Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 821 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Moje wspomnienia

sobota, 30 sierpnia 2008 11:31

*

Dosi - Matce Narkomana dedykuję.

*

     "Gdy byłem już na dnie, to usłyszałem pukanie od spodu".

*

     Pewnego razu, gdy szukałem pretekstu do awantury, aby mieć powód do wyjścia na kilonka do knajpy, żona powiedziała: Nie wysilaj się. Rozumiem, że musisz się napić, więc sobie idź i pij ile wlezie. Poszedłem, bo się wkurwiłem, że baba mi będzie mówić co muszę zrobić. W knajpie po setce i paru piwach, a oktany jakoś na mnie nie działały, zacząłem się użalać na swój garbaty los, brak wrażliwości i zrozumienia wśród najbliższych. Brat i siostra dawno mnie kopnęli w dupę, potraciłem kolegów i znajomych. Tylko mama modliła się za mnie, ale i ona powiedziała, że zero kasy, a jedynie może dać mi jeść jak będę głodny.  Nawet mi klucz od swojego domu zabrała, abym wina własnej roboty nie podpijał. Siedziałem sobie w mordowni patrząc tępo w kufel i użalałem się nad sobą. Bo co jak co, ale użalać się aby wzbudzić współczucie umiałem. Byłem w tym mistrzem. Gdy tak smętnie dumałem nad marnościami tego łez padołu, o tym jak dotrzeć do archetypów i źródeł własnego jestestwa, psiocząc na wszystkich - usłyszałem pukanie od spodu. Zrozumiałem wtedy, że jestem już na samym dnie i że głębiej jest już tylko gówniane szambo i śmierć. Niczym poeta Horacy powiedziałem sobie. Widzę tylko ścianę przed sobą!  To nie jest życie - to jest powolne umieranie! Odbiłem się od dna i....

    Nie piję od 25 lat, zostałem certyfikowanym terapeutą uzależnień, literatem, publicystą, pisarzem i jak twierdzą niektórzy - nawet krytykiem literackim. Dlatego przytoczę dla Dosi cytat z Cypriana Kamila Norwida, który moim zdaniem pokazuje walkę o życie uzależnionych rozbitków życiowych. Walkę, którą sami muszą stoczyć idąc pod prąd alkoholowej rzeki, czy  narkotyków.

*

Coraz to z ciebie jako  drzazgi smolnej,

Wokoło lecą szmaty zapalone,

Gorejąc nie wiesz, czy stawasz się  w o l n y,

Czy to co  t w o j e  ma być zatracone,

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,

Co idzie w przepaść z burzą? - czy zostanie

Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,

Wiekuistego zwycięstwa zaranie.

*

    Tak, wygrałem i bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że stałem się takim diamentem. Nim się stałem, moja żona mi nadskakiwała, ale po kilkudniowej terapii dla żon alkoholików zmieniła front. Potrafiła nawet powiedzieć "nie pierdol stary"... Tak jest do dziś, ale nie wracamy już do okresu, gdy piłem. Teraz czekam na wydanie mojej ostaniej książki "Usłyszałem pukanie od spodu" z tryptyku "W poszukiwaniu przepitego czasu".

    Mama mi oddała klucz od swojego mieszkania i mam go do tej pory. Leży on sobie na półce z książkami. Być może już do niczego nie pasuje, bo mama zmarła, a siostra przejęła mieszkanie. Pewnie i zamek zmieniła, ale mi to zwisa. Klucz stał się symbolem - mojej wygranej - dla mamy, a dla mnie Kluczem Zaufania, jakie u mamy odzyskałem.

     Warto pamiętać, że wychodzenie z uzależnienia, to płynięcie pod prąd wartkiej rzeki. Warto płynąć, choć do źródeł dopłyną wartościowe jednostki. Z prądem płyną jedynie gówna i śmieci.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

DETOKSY...

czwartek, 28 sierpnia 2008 16:25

*

Moje wspomnienia

     To już historie, ale taka była kilkanaście lat temu rzeczywistość, gdy ćpunów opiatowców było co niemiara, a z odtruciem (detoksykacją) były problemy. Może byłyby mniejsze, gdyby większość narkomanów nie traktowała odtrucia jako obniżenia kosztów ćpania, czyli zejścia do najmniejszych dawek polskiej heroiny (zwanej kompotem).

     Moje miasto nazywano "Zagłębiem Narkomanów" z dwu powodów - pierwszy, bo fatycznie narkomanów było sporo, gdyż łatwo było zdobyć na hucie komponenty do produkcji kompotu, a co za tym idzie, produkcja hery nie była problemem. Po drugie, nasze miasto najszybciej w województwie legnickim powiedziało "Stop Narkomanii" i przestało udawać, że ten problem nas nie dotyczy. Dlatego dość wcześnie powstała profesjonalna poradnia, do załogi której ja dołączyłem w 1989 roku, gdy po ostrym stanie przedzawałowym wylądowałem na rencie. Wtedy skończyła się moja działalność w "Solidarności", a zaczęła na niwie walki o życie narkomanów, z których większość to dzieci moich znajomych, sąsiadów, kolegów i przyjaciół.

     Niestety za rozwojem narkomanni nie szło jakoś tworzenie nowych detoksów. Dlatego z moim pierwszym szefem Wieśkiem kombinowaliśmy jak koń pod górę, aby naszych misiaczków odtruwać. Wiesiek miał iście kmicicowską fantazję i szalone pomysły, z których na szczęście niewiele wychodziło. Ja, choć na fantazji mi nie zbywało, mocno stąpałem po ziemi i bardziej realnie działałem. Jednak muszę wspomnieć o czterech metodach odtruwania i jednym sposobie, którego byłem współautorem:

*

     Pierwsza, tradycyjna metoda była oparta na detoksach w szpitalach (najczęściej psychiatrycznych). Była ona oparta na kroplówkach wypłukujacych toksyny z organizmu i wzmacniajacych, oraz na lekach łagodzących nieco objawy głodu. To był sprawdzony sposób, ale jego mankamentem był chroniczny brak miejsc. Nie pomogły nawet ograniczenia odtruć do raz na kwartał, aby zmniejszyć liczbę kombinatorów "schodzenia z działkek". To było wąskie gardło procesu terapii.

*

    Metoda druga, czyli odtrucia domowe. Byłem wtedy zauroczony ziołolecznictwem (do tej pory mam pokaźną biblioteczkę o ziołach) i opracowałem specjalną mieszankę odtruwającą i łagodzącą objawy głodu. Prochy na spanie dostawaliśmy od znajomej ordynatorki (matki narkomanki, której skutecznie pomogłem). Były to leki z darów, które były poza ewidencją apteki oddziału i dysponowali nimi ordynatorzy. Plusem tego domowego detoksu była jego skuteczność, ale mankamentem był fakt, że rodzic musiał brać urlop, aby pilnować swoje dziecko, co sie nie zawsze udawało. Jednak wielu się odtruło, a nawet podjęli leczenie w ośrodkach.

*

    Metoda trzecia, dla desperatów była taka, że narkoman godził się przecierpieć głód fizyczny, zwijał się z bólu, aby "na sucho" się "odtruć". Taka metoda była możliwa dla starych ćpunów, którzy jakimś cudem mieli gdzieś detoksy i ziółka. Paru się tym sposobem odtruło i nawet podjąli leczenie.

*

    Metoda czwarta - "NA KAJAKACH" na szczęście nigdy nie weszła do realizacji. Mój szef sobie wykombinował, że będzie to połączenie mojej ziołowo-lekowej metody z aktywnością fizyczną, spływem kajakowym, pielgrzymką wodną do sanktuarium w Rokitnie i mszą na zokończnie kajakowego rejsu. Wiesiek zadał sobie trudu i znalazł nawet szlak wodny do Rokitna, ale jakoś nikt mu nie chciał wypożyczyć kajaków na wieść, że to dla ćpunów. Metoda choć szalona miała mieć te dobre strony, że na postojach mamy ćpunów miały gotować posiłek, ojcowie rozbijać namioty, a ćpuny łykać moją ziołową mikturę i prochy na spanie. Wiesiek uważał, że jako wojskowy sanitariusz mogłem sam leki ordynować, co już w samym zamyśle było herezją. Mimo niewątpliwie duchowego charakteru metody (pielgrzymka do sanktuarium i msza), nie wierzyłem w jej sens, gdyż wiedziałem, że narkomani na głodzie i cholernym "skręcie" nie mogą niczym kania dżdżu łaknąć całodziennego wiosłowania i trzymania równowagi w kajakach. Spływ kajakowy wymaga jednak pewnego doświadczenia, treningu i samozaparcia, a tego u naszych misiaczków było jak na lekarstwo.

*

    Najlepszym, bo wspominam go z rozrzewnieniem był sposób, którego byłem współautorem. Tzw. "Metoda na Borowice". Cóż to takiego zapytacie? Otóż przed laty powałaliśmy nieformalną "Grupę Terapeutyczną Borowice"*, która raz na kwartał spotykała się w Borowicach (niedaleko Karpacza) w ośrodku "Skalnik" u przesympatycznej Dorotki. Nasza grupa była oparta na stałym aktywie, który zapraszał pracowników detoksów z całej Polski, aby za friko się integrować. Spotkania te zaowocowały przyjaźniami i znajomościami, dzięki którym dla aktywu zawsze znalazły się miejsca na tradycyjnych detoksach. Jak fama niesie, rekordzistą w zdobywaniu miejsc byłem ja, bo jak mawiano Miśkowi się nie odmawia. A sympatię zyskiwałem tym, że nie dawałem sobie w gazomierz podczas integracji i zawsze byłem na posterunku, aby nieść pomoc tym, którzy już pionu nie trzymali i pocieszać (opierdalać) ich, gdy byli na kacu. Również moja opowieść o "odtruciu na kajakach" robiła wrażenie. Była ona żelaznym repertuarem Borowic rodem z kabaretu, który każdy chciał wysłuchać z moich, czyli z pierwszych ust. A to się liczyło na tym łez padole.

 

* Grupa Borowice istniała wiele lat i nawet miała własne wydawnictwo "Skalanika" i "Biblioteczkę Borowice". Głównym kwestorem, który zabezpieczał finanse spotkań był Waldek Weihs z Jeleniej Góry, redaktorem naczelnym wydawnictwa Daniel Bronowski z Mrągowa, który w politykę poszedł. Do aktywu należał też Józek Leśniak z Jeleniej Góry, który nadal tkwi na posterunku terapii i superwizji. Nadal wierzę, że kiedyś się znowu spotkamy w starym, choć pomniejszonym gronie, gdyż niektórzy już opuścili ten łez padoł. Józek ma zamiar reaktywować nasze "Borowice" i pytał mnie czy w to wchodzę. Pewnie że tak! Bo aż mi żal tęskniącej za nami pani Dorotki, która po nocach o nas śni. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Alkohol, Narkotyki, a Twórcze Złudzenia

sobota, 23 sierpnia 2008 13:26

*

    Do napisania tego tekstu skłonił mnie nowy blog zrozpaczonej matki, której syn jest narkomanem. Nie ukrywam, że duszą i rozumem jestem z nią i zrobię co w mojej wirtualnej mocy żeby jej pomóc. Ponieważ obracam się w kregu twórców różnego autoramentu i za takiego mnie też niektórzy uważają, postanowiłem gwoli ostrzeżenia  napisać ten tekst. (blog ten jest u mnie w komentarzach z Gór Sowich)

*

       Dla ludzi obytych ze sztuką jest jasne, że świat pobłaża artystom i w logiczny sposób tłumaczy ich narkotyczne i alkoholowe ekscesy. Ba, tłumaczy nawet ich upadek moralny i twórczy. Często słyszałem z ust wielu ludzi, a pogląd ten lansują nie tylko odbiorcy sztuki, ale krytycy i mecenasi sztuki, że artyści aby tworzyć muszą zażywać narkotyki, czy pić alkohol. Muszą, ponieważ te środki niwelują ich wewnętrzne napięcia twórcze, kompleksy, czy konflikty motywów jakich artystom nie brakuje.

       Zgadzam się, że artyści i twórcy to ludzie bardziej wrażliwi, a co za tym idzie trudniej sobie radzą z uczuciami. Zgadzam się, że są często przewrażliwieni na swoim punkcie, bardziej drażliwi, chwiejni uczuciowo, czyli niezbyt labilni psychicznie. Nie zgadzam się jednak z twierdzeniem, że aby siąść do pisania, malowania, czy komponowania należy osłabić konflikty wewnętrzne substancjami psychoaktywnymi. Nie zgadzam się, gdyż istnieje dziesiątki i to bardziej bezpiecznych sposobów na osiągnięcie weny i twórczego spokoju. Musze jednak zaznaczyć, że choć  mit alkoholu, czy narkotyków jako środków rozładowujących napięcia jest w zasadzie prawdziwy, to jednak nie zgadzam się, że substancje te mogą być stymulatorem do dobrego tworzenia. Lansowanie tego poglądu jest niebezpieczne, szkodliwe i zwodnicze. Przykre jest natomiast to, że wielu młodych, zdolnych artystów ulega temu mitowi, lekceważąc przy tym fakty przedwczesnej śmierci na skutek zapicia, czy zaćpania wielu artystów, uważając, że to ich nie dotyczy.

       Faktem bezspornym jest, że pijanemu, czy zaćpanemu malarzowi, poecie, czy muzykowi wydaje się, że lepiej maluje, przelewa swoje myśli i metafory na papier, czy że jego kompozycje lepiej brzmią. Prawdą jest  to, że artysta tworzy nie dlatego, że pije, czy ćpa, ale dlatego że ma talent. Talent, który w miarę postępu picia i zażywania słabnie aż do całkowitego wypalenia twórczego. Dzieje się tak dlatego, iż proces uzależnienia się pogłębia, czego naturalną konsekwencją jest zwiększanie dawek i częstotliwość zażywania. Za jakiś czas okazuje się, że artysta zamiast weny jest po prostu zatruty. Tak właśnie zaczyna się błędne koło picia, ćpania i tworzenia. Wtedy trudno jest przyznać się do porażki, więc zaczyna  się pić i ćpać coraz więcej. Wiem z autopsji, że nie można dobrze pracować, czy tworzyć mając permanentnego kaca, wiem również od moich znajomych, że nie można niczego zrobić na głodzie narkotykowym.

      Jednak wielu obytych kulturalnie młodych ludzi przywołuje liczne przykłady wielkich twórców jak Francis Scott Fitzgerald,  Malcolm Lovry, Charlie Parker, czy Jimm Morrison, którzy ponoć stworzyli najlepsze dzieła pod wpływem alkoholu. Prawda jest jednak inna, gdyż Scott Fitzgerald najlepsze książki i opowiadania napisał nim wpadł w uzależnienie. Lovry mimo wielkiego talentu napisał tylko jedną dobrą powieść „Pod wulkanem” i.... zapił się na śmierć. Podobnie Cherlie Parker, który stworzył nowy kierunek w jazzie, nie zdążył go rozwinąć, gdyż przez alkohol i narkotyki nie dożył czterdziestki. Owszem, oni tworzyli pod wpływem alkoholu i narkotyków, ale nie dzięki nim!

      Mit tworzenie ze szklaneczką alkoholu, czy „prochami” jest zawodny i wielu twórców doprowadził do wyjałowienia i przedwczesnej śmierci, podobnie jak miliony innych, zwykłych ludzi. Choć wielu artystów nadal tworzyło interesujące, a nawet wybitne dzieła jak np: Modigliani, Utrillo, czy nasz rodzimy Ryszard Riedl, oznacza to jedynie, że ich talent był tej miary, że brał przez pewien czas górę nad ich chorobą. Jednak w miarę upływu czasu doprowadził ich do kompletnego osłabienia i twórczej destrukcji.

     Z wnikliwej obserwacji twórczości wielu artystów można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że pijany twórca tworzy pijaną sztukę. Sztukę, której adresatami są całe rzesze pijących odbiorców. Sztuka jest przecież czymś wzniosłym i rodzi się z talentu, i trzeźwej wrażliwości, oraz postrzegania istoty rzeczy z powierzchni zjawisk niedostrzegalnych przez zwykłych śmiertelników. Dlatego prawdziwa sztuka nie urodzi się z pijackich, czy narkomańskich ekscesów.

      Wielu sobie zadaje pytanie, co by było, gdyby Scott Fitzgerald, Lovry, Parker, Modigliani nie byli alkoholikami? Czy stworzyliby to co powstało w oparach alkoholu, a może stworzyliby coś znacznie lepszego i wznioślejszego. Może napisaliby, namalowali, czy skomponowali więcej i lepiej? Jak długo mogliby tworzyć Morrison, Joplin, Cobain czy Hendrix? Jak wyglądałaby nasza literatura, gdyby żyli Wojaczek, Bursa, Milczewski-Bruno, Stachura, Grochowiak, Iredyński, Hłasko i Kofta?  Niestety, tego już się nie dowiemy.

     Już z całej tej plejady wielkich nazwisk można wnioskować, że najpewniej byłoby inaczej, a nasza literatura byłaby znacznie bogatsza. Szkoda, że złudny mit o alkoholu i narkotykach przerwał im życie gdy byli w pełni sił twórczych. Szkoda, że wielu publicystów koloryzuje ich pijackie ekscesy, zamiast uczciwie napisać prawdę. Prawdę, która może ustrzec innych młodych i zdolnych twórców przed powolnym upadkiem i przedwczesną śmiercią.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Moje wędrówki po Górach Sowich

poniedziałek, 18 sierpnia 2008 14:58

*

Eskapada do Zagórza Śląskiego

   Nie wyszły Bieszczadzkie Anioły, to wyszedł mi wekendowy wypad w Góry Sowie, gdzie w deszczu i mżawce wędrowałem pstrykając zdjęcia. Oj napstrykałem ich do cholery. Starałem się przeciskać między kroplami dżdżu, co mi nie bardzo wyszło, ale swoją misję wypełniłem. Ciuchy dosuszałem już w domu. Co tam, było warto.

    I tak powstał mój mały fotoreportaż, który choć w niewielkim skrócie chcę ukazać.

 *

W tym ośrodku miałem swoją bazę  wypadową. W restauracji jadłem smaczne obiady, a w ósmym od lewej domku spałem.

*

Nie  mogłem się opoprzeć, aby nie zrobić fotki mostu linowego, nad którym w wznoszących się oparach górowała wieża Zamku Grodno.

*

Ta sama wieża, ale w zbliżeniu.

*

A to widok na przeciwną stronę Jeziora Bystrzyckiego.

*

A to już tama, ale z drugiej strony. Wcześniej publikowałem zdjecie z przodu.

*

W sobotę udałem się na zdobywanie Zamku Grodno. Gdy wszedłem na szczyt góry zobaczyłem basztę i mury obronne.

*

Idąc wzdłuż murów zobaczyłem ruiny zamku. Jeszcze trochę w górę i...

*

Zobaczyłem bramę w murze okalajacym część zamku. Z drugiej strony jest przepaść i mury są niepotrzebne. Na szczęście brama była otwarta.

*

Aby wejść do zamku musiałem przejść długi korytarz.

*

Ominąć groźny moździeż, który na szczęście nie był naładowany.

*

Ogrzałem się w małej komnacie kominkowej...

*

Pokłoniłem się zbroi walecznego rycerza, który był raczej nikczemnego wzrostu. Poczułem się przy nim wielkoludem.

*

Postanowiłem wejść na wieżę takimi krętymi schodami. A co tam, raz kozie śmierć, może moja pozawałowa pikawa wytrzyma...

*

Hurra! Jestem na szczycie wieży na tarasie widokowym. Widok był wspaniały choć wiał wiatr i deszcz zacinał. Tak wyglądała okolica spowita w kroplach deszczu.

*

A to widok z wieży na część zamku, która jest w ruinie.

*

Po zejściu z wieży odpoczywałem w miłym towarzystwie w zamkowym bufecie w dawnej jadłodajni dla czeladzi i wojów. Ta ładna i sampatyczna dziewczyna jest bufetową i zarazem mistrzem Polski (kategoria kobiet) w wyścigów ręcznych drezyn kolejowych, których mistrzostwa odbywają się corocznie w nieodległych Jugowicach w lipcu. Ona mi podpowiedziała najkrótszą drogę do zapomnianej, nieczynnej stacyjki kolejowej.

8

Zapomnia stacyjka. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu kursowały tu pociagi do Kłodzka przez malowniczą okolicę, po kamiennych mostach, przez górskie tunele i stare estakady. I komu to przeszdzało?

*

Stara wieża ciśnień przy stacji, która tłoczyła wodę do parowozów. Aż żal patrzeć, bo to czas mojej młodości i lat dojrzałych. Jechałem tą trasą z Wrocławia do Polanicy Zdrój.

*

Na pożegnie pstryknąłem fotkę gałęzi iglaka w kroplach deszczu, który rósł przed moim domkiem. Gdy wyjeżdżałem, to wychodziło słońce.

*

    Choć Góry Sowie to nie Bieszczady, ale ukształtowaniem terenu i rosnącymi drzewami  przypominają mi je właśnie. Nie ma połonin, ale nie można mieć wszystkiego. Dlatego wrócę jesienią zrobić parę zdjęć widokowych. Kolory jesieni są w górach cudowne.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Moje wcielenia, czyli...

sobota, 09 sierpnia 2008 11:00

*

Na życzenie Dośki

     Jak niegdyś napisał okrutnej fantazji kawaler i szaławiła Lermontow - smutno, nudno i nawet nie ma komu w dziub przyłożyć, tak i ja piszę, że okres wakacyjnej kanikuły mnie dobija. Zauważyłem nawet, że blogowicze też deczko olewają swoje blogi i niezbyt się przykładają. Ba, niektórzy nawet stawiają jakieś wymagania.

     Na przykład taka Dośka. Wszyscy ją znamy jako sympatyczną kobitę i smoczycę o gołębim sercu. Ale i ona domaga się, abym jakieś swoje zdjęcie najszczersze ze szczerych opublikował na blogu i na NK. Ma kobita recht! Nie ma co!  A ja się pytam Dośki: Czyżby Ci zacna niewiasto nie wystarczała moja pełna dostojeństwa władzy i o promienistym uśmiechu facjata, którą mam w swojej wizytówce na blogu i NK?

     Jednak, że jestem spolegliwy, więc postanowiłem wyjść na przeciw życzeniom Dośki. Masz zacna Dosiu moje cztery nowe wcielenia bieszczadzkie i upajaj się moim widokiem skolko ugodno. Nich Ci pójdzie na zdrowie i w sny kolorowe, sny malowanie i w kotlety schabowe... panierowane... A jak się już ponapawasz, to...wakacje się skończą i wszystko będzie ganzegall.

*

To ja w całej swojej zakapiorskiej okazałości. Co prawda wzrok mam dziki  (skryłem go za rondem kapelusza, aby smoczycy nie zniszczyć), suknię plugawą, ale ileż dobroci emenuje z mojego szlachetnego oblicza. Ileż ciepła z mojego serca i duszy płynie.

*

To ja w wcieleniu "Michała Frasobliwego", który boleje nad marnościami tego świata i  upadkiem obyczajów. Popatrzcie i napawajcie się pozytywną energią płynącą z mojego serca skrwawiennego.

*

"Bieszczadzka Faja" - czyli Michał Otryt zakapior bieszczadzki w rzeźbie. Uhonorował ją mnie mój kolega Julek, który w pocie czoła ją wyrzeźbił. Niech siła mojego spojrzenia i dobroć z duszy płynaca, prowadzi wszystkich Wedrowców po bieszczadzkich ostępach i Połoninach.

*

To ja we wcieleniu Buddy. Niech jego pozytywna energia i pokojowa filozofia miłości do bliźniego swego doda wam sił i otuchy do życia w tym postkaczym świecie.

*

Upajaj się Dośka, upajaj!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 894  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490894
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości