Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Święto miodu i wina

niedziela, 30 września 2007 10:05

*

    Nim napiszę o wspaniałej imprezie w której uczestniczyłem z rodziną wczoraj, muszę wspomnieć o dwu wspaniałych wydarzeniach, których doświadczyłem. Pierwsze to, że miałem wczoraj imieniny i jeszcze przyjmuję życzenia, a drugie?

    Parę dni temu zawitała do mojej księgi gości wspaniała osoba - Hania, która ma takie same jak ja (panieńskie) nazwisko. Od słowa do słowa, od maila do maila, od zdjęcia do zdjęcia, doszliśmy do wniosku, że jesteśmy rodziną. Zbyt wiele faktów, które połączyły się w logiczną całość stwierdziły, że nie mam najmniejszej wątpliwości, że jesteśmy krewnymi po mieczu (moim dziadku). Mamy wspólne  geny, gdyż Cimki albo byli wojskowymi, albo mieli zacięcie literackie, poetyckie, artystyczne, albo byli utalentowani manualnie ( ja jestem literatem, a Hania fotografikiem). Również piwny kolor oczu w naszej rodzinie też jest dziedziczny.

    Nie będę na razie opisywał naszej historii, bo musimy jeszcze pare faktów ustalić. Nic wiec dziwnego, że zaniedbałem trochę swój blog i komentarze, ale troche czasy zajeło mi wyjaśnianie naszego pokrewieństwa. Teraz idzie z górki, ale przed nami jeszcze benedyktyńska praca w odtworzeniu losów naszej rodziny. Miła to jednak praca, tym bardziej, że Hania jest młoda i interesuje się losami naszej familii. Do króla Batorego pewnie nie dojdziemy, ale do pradziadków, to mam nadzieję.

*  

VIII Dolnośląskie Święto Miodu i Wina

    Wczoraj byliśmy na świecie miodu i wina w Przemkowie, w małym miasteczku w Borach Dolnośląskich. Przemków, nazywany też Wrzosową Krainą z racji ogromnych połaci wrzosu, dobrego miodu wrzosowego i wielu zacnych pszczelarzy, których miody królowały na tym święcie. Było w czym wybierać i przebierać, bo nie tylko miody pszczele były, ale i miody pitne. To sympatyczne miasteczko od wielu lat organizuje wspaniałą imprezę, której  atrakcją i możliwością sprawdzenia swojej kondycji, jest Ogólnopolski Bieg po Miód pod patronatem mojego przyjaciela - mistrza świata w triatlonie Jórka Górskiego.

    W Biegu po Miód może brać udział każdy - od vip-ów do... czyli od przedszkole do gimnazjum i co najważniejsze - osoby niepełnosprawne. Premiowane dyplomami i medalami są trzy pierwsze miejsca w każdej kategorii wiekowej, aż do kategorii open, że o niepełnosprawnych nie wspomnę. Dodatkowo każdy uczestnik biegu, który dobiegnie do mety otrzymuje dyplom uczestnictwa i stylową czarkę miodu z napisem o udziale w biegu.

A więc start!

*

Ponieważ z racji wieloletniej współpracy jako publicysta z "Sercem i Troska" (dwumiesiecznik wydawany przez PTWK), osoby niepełnosprawne są szczególnie bliskie memu sercu, więc nie omieszkałem sfotografofać grupę przed startem, w której nie obowiazywały kategorie wiekowe.

*

Niepełnosprawni na chwilę przed startem. Na początku młodzież, a za nimi osoby starsze. Cóż, młodzi muszą mieć fory.

*

Do mety zbliżają się "zmotoryzowani". Z lewej strony mój przyjaciel Józek ściga się z młodym zawodnikiem, któremu pomaga osoba towarzysząca. Peleton prowadzi młody chłopiec, który ostro daje po garach na finiszu.

*

To już ostatni bieg w kategorii open. Do mety ostro biegnie mój przyjaciel Krzysiu Jeleń, który jest nie tylko romanistą i prezesem Głogowskiego Stowarzyszenia Literackiego, ale i znakomitym biegaczem i to od dwudziestu lat. Czego w swojej skromności nigdy mi nie powiedział. "Najważniejsze, że poprawiłem swój ubiegłoroczny czas o dwie minuty" - powiedział Krzysiu, gdy mu gratulowałem ukończenia biegu.

*

A tu stoisko z czarami Miodu, którą każdy uczestnik otrzymał na mecie wraz ze stosownym dyplomikiem.

*

Przed wejściem do parku, w którym odbywałay się imprezy grał na swoich ludowych imstrumentach i śpiewał autentyczny Indianin z dalekich Andów. Jego muzyka i poruszające za serce piosenki przenosiły słuchaczy w odległy i egzotyczny kraj Inków, Majów i Azteków.

*

Nie darowałbym sobie, gdybym nie sfotografował malowniczego straganu z różnymi gatunkami miodu. W moim wieku muszę przecież zadbać o zdrowie. Degustowałem każdy gatunek miodu i parę słoików dla "poprawy zdrowotności" sobie kupiłem. Bo każdy miód na co innego pomaga. Panom w moim wieku polecam miód wrzosowy, który serce leczy, witalności dodaje, no i do prostaty nie dopuści.

*

Moja żona Renia i córka Ania wolały degustować miody pitne, które urody i zdrowia paniom dodają. Były tam miody "Czwórniaki", "Trójniaki", "Dwójniaki:" i "Półtoraki". (miód czwórniak składa się z trzech części wody i jednej miodu, czyli im mniejszy tym lepszy).

*

Po degustacji i zakupach poszliśmy na część artystyczną. Oto grupa taneczna "Cykady" z Przemkowa, która rozpoczęła cykl występów artystycznych.

*

To też "Cykady", ale nieco młodsza grupa, bo "Cykady" to zespół z przyszłością.

*

Dla młodszej widowni występował wrocławski mim na szczudłach w programie "Szoko Koko z Szokolandu". Oj działo się działo! Klown na szczudłach potrafił bawić, zadawać pytania, dawać nagrody i kary. Oj niejeden dorosły zarobił w głowę dużym młotkiem od synpatycznego mima. Nic dziwnego, że wokół niego było pełno dzieci. Nawet i mnie egzaminował, ale odpowiedziałem dobrze i młotkiem nie zarobiłem

*

Następnie występowała grupa taneczno-wokalna z Przemkowa "Daisy Dance". Tak wywijali nowoczesne tańce, że nawet moja cyfrówka nie nadążyła z rejestrowaniem obrazu i wyszedł lekko poruszony, (to nie ja poruszyłem aparatem, to tancerze tańczyli za szybko).

*

Nie ,mogło też zabraknąć zdolnych wokalistów na scenie - oto przemkowski duet utalentowanych wokalistów. Niestety ich nazwa utkneła w zwojach mojej kory mózgowej i za Chiny nie mogę sobie na razie jej przypomnieć.

*

Po parku snuli się grożni piraci, którzy na wyspie rozbili swój obóz i otoczyli go armatami. Nic dziwnego, że mi ręka się zatrzęsła, gdy naciskałem spust migawki, a piraci odpalili z armaty. No i zdjęcie obozu mi nie wyszło. Niestety przekonałem się o tym dopiero w domu. A może piraci mieli jakąś specjalną i niewidoczną asłonę wirtualną, która przed takim "szpiegami" jak ja chroniła.

*

    Były jeszcze występy głogowskiej rewii "Grafiti", która już od wielu lat wystepuje i zdobywa znaczne nagrody. Podobał mi się też występ dziecięcego, łemkowskiego zespołu "Łastiwoczki" (Jaskółki), który przeniósł nas w świat łemkowskich zwyczajów, ubiorów, kultury i tradycji, o której młodzi nie pozwalają zapomnieć. Muszę dodać, że Łemkowie zostali wysiedlenie z Łemkowszczyzny (Łemkiwini) w ramach akcji Wisła i deportowani na ziemie Zachodnie i Północne, ale na znacznie gorszych warunkach, niż nasi Kresowiacy. Bo o to postarała się już komunistyczna propaganda, która z sypatycznego i wiernego Rzeczypospalitej Ludu usiłowała zrobić "rezunów" z UPA. Na szczęście to już historia.

    Szkoda tylko, że brało mi już pamięci w aparacie, bo jak zwyle zapomniałem kupić sobie kartę z pamięcią, ale postaram się zdobyć od znajomych dziennikarzy zdjęcia Graffiti i Łastiwoczki, bo swoim artyzmem zasłużyli sobie na uwiecznienie w moim blogu.

*

Moja małżonka i córka odpoczywają, czekając na kolejne występy. Coś mi się zdaje, że córkę ogarnęła lekka głupawka. Nic dziwnego po takich wrażeniach.

Ja już po występach młodzieży pojechałem z miodem do domu, a córka z żona zostały jeszcze na występ grupy The Positive i na koncert  artysty Ivana Komarenki. Wiadomo, że żona to kresowianka i swój do swego ciągnie.

*

Na imieninowy prezent dostałem od żony i córki - woskową świecę w formie posążku Buddy, zakupioną u artystów pszczelarzy, bo mam buddyjskie zacięcie.

Będzie sobie stała po wsze czasy wśród mojej kolkcji posążków Buddy. Dopiero może być zapalona, gdy odpłynę już na drugi brzeg Styksu, albo osiągnę nirwanę.

*

Będzie się i dzisiaj działo w Przemkowie, bo święto trwa dwa dni. Niestety nie możemy już dzisiaj pojechać z banalnej przyczyny - kasy. Jednak zapraszam moich przyjaciół z blogu do odwiedzenia tego sympatycznego miasteczka w Borach Dolnośląskich i koniecznie na wzięcie udziału w IX Dolnośląskim Święcie Miodu i Wina w Przemkowie w Anno Domini 2008.

*

Warto poznać te wspanniałe miasteczko. Miasteczko wielu kultur i trzech współżyjacych ze sobą religii - Katolickiej, Prawosławnej i Grekokatolickiej.

Ja też się wybieram na przyszły rok na dwa dni - jak mi Burmistrz godzin dołoży - do mojego programu, który w Przemkowie realizuję

 

komentarze (21) | dodaj komentarz

Wątpię więc jestem

środa, 26 września 2007 16:38

*

Moje rozważania o schizmę zahaczające 

    Od dawna się zastanawiam dlaczego wychowany w religii katolickiej i niegdyś, płytko, bo płytko, ale jednak wierzący mam tyle wątpliwości natyry duchowej. Ciągle i się coś w Kościele który miał być moim ojcem i matką nie podoba i często go krytykuję, za co zbieram baty od Moherowych Berecików i prawicowych polityków.

    Wiem natomiast, że jestem przekonany, że moja krytyka wynika nie z nienawiści do kleru, Kościoła, ale bardziej z życzliwości. Uważam bowiem, że moja życzliwość została wystawiona na wielką próbę, gdyż doznaję od dawna swoistego dejavu i widzę parę różnych wyznań i Kościołów w obrębie tej samej religii. A może się mylę, więc oceńcie sami.

    Pierwszym jest kościół ludowy, który jest bardzo widoczny na polskich wsiach. Jest oparty na tradycjach i świętach ludowych, na pewnych regionalnych obrzędach, czy zwyczajach. Te wierzenia są bardzo kolorowe i odwołujące się do dawnych tradycji regionalnych (ludowych). Jednak trudno wymagać od wiernych powszechnej znajomości Biblii, homilii, zaleceń soboru. Jest to wiara mocno zakorzeniona w wartościach rodzinnych, ale bezrefleksyjna i bardzo podporządkowana swoim księżom (plebanom), którzy stanowią wyrocznie. Pół biedy, gdy duchowny jest światły i tolerancyjny, ale jeśli trafi się pleban o wąskim horyzoncie widzenia i postępującej ciasnocie umysłu, to wtedy zaczyna być źle i budzą się uśpione demony. Choć hipokryzji w nim mało, to i głębszych przemyśleń i rzeczowych dyskusji, tam nie uświadczysz. Więc póki życie toczy się w obrębie własnych parafii, to wszystko gra, ale jeśli wyjdzie poza parafialne opłotki, to może być różnie.   

    Mimo to, lubię ludowe obrzędy, chłopską filozofię plebanów, którzy potrafią i strzyc i trzymać swoje owieczki w kupie. Pamiętam kiedyś, gdy byłem na nabożeństwie w małym góralskim kościółku, to widziałem jak starzy górale palą w kościele fajki, a dym z nich w niczym nie przypominał zapachu wonnych kadzideł. Pleban nawijał krucafuks po swojemu, beształ Jędrusiów jak cholera i wszyscy kiwali głową ze zrozumieniem, a jak trzeba to się śmiali. Górale bowiem wyznają zasadę, że Pan Bóczek nie lubi smutasów i głupców. Ja też się fajnie bawiłem, a i moja duchowość też zyskała nowe doświadczenia. 

    Drugi, to „kościół” polityczno-biznesowy, który zaczął się po upadku komuny i to w czasie, gdy Kościół Katolicki, oszołomiony wolnością, nie potrafił się odnaleźć w demokracji. Albo raczej odnalazł się, ale zamiast „BYĆ” postawił na „MIEĆ”, wyrywając bez opamiętania co się tylko dało i tylko dlatego, że usłużni pseudopolitcy uchwalili korzystną dla niego ustawę. Nie chodzi o odzyskiwanie zagrabionego przez komunę majątku, ale o tem majątek, przed którym przestrzega papież Jan Paweł II – „Nie można wyrównywać krzywd, na krzywdzie innych”. O naciąganiu ustawy przy odzyskiwaniu majątków odebranych przez cesarzy, carów, królów od reformacji i wcześniej poczynając.      

    Gdy po upadku komuny zaszedłem do kościoła, to aż przetarłem oczy ze zdumienia. W pierwszych ławkach siedziała większość egzekutywy nieboszczki PZPR, niegdyś przewodniej siły i przewodnika mas. – Pewnie lokale pomyliłem – pomyślałem sobie i wyszedłem…      

    Później było już tylko gorzej, bo to tej grupy dołączyli wszyscy, wpisując sobie na sztandary „Boga I Ojczyznę”. Oni się nawzajem licytowali, która partia ma większe prawo do podpierania się na pastorałach biskupich i Pasterskiej Lasce Papieża i to bez jego przyzwolenia. Do nich dołączyli szemrani biznesmeni, którzy dawali, ale wymagali poparcia i poręczeń wielebnych jak im się noga omskła i pod paragraf trafili. Śmiałem się wniebogłosy, gy widziałem te bractwo rozmodlone na pokaz, kleczące, kajające się i dźwigające na procesjach baldachimy, chorągwie i fugyry kościelne wszystkich świętych pańskich. Dźwigało i baczyli, aby ich oko kamery nie ominęło.

    Co do tej polityczno-biznesowej grupy, to trudno ich podejrzewać o głębsze refleksje religijne, znajomość nauk społecznych Kościoła, Biblii, encyklik i czego tam jeszcze Bozia dla pogłębiania wiary dla ludzi nie wymyśliła. To "kościół", a raczej odłam hipokrytów, którzy głośno krzyczą o swojej rzekomej pobożności i powołują się na nauki Papieża, które znają ze słyszenia. Mało tego, można ich spotkać na Jasnej Górze i innych Sanktuariach Maryjnych, w katedrach w czasie większych świąt państwowych i kościelnych. 

    To polityczna hołota i pospolita swołocz, więc spuśćmy na nich zasłonę miłosierdzia. Widząc tych "wiernych", to zostaje obrażane moje poczucie sprawiedliwości, zmysł estetyczny, moją inteligencję (jeśli jest obecna) i poczucie patriotyzmu. A fe...        

    Kolejnym sposobem wiary są służby mundurowe. Wszystko na rozkaz, ruki po szwam, modlitewniki w garść, kapelani, poczty sztandarowe, "nawracanie" się na rozkaz, szarfy, radio, prasa, asa tadarasa.

    Wyznanie raczej bezrefleksyjne, bez znajomości świętych ksiąg, papieskich listów i homilii, ale za to – Na ołtarz patrz! Wysłuchaj mszy! Do koszar marsz! 

    Przedostatnim jest schizmatyczna wiara w Radio Maryja i w jego mnicha Rydzyka, który nie jest szlachetnym grzybkiem, a robaczywym kapciem. Ten "mąż" duchowy jest kompilacja guru,  ciemnych plebanów, szamanów, biznesmenów, polityków i tej całej popłuczyny, zwanej duchowym szambem. Szkoda tylko, że aż tylu starych ludzi naciąga na pieniądze, dając im w zamian chorą religię i obietnicę zbawienia. Docześnie obiecuje "świetlaną" przyszłość, która jest blisko, coraz bliżej... Ten cwany i szemrany mnich, niczym Rasputin, czaruje, porywa, popiera i pogrąża w politycznym niebycie tych, którzy stają mu się niewygodni.       

    Czniam i mam w głębokiej pogardzie tego osobnika, ale żal mi tych wszystkich biednych, starych, często schorowanych ludzi, w których obudził nienawiść, nietolerancję i prymitywny nacjonalizm, ksenofobia i antysemityzm. Boże! Ty widzisz i nie grzmisz! 

      Wreszcie ostatnim Kościołem jest nasz Kościół Powszechny. Kościół ks. prof. Tischnera i jemu podobnych księży i duchownych. To Kościół Jana Pawła II, który potrafił łączyć, scalać, kochać, miłować i wybaczać. Dla którego słowa modlitwy: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczany naszym winowajcom… nie były pustymi słowy. To Kościół mój wymarzony, enigmatyczny i nierealny. Kościół JP II, kard. Dziwisza, etc… Więc gdzież on jest na Boga!!!

*

Wątpię, myślę, więc Jestem

*

PS. Przeczytałem w sobotniej Wyborczej, że szanse mnicha Rydzyka na kasę kilkunastu milionów euro na swoją, pożal się Boże, Wyższą Szkołę…z Unii Europejskiej są równe zeru. I bardzo dobrze, że ten antyunijny cwancygier już był w ogródku, już witał się z gąską, dostanie figę, a nie kasę. Jednak wielka konfuzja i oskoma pozostanie w twardym sercu nawiedzonego mnicha.

komentarze (19) | dodaj komentarz

Jest mi bardzo smutno

niedziela, 23 września 2007 17:21

*

Smutny telefon

    Wybaczcie, że dzisiaj nie napiszę tego, co obiecałem i mam zapisane w moich dokumentach.

     W południe dostałem telefon od mojego kolegi Józka z Wuppertalu, że jego żona Irka zmarła. On płakał i ja też. Między łzami powiedział mi, że mu zmarła na rękach. Przeżyli razem 42 lata, a ja byłem ich świadkiem i jedynym kolegą na ślubie i przyjęciu weselnym. Choć było skromne, to bardzo miłe i utkwiło mi w pamięci na całe moje życie.

     Wcześniej pisałem o Jej chorobie prosząc o modlitwę i dziękuję tym wszystkim, którzy się pomodlili. Cóż. Bóg miał widać inne plany wobec Ireny. 

    Jutro dowiem się o której mam autobus do Wuppertalu. Ma mi też zadzwonić jutro kiedy będzie pogrzeb. Postaram się pojechać, aby być przy nim i towarzyszyć Irce w ostatniej drodze.

*

Ś+P

Irena  Mądroszkiewicz

z domu Ulbrycht

Zmarła w wieku 63 lat

*

Śpieszmy się kochać ludzi,

Bo tak szybko odchodzą.

Zostają po nich buty i telefon głuchy...

*

I niech Bóg ma w opiece zmarłą Irenę,

bo wiele wycierpiała

*

Ave Maryja

* 

    Nie myślałen, że mój pierwszy wpis po sformatowaniu komputera będzie dotyczył właśnie tej smutnej nowiny.

komentarze (21) | dodaj komentarz

Grzechów odpuszczenie...

sobota, 22 września 2007 14:46

Wątpię, więc jestem

    Nie myślałem, że aż tyle emocji wywoła mój wpis, którym nie miałem zamiaru nikogo przyzwoitego i normalnego obrazić. Z wyjątkiem hipokrytów i Moherowych Beretów, na których czniam.

    Jak już wspominałem mam wiele wątpliwości natury nie religijnej (konkretne religie), ile o sposób wyznawania i postępowania ich wyznawców. Jak sobie przypominacie, to wcześniej opublikowałem cytaty z Biblii (Pisma Św.), Koranu, Talmudu, Księgi Mormona i Księgi Kriszny. Wszystkie te cytaty mówiły o miłości, dobru, wybaczaniu i o Bogu. Gdzie zatem tkwi przyczyna nienawiści, nietolerancji i tego całego zła, które się pod płaszczykiem "Boga" wyprawia. Nie tylko w naszym kraju, ale i na świecie.

    Nie będę się wypowiadał o innych religiach bo ich dobrze nie zanam, a skrzywdzić przez nieświadomość jest łatwo. Wolę napisać o naszej religii katolickiej, która u bardzo wielu ludzi jest na pokaz, bez znajomości Pisma Św., homilii papieży, zaleceń posoborowych, etc... Religii w której się urodziłem, byłem wychowywany i w którą wątpię. Wątpię, więc myślę i żyję.

    Piszę tekst, który opublikuję, jak mi zreperują system, albo od nowa zainstalują. Teraz podzielę się dwoma dość zabawnymi, ale bardzo miłymi wydarzeniami, których doświadczyłem.

    Miałem kiedyś w terapii świadków Jehowy, którym skutecznie pomogłem. Po jakimś czasie mój kolega, który był starszym zboru, poinformował mnie, że na jednym z zebrań w sali Królestwa debatowano, czy ja będę zbawiony. Chodziło o ich własny punkt widzenia na zbawienie. Padały argumenty, że taki człowiek jak ja zasługuje na zbawienie, choć z drugiej strony, według ich porządku teokratycznego jako nieświadek, nie może zbawienia osiągnąć. Stanęło na tym, że Bóg Jahwe przymknie na mnie oko i udzieli mi dyspensy, a co za tym idzie, wejdę do królestwa Niebieskiego i zasiądę u jego boku. No, może nieco dalej od innych, ale zawsze. Było to bardzo miłe i pouczajace.

     Drugim, niemniej sympatycznym wydarzeniem, było kiedy na spotakaniu KIK, gdzie nasz kapelan (z KIK-u) stwierdził: Ty Michał masz wątpliwości co do istnienia Boga, ale nie masz najmniejszych wątpliwości, że on cię strzeże i pomaga na różnych zakrętach życiowych. On wiedział, że mam wiele wątpliwości natury duchowej i religijnej, ale umiał znaleźć we mnie coś, co mnie ujęło i chyba dlatego tak powiedział. Ucieszyło mnie to, gdyż trafił w sedno.

    Może właśnie dlatego moje sympatyczne koleżanki z Australii dokonują miłych wpisów, a nawet piszą w mailach o Bogu, Jezusie i swoim pojmowaniu chrześcijaństwa i to bez narzucania swojej religii. To bardzo miłe. Być może widzą we mnie to, czego inni nie widzą, a już na pewno nie Moherowe Berety i inni wyznawcy tego samego Boga, o którym napisałem na wstępie.

*

Bo Bóg jest przecież jeden, tylko religii i wyznań wiele i gdyby wszyscy ludzie byli dobrej woli, to...

 

 

komentarze (16) | dodaj komentarz

I odpuść nam nasze winy...

niedziela, 16 września 2007 12:53

...Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom

    Ochrzczony jako niekumate pacholę w katolickim Kościele i w takiej religii wychowany, często się zastanawiam dlaczego co innego jest w Piśmie Swiętym, w naukach Wielkiego Polaka Jana Pawła II, a co innego jest w rzeczywistości. Nawet na lekcjach religii w przedsoborowym Kościele uczono mnie, że głównym przesłaniem chrześcijaństwa (katolicyzmu) jest miłowanie bliźniego swego i wybaczanie mu win właśnie. Taka filozofia wynika też z ewngelii świętych i żywotu Jezusa Chrystusa.

    Szybko przekonałem się jednak, że z tym miłowaniem bliźniego swego i wybaczaniem jest coś nie tak. Co innego bowiem miłować kobietę, którą się pokochało, a co innego miłować innych bliźnich i na dodatek im wybaczać jak nam kuku zrobią. Jednak dość szybko zacząłem czytać mądre książki i samodzielnie myśleć, co spowodowało, że zacząłem wątpić w to i owo. Jako humanista wyznaje bowiem zasadę:

Watpię, więc myślę

     Myśląc krytycznie zauważyłem, że wszelkie dogmaty religijne i przykazania, nijak się mają do tego, co religia i księża głoszą. Widziałem blichtr, pozłotę w kościołach i hipokryzję wśród wyznawców, ale jakoś nikt mi nie mógł wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje. Jakoś nie przyjmowałem do siebie argumentów, że człowiek jest z natury grzeszny, gdyż uważam, że jak się na coś decydujemy i mamy wolną wolę, to mamy też prawo do wyborów w wyborach. W wyborze między dobrem, a złem.

    Zniechęciłem się do spowiedzi, gdyż nie widziałem sensu w opowiadaniu się ze swoich grzechów innej osobie i uzyskiwaniu enigmatycznego rozgrzeszenia, abym mógł ponownie grzeszyć...

    Byłem z natury człowiekiem bardzo miłujacym kobiety, a co za tym idzie, zdarzało mi się konsumowanie coraz to nowych związków dla obopólnej przyjemności, a nie dla prokreacji, którą uważałem jednak za święty obowiązek, ale w dalszej w przyszłości. Byłem więc grzesznikiem, wyklinanym przez różne dewotki i nawiedzonych księży. Sytuacja jednak uległa pewnej zmianie, gdy jako 30 latek ożeniłem się i założyłem własną rodzinę. Wtedy zagrały we mnie wartości wyniesione z domu rodzinnego, a nie z dogmatów i utyskiwań zdewociałej kruchty. Czyli wierność i miłość aż do śmierci. Co udowodniłem w pierwszym małżeństwie, i czynię w obecnym. Tak bowiem zostałem wychowany.

    Pierwszą żonę kochałem w chorobie i nie opuściłem jej aż do jej śmierci. Nie ukrywam, że wielu tzw. "wierzących i praktykujacych" miało na ten temat inne zdanie i raczej mi współczuło życia z chorą żoną i  pewnie by mi odpuścili grzech niewierności - z litości, zrozumienia i męskiej solidarności. Ja to jednak waliłem, bowiem zasady wyniesione z domu rodzinnego, to dla mnie  bezdyskusyjna  wartość.

    W czasie komuny byłem związany z Klubem Inteligencji Katolickiej, gdzie nikt mi nie patrzył w rozporek i nie oceniał mojego sceptycyzmu i wątpliwości religijnych. Wierzyliśmy bowiem, że jako grupa ludzi myślących musimy pogłębiać wiedzę o nauki społeczne Kościoła,uczyć się rozumienia papieskich encyklik, oraz posiąść wiedzę z kultury, sztuki i niezakłamanej historii od opozycyjnych księży i wykładowców. Wierzyliśmy bowiem, że to my jesteśmy spadkodawcami kultury i pewnych wartości dla potomnych i nie możemy się okazać barbarzyńcami dla następnych pokoleń. Bo one nam tego nie wybaczą. Mi to pasiło, gdyż wierzyłem, że komuna padnie jak pies Pluto na beton i że w demokracji będę musiał dokonywać wyborów, tak madrych, jaka będzie moja wiedza.

    Mój sceptyzyzm pogłębił się, gdy do władzy dochodziły partie, które Boga, katolicyzm, czy wartości chrześcijańskie miały wypisane na swoich sztandarach, a głosiły nienawiść i antysemityzm. Mierziło mnie, gdy wielu księży i hierachów dało się zamotać w polityczne gierki, dając tym samym dowód na brak dojrzałości duchowej i umiejętności życia w demokracji. Byłem wtedy rozczarowany takimi postawami, które nijak nie przystawały do słów i encyklik głoszonych przez naszego Papieża Jana Pawła II. Bolałem nad tym, ale prosiłem Boga o wyrozumiałość, bowiem oni nie wiedzieli co czynią. Nie było jednak we mnie nienawiści i byłem skłonny do wybaczania, po naukach naszego Papieża i Jacka Kuronia, którzy kochali ludzi, a nawet swoich wrogów. Bolałem jednak nad widoczna hipokryzją, a te obserwacje utwierdzały mnie w mojej zasadzie:

Wątpię, więc jestem.

        Przez wiele lat żyłem sobie spokojnie nie wadząc nikomu, gdyby nie pewne radio, Maryja zwane i nawiedzony mnich Rydzyk, który wielu ludziom we łbie namieszał i poprzewracał, by na dodatek stworzyć rzeszę swoich wyznawców w moherowych beretach. Tego już było za wiele, ale nie dla mnie, tylko dla moherowych berecików. Wielokrotnie bywałem opluwany jako publicysta i pisarz przez moherów właśnie i to z bardzo prozaicznych przyczyn. Zdarzało mi się bowiem opowiadać, że Jezus Chrystus był obrzezany jak każde żydowskie dziecko, że jego matka Maryja była Żydówką, podobnie jak jej mąż św. Józef, który był też Żydem. Takich herezji nie wybaczyło mi wielu hipokrytów w moherowych beretkach, bowiem moje słowa były bluźnierstwem, a ja wrzodem na "zdrowej" tkance narodu rydzykowej i pseudokatolickiej braci.

    Łagodnym agnostykiem zostałem, gdy pewna bogobojna niewiasta w moherowej beretce wyzwała mnie od skur...w, życząc mi rychłej śmierci i męk piekielnych za to, że mówiłem o Jezusie, iż był Żydem i w podobny sposób o jego żydowskiej rodzinie. Mało mi ta rydzykobojna niewiastą laską nie przywaliła, gdy jej "ukochaną" Maryję zawsze dziewicę Żydówką nazwałem. Na szczęście odskoczyłem, a moherowa matrona musiała się swoim kosturkiem podeprzeć, aby orła nie wiwinąć.  Świętego Józefa cieślę mi odpuściła, pewnie dlatego, że nie była zwolenniczką radia Józef. O dziwo, nikt z obecnych przy tej scysji chrześcijan, bowiem u nas 97% to katolicy, a reszta to gorsi chrześcijanie, że o promilu saracenów nie wspomnę, nie stanął w mojej obronie.

    Dopiero ktoś mi za jakiś czas wytłumaczył różnice między Kościołem Toruńskim, a Łagiewnickim. Toruński, czyli radiomaryjno-rydzykowy wierzy, że pan Bóg był Polakiem, a Maryja Zawsze Dziewica była góralką z Zakopanego, a św. Józef Robotnik był cieślą z Podhala. Wtedy zrozumiałem, że nic po mnie w takim Kościele, oraz to, że nie nadaję się na opluwanego, lżonego i bitego kosturem męczennika, który liznął nieco Pisma Świetego i nauk Jana Pawła II.

Nadal więc żyję myślę i wątpię.

    Czniam też na o. Rydzyka. Na jego bluźniercze i antysemickie radio. Na jego moherowych wyznawców i hierarchów go broniących.

I to jest mój mądry wybór grzesznego robaczka, który się do nieba nie wybiera.

*

    Bliżej mi bowiem do Boga na odkrytych Połoninach, zalesionym Otrycie, Ostrem, Hantowym, czy Bukowym Berdzie, gdzie górski wiatr niesie moje słowa modlitwy, niż w dusznym kościele. Więcej mi Jezusa w opowieściach o bieszczdzkich Zakapiorach, niż w pełnych nienawiści słowach micha Rydzyka. Więcej mi duchowości w bieszczdzkich Madonnach, frasobliwych Świątkach, Cyrylach, Dusiołach, Biesach i Czadach, niż w pozłacanych figurach kościelnych. Tak samo więcej mi Aniołów (Bieszczdzkich) w Cisnej i Dołżycy, bo próżno ich szukać w radiu Rydzyka, gdzie powietrze od szatanów pełne...

komentarze (29) | dodaj komentarz

Konferencja

sobota, 15 września 2007 15:22

 

Historia zakonów w Głogowie

    Dzisiaj byłem na konferencji zorganizowanej przez Towarzystwo Ziemi Głogowskiej i Klub Inteligencji Katolickiej w Głogowie. Odbyła się w "Domu Uzdrowienia Chorych", prowadzonego przez Cichych Pracowników Krzyża przy głogowskiej kolegiacie.

     Tematem konferencji "Religia katolicka na Ziemi Głogowskie" były zakony w Głogowie od momentu założenia (lokacji) miasta.

    Na przestrzeni wieków wiele było zakonów w moim mieście, ale żaden z nich nie przetrwał po dzisiejsze czasy. Nie znaczy to, że żadnego zakonu  w Głogowie nie ma. Są, ale przyszły już po wojnie. Jednym z nich są Redemptoryści (klasztor i parafia  Św. Klemensa), którzy przyjechali do naszego miasta zaraz po wojnie, aby objąć posługą religiną głogowskie rodziny, które przyjeżdżały do miasta w miarę jego odbudowywania. Jest też kilka sióstr zakonnych - Służebniczek, które obsługują miejscowe parafie.

*

Dom Uzdrowienia Chorych - wejście. Z tyłu widoczna kolegiata głogowska.

Nasze TZG korzysta z uprzejmości pracowników DUCh i proboszcza kolegiaty ks. Rafała Zendrana, więc większość konferencji organizujemy w tym domu.

*

Konferencję otworzył Rafael Rokaszewicz, prezes TZG i kandydat na posła. Przywitał zaproszonych gości i wprowadził w tematy konferenji.

*

Pierwszy wykład - "Narodziny życia zakonnego" wygłosił ks. dr Aleksander Walkowiak (TZG), który w ciekawy sposób przekazał nam rozwój życia zakonnego w świecie (pierwszy zakon - powstał  w Górnym Egipcie), w Europie, w Polsce i na Ziemi Głogowskiej.

*

Kolejny wykład "Dominikanie w Głogowie" wygłosił mgr. Robert Marek Górniak z KUL-u (członek TZG).

*

Bardzo ciekawy był wykład ojca prof. Rolanda Preis (KUL) z zakonu braci mniejszych Kapucynów o zakonie Franciszkanów. Przybliżył nam w ciekawy sposób historię tego zakonu w Europie, na Ziemiach Polskich, Dolnym Śląsku i w naszym mieście. W czasie dyskusji wspomniał też o Kapucynach, który również byli w naszym mieście i okolicy, ale nie udało im się otworzyć swojego domu zakonnego z uwagi na niezbyt przychylny stosunek władz pruskich do katolickich zakonów. Dopiero ten wykład pozwolił mi zrozumieć różnice w zakonach franciszkańskich, ich odłamów i z czego one wynikały.

*

Na zakończenie konferencji był wykład mgr. Pawła Łachowskiego - historyka i sekretarza TZG pt: "Klaryski w Głogowie". Nie wiedziałem, że był to zakon, do którego wstępowały córki ze szlacheckich domów i bogatego mieszczaństwa po wniesieniu odpowiedniego wiana.

*

    Konferencję zakończyła dyskusja i poczestunek (obiad). Nie ukrywam, że lubie te konferencje, gdyż wiedzy o naszym mieście i nie tylko, nigdy za wiele. Liczy się również możliwość poznania mądrych i ciekawych ludzi, wysłuchania ich wykładów i porozmawiania w kuluarach przy kawie na interesujące nas tematy.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Szczęście

środa, 12 września 2007 15:58

 

Jak być szczęśliwym

 

    Nie ma chyba człowieka na tym łez padole, który by nie chciał być szczęśliwym. Tylko konia ze złotym rzędem temu, kto mi poda prawdziwą definicję szczęścia.

    Psycholodzy powiedzą, że to stan naszych emocji i uczuć. teolodzy, że to pełna harmonia z Bogiem. Buddyści, że to osiągnięcie stanu nirwany i przerwanie pasma wcieleń. Yogini, że to zespolenie ciała z naturą i kosmosem. Nieboszczyk Freud powiedziałby coś o harmonii id, ego i superego. Przykłady można mnożyć, definicje również. Gdzie w takim razie tkwi sedno szczęścia? Tego pewnie nie wie nikt.

    Pewnie na tym drugim świecie, w którym człowiek według pewnych dogmatów wiary osiągnie szczęście wiekuiste, chociaż nikt tego nie potwierdził. Brakuje również chętnych, aby się o tym przekonać, bo każdy boi się śmierci. A przecież skoro jest ona pewnym wyzwoleniem od ziemskiego piekła, to skąd te obawy? Czyżby wiara była aż tak płytka i na pokaz? Myślę, że i jedno i drugie, ale bardziej świadomość tego, że jesteśmy grzeszni i na odejście z tego świata nigdy nie jesteśmy przygotowani.

    Buddyści powiadają, że możesz w nic nie wierzyć, możesz wierzyć w co chcesz, byleś tylko czynił dobro. I coś w tym musi być na rzeczy, gdyż czyniąc dobro, nie czynimy zła, a przez to nie grzeszymy. A skoro nie grzeszymy, to jesteśmy gotowi do podróży na drugi brzeg Styksu, gdzie bramy niebieskie są otwarte, a tam...

    Guzik prawda i stawiam roczne pobory przeciwko zgniłemu jajku, jak ktoś znajdzie tego, kto jest gotów przepłynąć na ten drugi, enigmatyczny brzeg i potargować się z Charonem. Oczywiście musi być to osoba w sile wieku, a nie cierpiący starzec, czy notoryczny idiota, który się nawiedził na życie w niebiesiech.

    Pomijam już fakt, że każda religia inaczej sobie wyobraża szczęście wiekuiste w niebie, raju, edenie, czy Bóg wie gdzie jeszcze. Oczywiście nie brakuje kretynów, którzy są gotowi ponieść śmierć jako zamachowiec, żywa bomba, torpeda, czy w samobójczym samolocie. Ale na tych warto spuścić zasłonę miłosierdzia, albowie nie wiedzą co czynią.

    Skoro nie potrafimy zdefiniować szczęścia, a jak wiadomo pieniądze również szcześcia nie dają, choć i bez nich źle, to co robić do diabła, aby być szczęśliwym?

    Warto więc żyć i cieszyć się na pozór drobnymi sukcesami, pogodą, otoczeniem, przyrodą, ciekawymi spotkaniami i zdrowiem. Warto tak jak ja dzisiaj pójsć do sklepu z dżinsami, by po przymierzeniu kilunastu par ich nie kupić. Gdy wyszedłem ze sklepu, gdzie było setki różnokolorowych spodni o wszelakich fasonach z pustą torba, poczułem się szczęśliwy, że pozostało mi w portfelu kilkadziesiąt złotych. Że nie muszę mordować się przy przeróbce dzinsów na moją nietypową sylwetkę. Że odebrałem przesłkę na poczcie z nowym i aktualnym przewodnikiem po Bieszczadach. Że w sobotę idę na konferencje o głogowskich zakonach od powstania mojego miasta. Że...

    Być szczęśliwym, to umieć cieszyć się z drobnych na pozór rzeczy i nie przejmować się dzinsami, gdy się ich ma ich trzy pary - dwie pary na codzień i jadną na święta, że o jednym garniturze nie wpomnę. Bo szczęście jest w zasięgu ręki i wystarczy tylko po nie sięgnąć. Pewnie tylko takim sensybilistom jak ja jest łatwiej o zadowolenie, które jest namiastką szczęścia.

komentarze (20) | dodaj komentarz

I nastał nowy dzień

sobota, 08 września 2007 12:38

Zdarzył się cud

    Gdy stawałem na warukowe zwolnienie, nikt mi nie wróżył, że wyjdę z pudła za pierwszym podejściem na wokandę. Sceptycy nawet twierdzili, że z moim paragrafem "wroga państwa" nie mam szans, gdyż sądy, mimo gierkowskiej prosperity nie są skłonne wypuszczać na wolność warchołów. Ja jednak swoje wiedziałem, gdyż wierzyłem matce, która osobiście mi załatwiała w sądzie penitencjarnym zwolnienia. A miała wtedy mocną znajomość w Sądzie Najwyższym. Także i komendant ośrodka swoje wiedział i też twierdził, że do niego nie wrócę.

    Nastał wreszcie sądny dzień i stanąłem przed obliczem wymiaru sprawiedliwości, który bez zbytniego obcyndalania, skrócił mi karę prawie o rok. Radości było co niemiara.

    Nie ukrywam, że wcześniej miałem zamiar zostać w Bieszczadach, aby zgodnie z planem gierkowskiego zasiedlania zadbać, by "Bieszczady rosły w siłę, a ludzie dostali Żytniej". Wtedy byłem zauroczony kilkoma Zakapiorami, których dane było mi poznać. Nic więc dziwnego, że chciałem razem z nimi żyć pełnią życia w niczym nieskrępowanej wolności. Bo Bieszczady w tamtym okresie wchłaniały wszystkich chętnych do pracy skłóconych z życiem romantycznych lekkoduchów, na rzecz ich socjalistycznego rozwoju.

    Miałem nawet załatwioną pracę w nadleśnictwie Lutowiska i stosowną bumagę podpisaną przez samego nadleśniczego Wojomira Wojciechowskiego. Co prawda nie miałem jeszcze sensownego pomysłu jak zakapiorstwo połączyć z normalną pracą, ale widziałem wielu sezonowych drwali, którzy zarabiali ciężkie pieniądze, a potem je przepijali. Był to niewatpliwy dowód, że można jakoś łączyć pracę z piciem. Liczyłem też, że i we mnie obudzi się talent twórcy, bo przecież mój dziadek i ojciec byli uzdolnieni manualnie i piękne rzeczy tworzyli. Dodatkowo posiadałem też niesamowity dar do szybkiego bratania się z ludem bożym, a i pić potrafiłem nie gorzej od Jędrusia Połoniny. Nic więc dziwnego, że z takimi przymiotami, swą przyszłość bieszczadzką widziałem bardzo piękną i wręcz świetlaną.

    Kiedyś bardzo mi zaimponował pewien pilarz z którym dane mi było pracować. Ponoć był fryzjerem z zawodu, a pilarstwo swoje traktował sezonowo, jako okazję do zarobienia dużej kasy. Pewnie marzył o swoim własnym zakładzie fryzjerskim dla Pań, bo na damskiego fryzjera mi wyglądał. On w dość widoczny sposób odstawał od całej reszty drwali i pilarzy. Podczas gdy tamci mówili, że zdało by się coś "wpierdolić", on mówił skonsumować. Gdy tamci pobekując i pierdząc bezwstydnie po posiłku mówili, że był on "po chuju", to tylko on jeden obcierał usta chusteczką i mówił, że posiłek był wykwintny. Stąd byłem przekonany o jego damskim fryzjerstwie, bo przy męskim nie byłby chyba taki finezyjny i delikatny.

    My - brać więzięnna mieliśmy swój własny jezyk, który w niczym nie przypominał twardych słów naszych wolnościowych kamaratów, że o  delikatnej finezji fryzjera nie wspomnę. My po prostu zamiast "wpierdalać", czy konsumować, mówiliśmy "wszamać", czy zamiast bredzić, że  żarcie było "po chuju", albo, że jedzenie było wykwintne, mówiliśmy krótko - "szamka była git" . Bekaliśmy i pierdzieliśmy jednak po uprzednim przypucowaniu, czyli wypowiedzeniu pewnego zaklęcia: Szamie kto? Nie szamać!  Po czym następował solidny pierd i nasze stwierdzenie "Żarcik".Już i po tym przykładzie można zobaczyć ile kultur i jezyków, tak odległych z pozoru od siebie, pracowało na rzecz rozwoju socjalistycznej potęgi Bieszczadów. Przy czym jak mniemam, kultura więzienna stała gdzieś pomiędzy damskim fryzjerem, a pierdzącymi bez uprzedzenia drwalami.

    Gdy wyszedłem z dwoma kolegami z więzienia w Moczarach, to zgodnie z wolnościową tradycją pojechaliśmy do Ustrzyk Dolnych, aby w lepszym lokalu "Laworta" golnąć sobie małe co nieco na przywitanie wolności i to jesienną porą. Gdy już należycie powitaliśmy wolność, to w stanie wskazujacym na solidne przygotowanie się do nowych warunków wolnościowych, udaliśmy się na spoczynek w ośrodku kampingowym. Z rana jeden z nas pojechał do domu, bo się deczko spietrał, a ja z kolegą - matrosem z Gdańska poszliśmy się "leczyć" do baru piwnego. Tam po południu spotkał nas były wychowawca z pudła, który na trzeźwo ocenił naszą szansę na dalszą resocjalizację w Bieszczadach na mniej niż zero, więc wsadził nas do pociagu do Przemyśla, życząc nam przyjemnej podróży. Oczywiście, że o takiej drobnostce jak bilet nikt nie pomyślał, ale uczynił to jakiś nadgorliwy konduktor wypisując bilet ze stosowną karą, co ja mu skwitowałem bieszczadzkim "no i chuj", po czym kazałem mu spadać w podskokach na głupie ryło. Nie zapomnieliśmy też zaśpiewać "Polonię" i "Hej sokoły" ruskim wopistom, którzy nas eskortowali w czasie przejazdu przez teren ZSRR, czyli "strany, gdie tak wolno dyszyt czaławiek".

    Z Jarkiem matrosem wypiliśmy po kilka piw na dworcu w Przemyślu, po czym na tęgich obrotach każdy z nas ruszył w swoim kierunku, zapominając o bieszczadzkiej przysiędze, że będziem ich wiernie strzec.

   Nie wiem jak mój kompan, ale ja zajechałem niczym jakieś panicho bez biletu do samego Głogowa i to w towarzstwie hajerów przodowych, którzy wracali z senatorium i też się pokrzepiali po kuracji. Oni mnie przyjęli do swojej kompani wzruszeni moją więzienną dolą. Wysiedli w Katowicach, nakazując konduktorce, aby mnie zamknęła w przedziale, co też skwapliwie uczyniła. Jeszcze pod Głogowem wypiłem ostaniego łyka Żytniej pod przemyskie piwo i pod papierosa, których mi się namnożyło od cholery. Cóż to jednak znaczy górnicze serce śląskich hajerów przodowych.

    W domu szybko mi wywietrzały Bieszczady z głowy, bo mama, gdy już wytrzeźwiałem, jasno mi wytłumaczyła, że mam kuratora i obowiązek podjęcia stałej pracy, o czym z radości nie przeczytałem w odpisie postanowienia o warunkowym zwolnieniu. O pozbawieniu mnie praw publicznych i honorowych już nie wspomniała, bo i na cholerę były mi one potrzebne. Sam więzienny "auswajs" nie rokował mi pracy na stanowisku i orderu w przyszłości.

    Tak więc Bieszczady straciły kolejnego Zakapiora, ale za to moja lokalna społeczność odzyskała obywatela, który z czasem metodą prób i błędów został lokalnym publicystą, pisarzem i ponoć krytykiem literackim, że o szlachetnym zawodzie terapeuty nie wspomnę.

    Do moich Bieszczadów jednak wracam, czyli ich nie zdradziłem. Moje miasto zyskało jednak gorącego patriotę lolalnego i literackiego "geniusza" ... I terapeutę, który wiele istnień ludzkich od śmierci z przepicia, czy przećpania uratował.

*

   Bo w Bieszczadach gdybym pozostał, już dawno wąchałbym kwiatki od spodu. Tak jak wielu Zakapiorów z tamtych lat. Bo Bieszczady i alkohol jakoś się dziwnie łączyły w zakapiorką całość.

*

Dośka! Na miły Bóg zlikwiduj antyspama, bo nie mogę się wpisać. Albo zdradź mi sekret złamania tego badziewia!

*

komentarze (20) | dodaj komentarz

Wędrowiec Boży...

środa, 05 września 2007 15:50

*

Cywilizowany Zakapior

                                      *

    Do napisania tych wspomnień zmotywował mnie miły wpis córki mojego serdecznego znajomego i bieszczadzkiego przyjaciela Karola Paraniaka. W księdze gości córka Karola podpisała się Agnes (pewnie od Agnieszki). Nie ukrywam, że wpis sprawił mi dużą radość, bo raz że jest z Bieszczadów, a po drugie, jest od córki mojego dobrego znajomego, którego ceniłem i nadal cenię. A po trzecie i bez fałszywej skromności, że ktoś czyta mój blog. Ale do rzeczy.

*

Skąd przychodził, kto go znał,

kto mu rękę podał kiedy?

*

    Karola poznałen podczas szkolenia z BHP wybranej grupy więźniów na OZ Olchowiec, która miała pracować w lesie w Nadleśnictwie Lutowiska. Już wtedy mi zaimponował postawny, wysportowany facet w mundurze polowym komandosa z komandoskim nożem w bocznej kieszonce na spodniach. Na głowie miał myśliwski kapelusz ze znaczkami bieszczadzkich złazów i rajdów. Taki gostek musiał budzić respekt i ciekawość wśród więziennej braci. Na dodatek Karol mówił z akcentem śląskim, czyli tak samo jak Gustlik z Czterech Pancernych. Pewnie pochodzili z tych samych stron. Tak przegadaliśmy dwa dni, bo Karol był sumiennym behapowcem, a na dodatek fajnym gawedziarzem.

   Akcje Karola wzrosły, gdy nam powiedział, że był zawodowym żołnierzem w wojskach powietrzo-desantowych w Krakowie. To musiało budzić w nas zachwyt, tym bardziej, że wygladał na dobrego człowieka z którym będziemy chodzić do pracy. Muszę wyjaśnić, że w Bieszczadach do pracy chodziliśmy z leśnikami, a nie z klawiszami, których było jak na lekarstwo. Dodatkową atrakcja był ubiór pracownika leśnego z podpinką. Na dodatek komendant mianował mnie dowódcą naszej bandy - pewnie z uwagi, że byłem bieszczadzkim wyjadaczem, który przez pół roku siedział w trzech ośrodkach. A to mnie chyba nobilitowało.

     Na trzeci dzień poszliśmy do pracy z siekierami na Ostre, gdzie wycinaliśmy krzaki i drzewa olchy samosiejki. Ja z Karolem kierowaliśmy pracą i wymierzalismy działki. Norma nie była za wysoka, a Karol, choć wymagający był fajnym przełożonym.

    Z Karolem przepracowałem ponad 1,5 roku. On mnie uczył kochać Bieszczady i takiego wędrowania, aby w górach nie pobładzić i w kłopoty nie wpaść. Przemierzyliśmy z Karolem i kolegami z OZ  wzdłóż i wszerz cały Otryt, pracując przy wyrębach, budując stokówki, korując papierówkę (metrówkę) i wykonując wiele innych pożytecznych do budowy socjalizmu prac.

    Zimą było najlepiej, gdyż dostawaliśmy zupy regeneracyjne w puszkach, które podgrzewaliśmy na ognisku i biały chleb. Tak mijały miesiące, a ja z mieszczucha stałem się dzięki Karolowi prawdziwym bieszczadnikiem z gatunku majster bieda. Bo przecież jako więzień nie miałem nic własnego, tylko więzienny drelich, kaniołkę i ubranie leśnego pracownika. Jako dowódca plutonu miałem zmyślny chlebak na taśmę  miernicza, skladaną metrówkę, żeszyt i śniadanie. Miałem też manierkę na kawę, którą znalazłem w lesie. Widocznie zgubił ją jakiś gapowaty turysta.

    Nie zapomnę jak zimą na Ostrem zjadłem pół ogniska wegla drzewnego, bo po przyjściu do pracy dostałem prezydenckiego rozwolnienia i biegałem w krzaki co chwilę. Ktoś mi poradził, że węgiel drzewny mnie wyleczy, więc wpieprzałem ten węgiel drzewny, a Karol się wściekał, że musi sam ganiać i pilnować roboty. Pod fajrant węgiel zadziałał i do ośrodka wróciłem w miarę zdrowy, ale osłabiony. Długo wspominaliśmy moją kaczą przygodę.

    Mijały miesiące, aż nadszedł czas opuszczenia gościnnych Bieszczad i powrotu do domu. Tak to bywa w kiciu, gdzie ciągle ktoś przychodził i odchodził. Samo życie.

    Po dziesięciu miesiącach od wyjścia z pudła odwiedziłem ukochane Bieszczady i Karola, u którego spałem dwie noce. Później wędrowałem po innych znajomych leśnikach, aby na koniec wylądować w stanicy harcerskiej o której już pisałem.

    Ostatni raz spotkałem Karola po 20 latach, gdy wraz z żoną i najstarszą córką przyjechaliśmy w Bieszczady. Odwiedziliśmy go w Czarnej, gdzie przegadaliśmy przy kawie parę godzin i zwiedziliśmy jego rancho. Jego synowie byli już dorośli i pracowali jako leśnicy - jeden w Bieszczadzkim Parku Narodowym, a drugi w nadleśnictwie we Wrocławiu. Pewnie nam opowiadał też o córce, bo coś mi świta w pamięci, ale widać mieliśmy wtedy ważniejsze sprawy do omówienia, że sobie nie zakodowałem tego w pamięci.

*

Aż przyszedł taki rok, tak widać trzeba,

nie przyszedł bieda, wiatrem niesiony...

*

    Agnes napisała, że Karol już nie mieszka w Bieszczadach, ale tęskni za nimi i chętnie je odwiedza. Pewnie przeszedł na emeryturę i...

     Mam prośbę do Agnes - napisz mi na moją pocztę (michalc30@wp.pl), gdzie ojciec mieszka, dlaczego opuścił swoje Bieszczady, co słychać u mamy i braci, których pamiętam jako małych chłopców.

    Miłe to wspomnienia o Karolu, który był cywilizowanym Zakapiorem Bieszczadzkim i nauczył mnie kochać i bezpiecznie wędrować po Bieszczadach.

*

...On mówił nam prosto w oczy'

że klnąć nie trzeba na ten świat,

bo można leżeć nawet w błocie

i patrzeć w niebo pełne gwiazd.

*

 

komentarze (20) | dodaj komentarz

A więc piszmy...

wtorek, 04 września 2007 9:26

*

Każdy pisać może...

    ...Trochę lepiej, lub trochę gorzej. Ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi...

    Te słowa satyrycznej piosenki w wykonaniu młodziutkiego jeszcze wtedy Jerzego Stuhra w Opolu nieco sparafrazaowałem. Skłonił mnie do tego wpis do księgi gości sympatycznej "indianki304", która napisała, że pisać warto, bo życie płynie tak szybko, a słowa są godne zapisania.

   Słowa Indianki zrobiły na mnie duże wrażenie, gdyż jestem miłośnikiem słowa pisanego, a i sam jestem lokalnym pisarzem i publicystą, któremu przyjaciele w swej łaskawości dodają - krytyk literacki. Tak też zostało zapisane w opublikowanym dyplomie i w Wikipedii. Cóż, przyjaciołom wolno więcej niż mi samemu.

    Lubię czytać wpisy, wiersze moich przyjaciół z blogów, czy oglądać ich ładne i ciekawe zdjęcia, gdyż czytanie Waszych przemyśleń, opiewania własnych stron rodzinnych, gór, miast i miasteczek, słuchanie przyjemnych melodii na stronach, bardzo mnie wzbogaca duchowo. Pozwala zobaczyć miejsca, w które chcę po takiej zachęcie pojechać i nóż widelec, poznać kogoś z Was osobiście. Dlategu publikuje na swoim blogu swoje ostatnie zdjęcia. Wcale bym się nie zdziwił, gby ktoś z Was podejdzie do mnie w jakimś mieście, miasteczku, czy na szlaku i przywita mnie słowami: Sie manko Michał! - XBasia, Gosia, Ania, Iwona... jestem. Oj byłoby to dla mnie bardzo przyjemne. Lubię takie miłe niespodzianki, gdyż należę do ludzi bardzo ceniących kontakt z drugim człowiekiem, a zwłaszcza z tym, co ma coś do powiedzenia i napisania. Dlatego sam piszę i chętnie Was czytam.

    Muszę też sympatycznej Grażynce, która mieszka poza Polską i nie ma jeszcze swojego blogu odpowiedzieć w swoim wpisie. Co do moich ksiażek, to próżno ich szukać w księgarniach. Owszem, pierwsza była sprzedawana w Zielonej Górze i w Kargowej, ale już chyba jej nie ma. A druga była do zdobycia tylko u mnie, gdyż musiałem obdzielić sponsorów, a resztę upłynniałem w swoim zakresie, aby mi się koszta zwróciły.  

    Bo też jestem pisarzem lokalnym, który nie aspiruje do "Nike", czy innych prestiżowych nagród. Jestem "chorążym" literackim, a tacy są też potrzebni.

    Mam więc propozycję dla miłej Grażynki. Niech mi poda swój adres mailowy, a przyślę jek "komputeropisy" moich dwóch pierwszych ksiażek. Mam co prawda jeszcze parę egzemplarzy ostatniej książki, więc gotów jestem trzymać jeden dla Ciebie Grażynko, bo może się kiedyś spotkamy.

*

    Bo pisać warto, gdyż życie tak szybko przemija, a słowa zapisane pozostaną.

* 

    Mam też osobistą prośbę - mam wpisanych w "ulubione blogi" parę z antyspamem, którego nie udało mi się nigdy przełamać. A szkoda, bo z chęcia bym coś sympatycznego Wam wpisał. A tak czuję się z tym fatalnie. A przecież Was wszystkich bardzo lubię.

komentarze (17) | dodaj komentarz

 12  »

czwartek, 18 marca 2010

Licznik odwiedzin: 223061

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu ich pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Chociaż urodziłem się w Lesznie w Wielkopolsce, to poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też i odrobina mojej zasługi, gdyż byłem w opozycji od 1970 roku. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...Mam nawet swoje miejsce w Wikipedii. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jes...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, bedą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi..., albowiem oni dosiągną królestwa Bożego. Góry, wycieczki, ciekawe miejsca, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 05.03.2010 7:32:23
  • autor: nasturcje
  • treść: Witam:)Miło spotkać&...

Statystyki

Odwiedziny: 223061
Wpisy
  • liczba: 299
  • komentarze: 4831
Księga gości: 152
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 1052 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 05.03.2010 4:52:56
  • autor: ana1807
  • punkty: 100
  • treść: :)))...