Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 821 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Koniec letniej kanikuły.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009 12:03

     Będzie wesoło, bo nasi milusińscy parlamentarzyści wrócili do pracy i będą sobie dokopywać. PO i PSL niby razem, a osobno, a to znak, że zaczyna się kampania wyborcza. Oj będzie się działo. Stawiam na jajcarza Palikota. A co!
     Jutro kolejna rocznica rocznica wybuchu II Wojny Światowej, czyli okazja do puszenia się przed kamerami i krokodylich łez lania. Wcześniej była awantura o Pakt Ribentrop-Mołotow i jego interpretację przez ruskich historyków, którzy mentalnie nie wyrośli z mrocznego stalinizmu ZSRR. A pies im mordę lizał, bo dla mnie ich "newsy" mają wartość zapewnień padre Rydzyka, że kasy nie robi. Spekulowano, że Władek Putin coś palnie w czasie rocznicowej wizyty w Polsce. Szykowano się dać mu należyty odpór, a tymczasem... Putin napisał w liście otwartym, że potępia ten hańbiący Pakt i nie tylko. Wychodzi na to, że Putin zrobił kuku naszym niektórym politykom. I bardzo dobrze, bo po co psuć sobie rocznicowy nastrój.
     U mnie w Głogowie było dość wesoło. Odbyło się parę imprez, rajdów rowerowych, ale duże atrakcje czekają nas za tydzień z okazji 900 rocznicy obrony głogowskiego grodu. Jego replika zbudowana na Górkowie będzie służyć pokazowi jak to drzewiej moje ziemlaki żywocili w Głogowie. Nie zabraknie też turniejów wojów, łuczników, wystepów, inscenizacji obrony grodu przed niemieckim wojskiem i wielu, wielu innych. Będzie na co popatrzeć i duchowo przenieść się w inny, miniony świat.
                            *
       
    Budowa repliki głogowskiego grodu na torze motocrosowym.

    Jako lokalny patriota i nieuleczalnie chory na Głogów uśmiałem się, gdy czytałem w wakacje w lokalnej prasie, że to co nowa władza chciała osądzić i zlikwidować, teraz wraca na swoje miejsce. Pierwszym wygłupem pisowskiej władzy była turystyczna kolejka dla dzieci. Kursowała sobie po mieście i za friko woziła głogowską dziatwę i turystów. Jednak nowa władza uznała, że stwarza ona okrutne niebezpieczeństwo i zamknęła ją w magazynie. Te magazynowanie kosztowało, a wnioski o niegospodarność i sabotaż płynęły na policję i do prokuratury. Prokuratura to umarzała, gdyż nie stwierdzała cech przestępstwa. Kolejka sobie stała i... teraz okazało się, że zmienił się jakiś drobny przepis i kolejka wróci po konserwacji i odnowieniu na dawny szlak. Pękate akta prokuratorskie i donosy polityków obsrywają teraz archiwalne mole. Coś na wzór much, które obsrywały portret Najjaśniejszego Cesarza w knajpie zacnego Palivca w Pradze.
    Kolejnym kwiatkiem była kamera zakupiona przez starą władzę za ponad 25 tysiecy. Jakiś gostek kamerował materiały promocyjne dla miasta, zarobił na tym 80 tysięcy i... Nowa władza dała odpór i a piać policja, śledztwa, prokuratura i sądy. Tak jak poprzednio okazało się, że przestępstwa nie było i niedawno nowa władza podarowała kamerę dla MOKU-u, gdzie ten sam gostek zarabia na niej ucząc młodzież sztuki filmowania. Akta i donosy... obsrywają sądowe mole i pewnie je nawet deczko wtranżalają.
    Takich kwiatków było więcej, ale z tych się uśmiałem, bo przypomniała mi się historia sprzed 27 lat, gdy pomagałem przesuwać szafę u kumpla w domu. Gdy ręce zwisały nam jak szympansowi poza kolana, a balon z winem pokazywał dno, to żona kumpla dała znak, że szafa stoi już tak jak powinna, czyli w tym samym miejscu co poprzednio.
     Nie będę już pisał, że jeden radny po pijaku nalał do kieszeni drugiemu radnemu i przy okazji obsikał knajpę, czym wywołał radochę i publiczne "zgorszenie". Radny odszedł z klubu radnych, ale mandatu nie złożył, bo diety nie śmierdzą, co onegdaj stwierdził Wespazjan. Ja tam radnego nie chcę osądzać, bo sam bardzo dawno temu w pijanym widzie odlałem się na fototapetę, gdy błędnie oceniłem rzeczywistość. Pęcherz domagał się wypróżnienia, a że drzewo nad stawkiem przypadło mi do gustu to sobie pofolgowałem deczko. Szkoda, że u kumpla w stołowym. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że kumpel mi dzielnie w tym pomagał. No i nie byliśmy radnymi, jeno pospolitymi łyczkami.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Niedzielny Wypad

poniedziałek, 24 sierpnia 2009 11:08

     Ktoś musi pracować, aby wypoczywać mógł ktoś. Gdy ja się produkowałem w Miłkowie, to moja ślubna z córkami i znajomymi wypuścili się do Karpacza na wycieczkę. Znajomi mieli plany ambitne, ale jak przystało na ceprów, którzy w Karpaczu znaleźli się po raz pierwszy, bardzo wygórowane. I jak w takiej sytuacji bywa, znajomi nie chcieli słuchać rad mojej żony i córek, co to nieraz bywały w Karpaczu i zaliczyły pare szlaków. Oczywiście z wejścia na Śnieżkę nic nie wyszło, bo to trasa na kilka godzin, ale Świątynię Wang zobaczyli. Co prawda z zewnątrz, bo w tym czasie odbywał się w niej ślub. Z Wangu pojechali do Ściegien, aby zobaczyć słynne miasteczko Western City. Gdy już je zwiedzili i wszystko obaczyli, chcieli pojechać do Skalnego Miasta, ale już im czasu nie starczyło, więc pojechali do Harrachova, by zobaczyć malownicze trasy narciarskie i skocznie. Do domu wrócili późnym wieczorem. Ale co użyli, tego nikt im nie odbierze. Tylko ja musiałem się produkować w pracy.
                              *
   
  
 Karkonosze przywitały ich niskim pułapem chmur, ale na szczęście nie padało. Po jakimś czasie zabłysło słońce. 
                             *
      
W drodze do Wangu ugasili pragnienie w malowniczym potoczku. 
                             *
   
A to już Świątynia Wang, malowniczy drewniany kościółek zbudowany na planie łodzi Wikingów bez jednego gwoździa. Ta kamienna wieża osłania go przed wiatrem.
                               *
   
A to Wang w innym ujęciu. Mimo, że byłem w kościółku wielokrotnie, to za każdym razem urzeka mnie jego piękno.
                             *
   
                A to mały cmentarz obok świątyni.
                            *
   
Moja córka Basia przy pięknej rzeźbie Łazarza przy Wangu.
                                   *
    Po zwiedzeniu Wangu moi milusińscy pojechali do Ściegien, aby zobaczyć osławione miasteczko z Dzikiego Zachodu Western City.
                            *
   
                 Renia na tle Western City.
                          *
   
Już na wstępie podziwiali występ niemieckiego zespołu cuantry.
                                  *
              
Moja Renia z córką Basią zapragnęły wstąpić do saloonu na szklaneczkę whisky. Coś tam musiały narozrabiać, bo...
                                  *
             
                     Basia trafiła w dyby, a....
                                  *
             
                        Renia do aresztu.
                                  *
             
Groźny szeryf dla postrachu zaprowadził ich na szafot, aby przemyślały swoje zachowanie.
                             *
   
Po takiej przygodzie Renia najęła się na woźnicę dyliżansu i czeka na zmianę koni.
                             *
   
Basia udała się do banku po kasę i zastanawia się, czy nie lepiej pojechać bryczką.
     Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, więc pojechali dalej na czeską stronę, aby zobaczyć znany ośrodek sportów zimowych i nie tylko w Harrachovie. Szkoda tylko, ze śniegu nie było, ale latem raczej ciężko go uświadczyć, chyba, że na biegunie. Najważniejsze, że do domu wróciły zadowolone.
                      *************
    Aha. Obwieszczam wszem i wobec, że dzisiaj, czyli 25 sierpnia świętujemy moje 63 urodziny. Trochę się pożyło na tem łez padole....


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

RODZINNY PIKNIK INTEGRACYJNY

niedziela, 16 sierpnia 2009 18:04
    Jak widzę stęskniliście się za moimi wpisami. Nie mogłem nic wpisać, gdyż byłem w pracy w Miłkowie, a dzisiaj na Pikniku Rodzinnym w Przemkowie. Piknik był kolejnym elementem kampanii "Sprawdź czy twoje picie jest bezpieczne". Dzisiaj wpisuję krótką relację z pikniku, a jest się czym pochwalić. Pogoda dopisała, aż nadto, a rozrywek było co niemiara, a i gości znakomitych też nie brakowało. Był Burmistrz z małżonką i wnukami, Starosta, prezesi, dyrektorzy, etc... Najfajniejsze było to, że byli najzupełniej prywatnie i fajnie się bawili, bez zadęcia, sztywniactwa i dętych mów. Nie opublikuję tych najbardziej jajcarskich zdjęć, aby nie uhybić godności urzędu. Jeszcze jakiś brukowiec skopiuje i co? Od zagajania była Lidka i Monika, a od konferansjerki, dźwięku i muzyki młodzież z Hałastry i wolontariusze. Jednym słowem było w porzo i spoko.
    Nie brakło zabaw integracyjnych, w których brali udział VIP-y i nieźle dokazywali, była wioska indiańska WOKINI z której instruktorzy uczyli strzelać z łuku, rzucać oszczepem, czy kółkami na rogi bawoła. Byli strażacy, policjant z psem, który demonstrował swoje umiejetności, nie brakło i radiowozu, który woził chętnych na sygnale i z włączonym kogutem. Ciekawy był konkurs plastyczny, w którym brały udział dzieci i całe rodziny. Ubawiłem się jak młodzi adepci na strażaków w hełmach i strażackich bluzach pędzili slalomem z noszami do transportu rannych z urazami kręgosłupa, przy czym najmłodszy "strażak miał niewiele ponad 2 lata i ledwo go spod hełmu było widać, że o kapocie nie wspomnę. Nastrój tworzył młodzieżowy zespół taneczny "Cykady", którego sława sięgnęła poza opłotki Przemkowa i nawet granic Polski. Nad naszym zdrowiem czuwały sympatyczne pielęgniarki rodzinne NZOZ - Jasia, Beata i Grażynka. Mierzyły ciśnienie i badały poziom cukru. Dałem się zbadać i wyszły mi wyniki jak adeptowi do Szkoły Orląt - ciśnienie 135/75, a cukru miałem 94 mg na coś tam. Było fajnie.
     Szkoda, że musiałem robić zdjęcia i zbierać materiał do Wiadomości Przemkowskich, tak, że moja żona raczej siedziała sama. Ale stoły były zastawione ciastem, a ja dbałem, aby nam kiełbasy pieczonej na patyku nie zabrakło. Czyli bufet był obficie zaopatrzony i nie drenował kieszeni, bo było to za darmo. Sympatyczne wolontariuszki dbały, aby nam (VIP-om) niczego nie brakło, tak, że nie musiałem się nadchodzić. Frekwencja była wspaniała, lepsza niż w ubiegłym roku. To dobry znak na przyszłość.
     Gdy robiłem zdjęcia "CYKADOM", nastawiłem na seryjne, aby wyłapało większość ich figur tanecznych.
    Po przyjeździe do domu i złapaniu oddechu pomyślałem, że dla tych paru godzin warto żyć, a organizatorzy zrobili kawał dobrej i pożytecznej roboty. Nie rozumiem tylko, dlaczego tak nam dziękowano za przybycie. Może moja facjata nastawia optymistycznie do życia i działania? Kto wie?
                                *
       
Monika, Małgosia i Lidka na chwilę przed otwarciem pikniku.
                               *
   
W Imię Boże zaczynamy. Lidka i Monika w towarzystwie wolontariuszy.
                                      *
   
Zabawa integracyjna, Starosta Marek i prezes Tadeusz dają z siebie wszystko. Moja żona pierwsza z prawej od tyłu.
                                     *
   
Indianie uczą rzucać młodych przemkowian oszczepem.
                                  *
   
 Konkurs plastyczny w plenerze na trawie. Zainteresowanie duże.
                                  *
   
   Tipi Indian z WOKINI i oni sami. Czyli indiańskie squaw.
                                    *
   
  Najmłodsze tancerki z "CYKAD" posilają się przed występem.
                                   *
   
  Pieczenie kiełbasek na tle obficie zaopatrzonego bufetu.
                                  *
        
Sympatyczne pielęgniarki robią badania żonie Burmistrza pani Barbarze.
                                  *
   
Pan starosta polkowicki i prezes PWKiC też nie chcą być gorsi i ani nie syknęli, gdy pielęgniarki kłuły ich w palec. Sam obserwowałem.
                                *
            
          Policyjny pies z przewodnikiem daje swój popis.
                                    
   
 Kolejka do radiowozu jak po happeningu Pomarańczowej Aternatywy w Wrocławiu w stanie wojennym.
                                   *
   
          Prace konkursowe czekają na ocenę jurorów.
                                  *
   
          Cykady w akcji. Występ starszej młodzieży.
                                    *
   
             Nadal Cykady, ale najmłodsi tancerze.
                                   *
   
             Nadal Cykady, ale w innych strojach.
                                    *
   
                Narybek na strażaków w akcji.
                                    *
   
              "Strażaki" polewają sikawką do celu.
                                  *
 
  Ostani rzut okiem. Aż szkoda opuszczać piknik, ale autobus nie poczeka.

     Wszystko co dobre, to dobrze się kończy. Czyli za rok....

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Morskie wojaże Miłoszka

piątek, 07 sierpnia 2009 11:58

              Może być też morze
     Nie, nie zmieniłem mojego uczucia do Bieszczadów, ale muszę wspomnieć o moim wnuczku Miłoszku, który rośnie jak na drożdżach i nawet nad jezioro i morze pojechał. Oczywiście nie sam, ale z rodzicami. Mam jednak zapowiedź zięcia, że na przyszły rok w Bieszsczady się wybiorą. Ja już mam sposób, aby duszki Czady rzuciły na niego sympatyczny urok, by brzdąc Bieszczady pokochał. Tak jak dziadek właśnie.
    Mnie tam morze to rybka, bo wolę Bieszczady. Morze jest słone i pełno gawiedzi na plażach, a Bieszczady są sympatyczne, magiczne i nadal pełne tajemnic. No i nie ma takiego tłoku. Ale czego się nie robi dla rodziny i wnuka.
                             *
    
   Nim nad morze, to krótka zaprawa nad jeziorem.
                              *
           
         Jakaś mokra ta woda i deczko zimna.
                             *
    
     Nie ma jak na plaży nad prawdziwym morzem.
                             *
    
  No to kierunek Szwecja. Mogli w PRL, to mogę i ja.
                             *
         
              Zmęczony, ale zadowolony.
                           *
         
                  Nie ma jak u taty.
                           *
   
             U mamy jednak najlepiej.
                            *
         
            Cholera! I kto to wszystko zje.

    Najważniejsze, że moja ferajna wróciła cała, zdrowa i szczęśliwa. Miłoszek zaczyna chodzić, choć na razie musi się trzymać, ale lada dzień się puści i... Uwaga na meble i babcine bibeloty, które są najniżej na półkach. Na szczeście moje Buddy są wysoko i jak podrośnie, to nie będzie już ich ściągał, a podziwiał.
    Fajnie mieć udaną rodzinę i przyjaciół i to właśnie mam. Bo kiedyś przecież pisałem, że Człowiek jest spotkaniem i na swojej drodze życia spotyka wielu ludzi.  Sztuką jest umieć ich rozpoznawać, bo nie każdy jest uczciwy i ma dobre zamiary. Mnie się to ostanio udaje, choć kiedyś różnie z tym bywało, ale to opisałem w swoich książkach. No i fajnie, że otrzymuje ich pozytywne recenzje od tych, którzy je nabyli i przeczytali.
     Cieszę się, że poznałem Alenkę, która mi zaufała, bo przecież zobaczyła mnie dopiero w Bieszczadach, gdzie mnie i moich bliskich zaprosiła. Ujęła mnie swoim zaufaniem. Jednak nadajemy na podobnych falach i takie same wartości wyznajemy. A to jest chyba najważniejsze w przyjaźni.
     Na razie jest mi jeszcze tęskno za Bieszczadami, bo tydzień w nich, to stanowczo za krótko.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

Bieszczadzkie Widoki

niedziela, 02 sierpnia 2009 12:07

                Panorama Bieszczadu
     To już mój ostatni wpis o tegorocznej wędrówce po Bieszczadzie, który dedykuję Alence Zakapiorce z nadzieją, że odczyta go dzisiaj u siebie w Germanii.
    Sporo się tego nazbierało, więc część moich zdjęć opublikowałem na blogu. Oczywiście starałem się wybierać te, które oddadzą piękno mojej wędrówki. Nie ukrywam, że to zaledwie część moich zdjęć.
     W tym wpisie zaprezentuję zdjęcia panaramy Bieszczadów z różnych miejsc. Są to ujęcia z Mchawy, Baligrodu, Chmielu, Jabłonek, z trasy wzdłuż Połonin, Cisnej, etc. Nie będę ich opisywał, gdyż pozostawiam rozpoznanie blogowiczom, dla których Bieszczady są znane. A dla tych co jeszcze w nich nie byli, niech stanowią zachętę do ich poznania. Bo Bieszczad jest wart poznania i pokochania.
     Legenda bieszczadzka głosi, że jak sympatyczne duszki Czady rzucą swój urok na turystę, to on zawsze będzie w Bieszczady wracał. Bo przyjeżdża się tylko raz, a później się już wraca. Ja wracam co jakiś czas i boleję, że na Kapliczce Zakapiorów przy atamanii Rysia Szocińskiego przybywa tabliczek z nazwiskami tych zakapiorów, którzy odchodzą na Niebieskie Połoniny.
     Rysiu Szocinski w żartach poprosił, abym tych co pozostali nie wysyłał jeszcze na te niebieskie połoniny. Nie Rysiu, ja Was nie wyślę, bo póki jesteście wśród żywych dodajecie kolorytu Bieszczadom, które przed laty pokochaliście i które was przyjęły.
     Ucieszyłem się, że poznałem Jacka Garułę, miłośnika wędrówek po górach. Spotkaliśmy się w przelocie w Ustrzykach Górnych, ale było to spotkanie umówione na gorąco, ale figlarne Czady spowodowały, że byliśmy w tym samym czasie w tym samym miejscu, więc do spotkania mogło dojść.
     Fajnie, że poznałem Alenkę Zakapiorkę, bo dzięki niej będę mógł co roku Bieszczady odwiedzać i upajać się ich pięknem i magią. Będę też prowadził z nią nocne Polaków rozmowy. Dlatego jej gorąco dziękuję, że dzięki niej mogłem je zobaczyć w tym roku. Z jej inicjatywy poznałem też kilku wspaniałych, miejscowych i nie tylko ludzi, którzy kochają Bieszczady.
                            *
   
                             *
   
                            *
   
                            *
   
                            *
   
                             *
   
                             *
   
                             *
   
                            *
   
                             *
   
                             *
   
                            *
   

                              *

   
                              *
   

                            *

   
                             *
   
                             *
   
                            *
   
         Niedługo słońce zajdzie za połoninami.
                            *    
                                *
   
                             *
   
W dole dymi piec retorta do wypału węgla drzewnego.
                             *
    
  Dla głodnych stylowa karczma łemkowska w Cisnej.
                             *
         
      Kończę na Kapliczce Zakapiorów i oby na niej nazwisk tak szybko nie przybywało.
     Mam nadzieję, że każdy znalazł w moich wpisach to co mnie urzekło i pokocha tak jak ja Bieszczady. A jak zobaczy, że nazwa Kiczera się powtarza, to niech wie, że tak nazywają się góry bez nazwy. Bo Kiczera to góra właśnie.
    
                                                                               


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 901  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490901
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości