i znalazlam sobie bezpieczną niszę, własną Arkadię i Idaho, w której panuje dobro i życzliwość. W tej niszy mam w dupie państwo par axcellence wyznaniowe, w którym problem praw i równości płci jest pod każdym względem zakłamany. Jestem więc na wewnętrznej emigracji od zypyziałości i ciemnoty, którą lansuje Kościół wraz z politykami, którzy się pod niego podwiesili. Ale niekłamaną radością ogarniają mnie poczynania padre Pydzyka i jego moherowego komanda.
     Żyjąc sobie w bezpiecznej niszy popełniłem trzy książki, a na wydanie czwartej zbieram kasę. Co prawda mam ją, ale jak córka Ewelinka (ta od Miłoszka) zrobiła na piątkę licencjat, to postanowiłem jej zasponsorować studia magisterskie. Niech się uczy dziewczyna jak ma pawer. Zmieniłem też zawód, na taki głęboko humanistyczny, który mnie satysfakcjonuje i służy maluczkim i wykluczonym. Napisałem wiele publikacji, haseł do Encyklopedii Ziemi Glogowskiej, zdobyłem wiele nagród i wyróżnień w konkursach literackich. No i doczekałem się usamodzielnienia swoich dzieci, wnuczki Karolinki i wnusia Miłoszka. Ba i mam nadal swoje przyziemne i realne marzenia. No i zostałem emerytem, a raczej pobierającym emeryturę, bo prawdziwi przyjaciele nie pozwolili mi sczeznąć i zgnuśnieć na emeryturze w kapciach przed telewizorem.
    Mam też swoją radochę z działań IPN, który aby przetrwać lustruje wszystko i wszystkich. Wziął się nawet za nieboszczyków i tylko patrzeć jak zlustrują Kazimierza Wielkiego, że niby był kurduplem, Boleslawa Wstydliwego, że za mało się wstydził, Jagiełłę, że bratał się z Litwinami, a może i św. Jadwigę, aby ją świętej aureoli pozbawić.
                              *
                 
                     Szczęśliwy Człowiek
    Jednymi słowy warto było żyć i klepać biedę, aby zobaczyć te wszelkie cuda i dożyć pięknych i ciekawych czasów, na widok których głośno wzdycha zadziwiony świat. Wzdycha i parska śmiechem.

PS. Alenka Zakapiorka żyje, ale ma problemy, które musi załatwić. Z jej korespondecji wynika, że wszystko się dobrze ułoży. Czego Jej z całego serca życzę. Jestem przekonany, że jej wirtualni przyjaciele też trzymają kciuki. Dlatego na ten okres zahasłowała swój blog. Nawet ja nie znam hasła.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

900 Rocznica Obrony Głogowa

poniedziałek, 07 września 2009 11:04

    900 lat temu cesarz niemiecki Henryk V najechał polskie ziemie i aby sobie otworzyć drogę musiał zdobyć głogowski gród. Głogów był  ważnym punktem obrony nad Odrą i stanął ością w gardle cesarzowi. Bolesław Krzywousty w tym czasie podbijał z powodzeniem Pomorze, ale na wieść, że Henryk V rozpoczął wojnę, to ze swoimi wojskami ruszył pod Głogów. Nie wzmocnił grodu, gdyż jego wojowie byli zmęczeni walkami i przemarszem, ale stanął w pobliżu grodu śląc rozkazy, aby grodu nie poddać. Niemcy zdobyli podgrodzie i stanęli przed wałami grodu.  Głogowscy grodzianie dzielnie się bronili i odpierali kolejne ataki. Nie poddali się nawet, gdy cesarz Henryk V łamiąc warunki zawieszenia broni  nie oddał zakładników - dzieci znaczących grodzian, w tym syna komesa grodu i przywiązał je do machiny obleżniczej. Jak głosi zapis kronikarza Galla Anonima  obrońcy grodu poświęcili swoje dzieci, a grodu nie poddali. Nic dziwnego, że Niemcy musieli odstapić od grodu.
    Powodów wojny było nadto. Bolesław Krzywousty prowadził swoją politykę i nie chciał być lennikiem cesarza niemieckiego i płacić mu lennego trybutu. Nie zgodził się też na oddanie części władzy przyrodniemu bratu księciu Zbigniewowi. Powodów było wiele....
     Samą inscenizację bitwy poprzedziły przemarsze wojów, prezentacja uzbrojenie, życia dziadoszan i pokazy walk. Można było na imprezie skosztować ówczesne jadło, kupić monety bite na zamówienie, uzbrojenie, hełmy, kolczugi, łuki, etc... Oj działo się działo, wiec nic dziwnego, że tysiące ludzi przybyło oglądać te wydarzenie i poznać dokładnie historię Głogowa, gdyż i takiej prezentacji nie zabrakło.
                         *
   
   Nic dziwnego, że mój wnuk Miłoszek, który dzisiaj skończył roczek z takim zainteresowaniem ogląda uzbrojenie swoich przodków.
                               *
               
    Równie moja wnuczka Karolinka z zainteresowaniem oglądała uzbrojenie, podziwiała życie grodzian i Dziadoszan, a nawet przy tarczy stała.
                          *
   
   A wojów i rycerstwa przybyło sporo z Polski i Czech, bo i rocznica była znaczna. Nawet w ogólnopolskiej TV o tym wspomniano.
                          *
   
Nie brakło pokazów walk wszelakich i prezentacji hufców wojów i rycerzy.
                            *
   
Gród jeszcze nie zasiedlony, ale rycerze niemieccy szykują się do jego zdobycia.
                              *
   
         Zaczął się wymarsz wojska pod gród.
                           *
   
    Głogowski gród choć pusty, to dumnie się prezentuje.
                              *
   
    Najpierw do grodu udały się głogowskie dzieci nie przewidując swojego tragicznego losu.
                               *
   
        A to już grodzianie wchodzą do grodu.
                             *
   
    W grodzie nie mogło zabraknąć wojów i białogłów.
                             *
   
    Woje szykują się do obsadzenia wałów i palisady grodu.
                             *
   
       Palisady już obsadzone przez obrońców.
                           *
   
       A to już pierwszy atak niemieckiego wojska.
                               *
   
   Zaczęły się krwawe wali. Głogowianie bronili się dzielnie zrzucali na wroga kamienie, polewali wrzątkiem, strzelali z kusz, łuków i specjalnymi hakami podnosili w górę wojów wroga.
                           *
   
 Nawet białogłowy dzielnie pomagały swoim meżom w obronie grodu.
                            *
   
  Głogowskie dzieci jako zakładnicy udają się do obozu cesarza niemieckiego.
                                *
   
   Niemcy przypuścili kolejny szturm. Z przyczyn bezpieczeństwa i odmiennie niż pisał Gall, dzieci nie przywiazano do machiny oblężniczej.
                          *
   
   Dzielni głogowianie odparli każdy niemiecki atak, a trup słał się gęsto. Nic dziwnego, że klęska wojsk cesarza zbliżała się nieuchronnie.
                            *
   
 Klęskę niemieckich rycerzy zakończył niesławny odwrót.

    Również w niedzielę nie zabraklo atrakcji. Tym razem w głogowskiej kolegiacie. Był przemarsz historycznego korowodu, msza rycerska, występ pieśniarzy, chórów i muzyków, którzy przybliżyli nam muzykę, tańce i pieśni z średniowiecza. Na zakończenie, gdy zmrok już zapadł pokazano wspaniałą iluminację świetlną naszej kolegiaty. Było co podziwiać.
    Niestety, na tych uroczystościach już nie byłem, bowiem bawiliśmy na rocznicy wnuka Miłoszka, które jest ważniejszym świętem rodzinnym, bo pierwszym.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 882  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490882
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości