Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Moje Wartości

sobota, 30 lipca 2011 14:11

    Podjąłem męską decyzję, aby przełożyć egzamin na prawko na drugą połowę sierpnia, a to za sprawą...

    Choć jestem romantykiem, daleko mi do dawnego romantyzmu i wartości Bóg - Honor - Ojczyzna. Albowiem mam nieco inną hierarchię wartości: Rodzina - Przyzwoitość - Ojczyzna. Dlatego nie przeżywam i nie święcę upadłych powstań (Listopadowe, Styczniowe i Warszawskie), które nie dały Polsce nic, prócz bólu, cierpienia i przelanej krwi kwiatu narodu i zwykłych cywili. Znam trochę historię Polski i wiem, że jednym z powodów powstań były też prywatne ambicje polityków i dowódców. Dla odmiany jestem gorącym propagatorem wygranego Powstanie Wielkopolskiego i trzech Powstań Śląskich, które coś wymiernego Polsce dały.

    Rodzina stanowi dla mnie wartość samą w sobie, bo jest najbliższą, choć najmniejszą komórką społeczną. To rodzina stanowi oparcie w trudnych chwilach i na rodzinę (przynajmniej u mnie) można liczyć o czym się wielokrotnie przekonałem. Dla rodziny warto żyć i warto umierać. Dlatego moje podejście i odpowiedzialność wobec rodziny jest taka, jak don Corleone, głównego bohatera "Ojca Chrzestnego". Przy czym zwisa mi kalafiorem i powiewa chorągiewką stwierdzenie, że mój bohater był mafiosem.

                         *

    

Klimat "Galerii w Piwnicy" u Zdzicha Pękalskiego w bieszczadzkiej Hoczwi jest tajemniczy i rodzinny zarazem.

                            *

    Przyzwoitość jest drugą moją wartością, bo mieści się w niej honor, uczciwość, tolerancja i wszystkie inne przymioty, których niestety trudno szukać u naszych "wybrańców" czyli politycznej gołoty wszelkiej maści i proweniencji. Dla mnie słowo jest słowem, a obietnica obietnicą, których nie można łamać, bo to dla mnie sprawa honoru. Podobnie jest z uczciwością na codzień, bo gdybym był nieuczciwy, to już bym dawno się zapił na śmierć. Nieuczciwy nigdy nie wytrzeźwieje. Może być jakiś czas (nawet przez lata) abstynentem idącym w zaparte, ale przyjdzie dzień, że się złamie i zapije. Dlatego proszę Was nie przekonujcie mnie, że jest inaczej, bo ja swoje wiem i wiele przeżyłem, a na cmentarzach jest tak wielu "uczciwych" inaczej, którzy zmarli przed czasem. Nie wliczam do nich tych, którzy się zapili, gdyż nigdy nie podjęli próby wyrwania się z nałogu.

                          *

 

Jestem Wędrowcem z wyboru, który czesto gdzieś wyjeżdża, ale zawsze wraca. Taka już moja skrzydlata dusza.

                             *  

    Ojczyzna czyli Polska jest wartością, gdyż innej nie mam. Jestem w stanie wiele dla niej zrobić i nie oczekiwać zbyt wiele w zamian. Czy byłbym w stanie za nią oddać życie? Nie wiem, po prostu nie wiem. Jestem dumny z mojego kraju - ziemi, gór, morza, rzek i jezior, zabytków, magicznych miejsc i wielu ludzi. Mniej dumny jestem  z naszej historii, która wyglądałaby zupełnie inaczej gdyby nie nasze narodowe przywary. Jednak napawa mnie wstydem zachowanie tzw. "elyt" politycznych - miernych, durnych, interesownych i bez krzty obywatelskiej wyobraźni. I najpewniej dlatego nie oddałbym życia za Polskę, ale też nigdy bym jej nie opuścił na zawsze. Bo to jest mój kraj i moje miejsce na tym łez padole, a innego przecież nie mam i nie pragnę mieć. Bo lepszy dla mnie kęsek lada jaki, niźli u obcych przysmaki. W Polsce jestem u siebie. Ot co. Jestem też ostatnim, który osądza od czci i wiary tych, którzy z różnych powodów ją opuścili. Gdyby moje dzieci chciały wyjechać z Polski nie sprzeciwiałbym się ich decyzji. Ja już jestem za stary na zmianę miejsca, bo zbyt wrosłem w naszą rzeczywistość.

   Pominąłem Boga, bo relacje z nim to moja prywatna  sprawa wobec ktorej mogę zachować milczenie, zgodnie z zapisem konstytucyjnym. Jednego jestem pewien, że gdyby syn boży Jezus Chrystus jakimś cudem znalazł się teraz w Polsce, to byłby co najmniej podejrzanym i najpewniej skończył marnie w areszcie wydobywczym - bo pochodzenie ma żydowskie i w swojej miłości bliźniego swego nie mieściłby się w polskim piekiełku.

                          *

       

Bieszczadzki Jezus Chrystus w proroczym wyobrażeniu Zdzisia - bieszczadzkiego Zakapiora.

                            *

    Wracając do mojego egzaminu, który przełożyłem z trzech powodów o których dwu już pisałem. Jeden to ślub i wesele mojej najmłodszej córki Basi za dwa tygodnie. Niby to wesoła uroczystość, a ile mam wewnętrznego niepokoju o to, aby fajnie wyszło i goście byli zadowoleni, abym udzielając błogosławieństwa ojcowskiego młodym nie palnął czegoś głupiego ( z kartki nie czytam), abym dostojnie przyprowadził córkę od wrót kościoła do ołtarza i jej narzeczonego przez cały kościół. Druga, ważniejsza sprawa, to ogromny lęk o starszą córkę i jej dziecko. Jest teraz na poszpitalnym podtrzymaniu u nas w domu, bierze regularnie leki i czeka środy, aby po konsultacji z prowadzącą lekarką dostać zlecenie na cesarkę (są ku temu ważne powody okulistyczne). Pokażcie mi normalnego rodzica, który by się nie martwił o swoje dziecko i przyszłą wnuczkę, aby cała i zdrowa przyszła na świat.

    Gdy zauważyłem na ostatniej jeździe samochodem, że jestem rozkojarzony i popełniam głupie błędy, to zrozumiałem z jakiego powodu. Przypomniały mi się słowa egzaminatora, gdy oblałem kiedyś egzamin, że nie można go zdać, mając głowę zaprzątniętą problemami rodzinnymi, czy własnymi. Na egzaminie należy się skupić na bezkolizyjnej jeździe, znakach drogowych  i niczym więcej. Dlatego mając to na uwadze zrobiłem jak zrobiłem. Nie stać mnie na kolejne szarżowanie i oblewanie. Wolę poczekać te dwa tygodnie, bo wierzę, że moje leki i obawy staną się już wspomnieniem, a wszystko dobrze się skończy. Bo przecież nie może być inaczej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

SPŁUCZKA i PRL

sobota, 23 lipca 2011 10:48

KAZEK  I  BOLUŚ

    Wymieniałem kiedyś spłuczkę w moim mieszkaniu - z żeliwnej, pamiętającej czasy wczesnego Gomułki i jego siermiężnego budownictwa, na nowy, biały dolnopłuk (jakoś tak się to nazywało). Jak to wtedy bywało, ADM nie miał "wolnych mocy przerobowych", więc majster naraił  mi prywatnie dwóch hydraulików, którzy pełnili zaszczytną funkcję konserwatorów w ADM. Fachmani ci nosili staropolskie i królewskie imiona - Bolesław i Kazimierz.

    Umówiłem się z nimi na sobotę gierkowską (tak się wtedy mówiło o wolnych sobotach). Kazek i Boluś, jak ich pieszczotliwie nazwałem, byli "świetnymi fachowcami" - mocno osadzonymi w realiach PRL. Spłuczkę "montowali" mi pięć dni i może by im dłużej zeszło, gdybym ich nie pogonił. Ich podejście do pracy miało coś z Gombrowicza i Mrożka  razem wziętych.

   Harmonogram robót wygladał tak:

   SOBOTA: Przyszli obaj na lekkim rauszu. Nie rozsiewali przy tym wokół zapachu Soir de Paris, był to raczej zapach zbliżony do produktu Lubuskiej Wytwórni Win i browaru Legnica. Kazek z lekka zataczając się, fachowym okiem określił robotę, kazał Bolusiowi zdemontować żeliwną spłuczkę, a sam udał się po niezbędne materiały. Boluś z gracją słonia w składzie porcelany przystąpił ochoczo do demontażu żeliwniaka za pomocą klucza monstrualnych rozmiarów i solidnego młotka. Gdy wyniosłem doczesne szczątki zabytkowej spłuczki na śmietnik, okazało się, że Boluś w przypływie nieokiełznanej weny twórczej uszkodził zawór i woda leciała mi na mieszkanie. Nie byłby Bolek fachowcem, gdyby nie wiedział co z tym fantem zrobić. Podstawił pod cieknący zawór wiaderko i poszedł po Kazika, i nowy zaworek. Czekałem na nich długo - nadaremnie. Wodę z wiadra wylewałem do muszli i szukałem rozwiązania, Pomógł mi sąsiad, który miał jakiś gwintowany żelazny korek i zaślepił rurę po zdemontowaniu cieknącego zaworu. Mogłem już spokojnie spać i czekać do poniedziałku na moich rzemiechów, spłukując kibelek wiaderkiem.

   PONIEDZIAŁEK: O 17 przyszedł czkający kwaśnym jabolem Kazek i oznajmił, że musi przynieść kawał ocynkowanej rury półcalowej nagwintowanej z obu stron, niezbędnej przy montażu dolnopłuka, obiecując przy okazji, że połączy go "na sztywno". Zostawił torbę-szmaciankę z narzędziami, poszedł po rurę i przepadł.

   WTOREK: Po południu wtoczył się Boluś z kawałkiem czarnej rury, która okazała się za gruba i na dodatek była od instalacji gazowej, i nienagwintowana. Czknął kwaśnym piwem, postawił rurę w kącie i poszedł po właściwą rurę i Kazka, który leczył kaca w "Bąbelku" (była to nieistniejaca, już pijalnia piwa, gdzie przy kufelku jasnego z pianką szukali weny twórczej rozmaici fachowcy). Poszedł i przepadł.

   ŚRODA: Przyszli obaj - Kazek i Boluś - skacowani jak diabli; aby się podleczyć, poszli do "Bąbelka". Wrócili ok. 20 na takich obrotach, że nie mogłem ich dopuścić do pracy z uwagi na obowiązujące przepisy BHP. Zresztą i tak nie mieli rury, i innych akcesoriów do wykonania przyłącza. Boluś za to mnie pochwalił za fachowe zabezpieczenie cieknącego zaworu.

   CZWARTEK: Wpadł skacowany Kazek i oznajmił, że mają ważną awarię, więc przyjdą później. Ale się nie pojawili.

   PIATEK: W przypływie skrajnej rozpaczy wziąłem urlop i udałem się do "Bąbelka". Tam spotkałem hydraulika z pobliskiej budowy, który za skromną opłatą - jedno wino marki Wino i dwa piwka - przytargał mi metrową rurę ocynkowaną i nagwintowaną z obu stron, oraz kolanka, mufki, nyple i zawory w worku po cemencie, dokładając do kompletu elastyczny wężyk, abym nie musiał montować "na sztywno". Za jedno piwo udzielił mi fachowego instruktażu, jak zamontować ten cholerny dolnopłuk.

   Poszedłem do domu i zgodnie ze wskazówkami męża opatrznościowego narzędziami Kazka i Bolka bez problemów zamontowałem spłuczkę. Czułem się niczym Jagiełło po bitwie pod Grunwaldem, który konsumował swoją victorię.

   SOBOTA: Przyszli obaj - Kazek i Boluś - chcieli zaliczkę na poczet przyszłej roboty. Coś tam jeszcze bełkotali o nyplach, ale wziąłem tę nienagwintowaną czarną rurę od gazu, grubszą o 1/4 cala, i pogoniłem moich fachmanów. Rwali tak szybko, że zapomnieli torby-szmacianki z narzędziami.

WNIOSKI KOŃCOWE: Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Straciłem bezpowrotnie remiechów Kazka i Bolcia, ale zyskałem narzędzia, niezbędną wiedzę o subtelnych tajnikach zawodu hydraulika. Nauczyłem się montażu spłuczek, odróżniania nypla od mufki i złączki, że o kolankach ocynk nie wspomnę. Wyzbyłem się też złudzeń co do uczciwości tzw. fachowców z gatunku "alkoholowej czarnej rozpaczy" na pograniczu "deriluim tremens" i "pomroczności jasnej".

                            *

Ten tekst opublikowałem na początku lat 90-tych w "Gazecie Wyborczej", na jej apel o fachmanach i partaczach PRL.

    Od czasów kazkowo-bolusiowych sam wykonuję takie prace montażowo-wymienno-hydrauliczne w swoim mieszkaniu. Wymieniłem nawet stare przyłącza od pionów do kuchni, WC i łazienki ze skorodowanych i zakamienionych rur, na nowej generacji - plastikowe i klejone. Narzędzia fachmanów służą mi do tej pory z powodzeniem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Wesele i... emerytura

wtorek, 19 lipca 2011 16:42

    Dziękuję zacni Ludkowie za miłe sercu memu komentarze podziwiające moje zdolności krawieckie. Wasze oferty odnośnie szycia i przeróbek wziąłem sobie do serca, ale na razie nie planuję otwierania krawieckiej działalności gospodarczej. No może jak zdam prawko i Halszka podaruje mi swoją maszynę do szycia, która jej w szafie zawadza. Może wtedy otworzę sobie "Krawiectwo Obwoźne - Poprawki" dla znajomych. Bo tak sobie myślę - na cholerę Halszce maszyna do szycia z gatunku zawaliszafy, a jak mniemam ma walizkową "Singerkę", gdy ja mam starego "Łucznika" i to w dodatku bez bajerów wieloczynnościowych. Oj naszyła się ona naszyła i jeszcze jakoś zipie staruszka. Jednak ściegi muszę ręcznie obrzucać, niestety. Co prawda szafkę do niej zlikwidowałem i szyję samą "główką" stawianą na ławie.

     Szyć się nauczyłem od mamy, a była to konieczność, bo lubiłem się modnie ubrać, a za komuny niczego modnego się w sklepach nie kupiło, bo PRL-owska konfekcja była na wzór radziecki, czyli opóźniona o co najmniej 30 lat. No i na dodatek byłem nietypowy... Można było sobie kupić coś na targu, ale był to wyrób z materiałów marnej jakości, bo towarzysze jakoś nie lubili "prywaciarzy". No to szyłem sobie "rury, dzwony, szwedy", komplety dżinsowe ze ścieralnego dżinsu, który znajomi marynarze z rejsów przywozili. Za Gierka już mieliśmy własny dzins ścieralny. Szyłem sobie też modne koszule, katany, a nawet kurtki. Swój kunszt krawiecki pogłębiłem w areszcie śledczym w Stargardzie Szczecińskim, gdzie pod fachowym okiem prawdziwych mistrzów krawieckich szyłem mundury, spodnie, a nawet spódniczki dla pań. Oczywiście mundury kroili prawdziwi krawcy, a ja tylko je do kupy zszywałem i wykańczałem. Spódniczki sam kroiłem, biorąc stosowną i rzetelną miarę. Oj były to fajne czasy tak sobie pomacać młode klawiszki i panie z administracji więziennej. No i nawet te parę miesięcy pracy w więziennym zakładzie krawieckim do emerytury mi doliczono, a co!

                         *

      

To moje dzieło z 1974 r. Katana z bordowego sztruksu i dzwony. Tak wyglądałem rok po wyjściu z bieszczadzkiej niewoli u czerwonych.

      Wesele też było spoko, bo weselnicy pion trzymali, choć starosta dbał aby trunków nie brakło. Ja nie piłem, ale konsumowałem co lepsze potrawy, zapijając sokiem grejpfrutowym z lodem. No i w przerwach między posiłkami kuszałem owoce (bo zdrowe i witaminy mają) - winogrona, mandarymki i nektarynki. Tymi winogronami to mi się jeszcze w niedzielę wieczorem bekało. A co się miałem oszczędzać, gdy w domu raczej dietę trzymam. Orkiestra była i owszem, grała jak diabli, a jej zapiewajło wychodził sam z siebie. Pewnie pomylił weselisko w mniejszej sali z remizą strażacka, albo festiwalem Woodstock na świeżym powietrzu. Gdybym nie znał słów wielu przebojów, to bym się nawet nie domyślił co grają. Prosiłem tego "maestro", aby grali troche ciszej i wolniej, bo głuchłem, no i szybko nie lubie tanczyć. Moja młodość, zdrówko i kondycja, już se nevrati... Niestety "artysta" tak był pierdolnięty weną, a procenty też dodały mu wigoru, że miał w dupie moje sugestie. O drugiej w nocy przyszły zięć odwiózł moją ferajnę i mnie, deczko przygłuszonych do domu...

     Ponieważ 13 sierpnia moja najmłodsza córka Basia wychodzi za mąż, to już mnie zapewnili, że ich zespół będzie inny, bardziej ludzki i mobilny, a sala bankietowa duża i z dobrą akustyką. Na wszelki wypadek usiądziemy daleko od orkiestry. Mam nadzieję, że pojadę na nie już swoim samochodem.

     Z łezką w oku wspominam swoje wesele z dobrą kapelą, która grała na kilku instrumentach, przy dobrym perkusiście, a nie jak teraz - elektroniczny "parapet", który całą orkiestrę zastępuje, a wokalistka i gitarzysta stanowią jedynie dodatek. Jednak na weselu mojej Eweliny i Sebastiana (Alenko i Jędruś, poznaliście ich w ubiegłym roku u Ciebie w Bukowym), muzykanci grali w różnych rytmach i nie na całą parę. Ale ich szef, to mój młodszy kolega z dziecinstwa i szło z nim pogadać. Myślę też, że dobrzy muzycy nie muszą decybelami tuszować swoje niedociągnięcia wokalne.

    Dzisiaj wpłynęła mi na konto moja emerytura o (sic!) 361.58 zł. wyższa. Nie słyszałem o jaichś podwyżkach dla emerytów w lipcu. A może mi wzrosła o te 30 m-cy pracy, które jako emeryt przepracowałem na umowy zlecenia, ale płacąc składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. No i od sierpnia będę prawidłowym 65-letnim emerytem. Od przybytku głowa nie boli, ale nie dowierzam jakoś dobremu sercu ZUS. Może Wy coś na ten temat wiecie?

 

    Cholera, Ewelinka jest od piątku w szpitalu, bo zaczęły się jakieś dziwne skurcze, a to dopiero koncówka ósmego miesiąca. Na szczęście jakoś to ustabilizowano, a groziło jej wywiezienie do szpitala w Legnicy, gdzie mają specjalną aparaturę dla takich wcześniaków. Na szczęście już jest lepiej i te parę dni dociągnie do dziewiątego miesiąca. Widać przyszłej wnuczce śpieszy się poznać swoje babcie i dziadków. Bo chyba nie do tego burdelu...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Egzamin i garnitur

czwartek, 14 lipca 2011 18:37

   Zaniedbałem odpisywanie na Wasze komentarze, co nie oznacza, że ich nie czytałem i nie odwiedzałem Waszych blogów. Po prostu za sprawą syna garnituru, który sobie kupił na ślub i wesele kuzyna, i siostry - Basi, prywatnie mojej córki. Jak to kawaler, poszedł do sklepu i kupił sobie gajerek, który okazał się przyciasny. No to poszliśmy do sklepu aby go wymienić. Sklep był likwidacji i większego wyboru nie było, bo pozbywali się towaru z dużym upustem cenowym. Po kilku przymiarkach wybraliśmy dobry gatunkowo, ale deczko większy gajerek. No cóż, lepiej go przerobić na mniejszy, niż na odwrót. Na szczęście szyć potrafię, ale już dawno nie robiłem takich poważnych przeróbek. Jedno popołudnie to mierzenie, pasowanie, prucie i fastrygowanie, a dwa kolejne to już szycie, prasowanie i przymiarki. Spodnie wyszły super, przy marynarce myślałem, że wystarczy guziki lekko przesunąc i będzie dobrze. Okazało się, że guziki poszły szybko i marynarka pasowała, ale dla odmiany rękawy były o 4 cm. za długie. Widocznie była szyta na szympamsa, albo innego pawiana z jakiegoś cyrku, który w międzyczasie zbankrutował, albo małpiszon wykorkował. Dałem sobie radę z cholernymi rękawami i teraz ma syn galanto anzug.

    Ja też mam gajerek szyty na obstalunek, taki na każdą okazję, w którym opuszczę najpewniej ten łez padoł. Rzadko go ubieram, bo źle się czuję w garniturach.

     Gdy przestałem pić i wyrosłem wszerz z poprzednich garniturów na obstalunek, to wiele lat nie czułem potrzeby sprawienia sobie nowego, bo nie był mi do niczego potrzebny. Lansuję modę a'la Kuroń, czyli dżinsy na codzień, drugie wieczorowe na specjalne okazje, koszule, t-schirty, kamizelki, sweterki i kurtki skórzane. Na dodatek zrozumiałem, że garnitury służyły mi ukrywaniu garbu alkoholika, bo wychodziłem z założenia, że jak będę elegancko ubrany, to nikt nie pomyśli, że mam problem z alkoholem. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, bo byłem tylko pijusem lepiej ubranym, a nie trzeźwym gostkiem. Gdy po latach to zrozumiałem, nie musiałem już niczego maskować i gajerki mi do szczęścia nie były potrzebne. I tak mijały lata, aż moja mama podarowała mi na 15 rocznicę trzeźwości kupon materiału z dodatkami i wymusiła na mnie uszycie stosownego uniformu, bo wstyd jej było, że ukochany syn bryluje na konferencjach i innych uroczystościah w stroju "niedbałym". I tak stałem się posiadaczem gajerka, który nazwałem "Ostatnia moja posługa". Bo zaliczyłem w nim kilka pogrzebów, trzy wesela i parę odbiorów nagród literackich. Byłem też na jednej konferencji, ale wzbudziłem taką sensację, że dziennikarze i moi dobrzy znajomi tylko się na mnie gapili z niekłamanym podziwem, zamiast słuchać zaproszonych gości.

    A teraz o egzaminie. Pojechałem nań z wiarą i nadzieją, bo wcześniej nieźle sobie potrenowałem jazdę w ekstremalnych warunkach. Poczekałem aż mnie wywołają, wsiadłem do samochodu i... Ni z gruszki ni z pietruszki egzaminatr mi oświadczył, że nie może mnie do egzaminu dopuścić, bo miałem być z instruktorem, a nie sam. Miałem, ale instruktor pojechał sobie na urlop, a ja naiwny myślałem, że jego nieobecność nie będzie miała znaczenia. Jednak miała i... Po poważnej rozmowie z dyrektorem WORD-u, egzaminatorem i starszym egzaminatorem stanęło na tym, że mam napisac stosownie oświadczenie i sobie wyznaczyć kolejny termin za dodatkową opłatą oczywiście. Co też uczyniłem, bo faktycznie jest taki przepis. Na szczęście miła pracownica z biura upchnęła mnie na "dyrektorski" termin, więc nie muszę czekać co najmniej dwa tygodnie. Tak bywa, że jak ktoś ma pecha, to w kościele wpierdol zarobi. No i prawko znowu się przesunęło w czasie.

    Jutro mam za to jazdę, ale z szefem szkółki, który mnie przeczołga po najgorszych ulicach. W sobotę idziemy na ślub i wesele do żony siostrzeńca i witaj nowy stresie w przyszłym tygodniu. Teraz mnie duma rozpiera z dobrze przerobionego garnitura dla syna...

                         *

    Mam nadzieję, że to już ostatnia jazda.

                         *

             Gaz do dechy i w drogę...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Dobrymi radami piekło wybrukowane

niedziela, 10 lipca 2011 11:58

    Nie lubię dawać rad, bo nie zawsze są skuteczne i nieraz wywołują reakcję odwrotną, i niezamierzoną. Jestem terapeutą, a nie doradcą, więc staram się prowadzić pacjentów do czasu, aż zaczną sami w miarę trzeźwo myśleć. I to cała filozofia.

    Alkoholizm, to zniewolenie Człowieka w każdej jego sferze - ciała, umysłu i duszy. Gdy zniewolony człowiek odzyskuje wolność, to wokół niego wytwarza się pustka i strach przed nowym, nieznanym życiem. Dawne wartości i zainteresowania zostały uśpione, nowych jeszcze nie ma, ale dobry terapeuta potrafi je obudzić i pokazać pacjentowi jak powinien je zagospodarować. Tego się nie da zrobić nawet najbardziej konstruktywnymi radami, ale jedynie mozolną terapią, krok po kroku, dając też wsparcie. Wejście na drogę dojrzałego trzeźwienia, to zmiana całego życia, zachowań i myślenia o 180 stopni.

    Dlatego Elu nie potrafię dać Tobie prostej i skutecznej rady, oprócz tej, że osoba uzależniona powinna trafić do profesjonalisty i podjąć terapię. Mogę jedynie opowiedzieć jak to było u mnie:

    Na odwyku nawiązałem (bo musiałem) kontakt z Klubem Abstynenta "Alibi" w Legnicy, gdzie urzekła mnie wspaniała atmosfera i otwartość na człowieka innych alkoholików i ich żon. Dlatego podobny klub otworzyłem w moim mieście. Wtedy byłem bardzo zaangażowany w dzialalność trzeźwościową, terapeutyczną (byłem już po SPP) i zacząłem inwestować w siebie i swój rozwój zawodowy. Po czterech latach trzeźwości znalazłem się (sic!) w Klubie Inteligencji Katolickiej, gdzie już kształtowały się moje wartości i rozbudziły dawne zainteresowania. Komuna padła, więc chwyciłem za pióro i... Byłem drukowany, zauważony i czytany. Dostawałem propozycje współpracy z ciekawymi czasopismami, a w niedługim czasie sugestie, abym wystartował w konkursach literackich, które mnie wypromowały, bo zdobywałem nagrody i wyróżnienia. Jedną z nich było wydanie mojej pierwszej książki "Wędrowiec czyli skrzydlata dusza". Dalej już samo leciało i tak jest do dzisiaj. Nie straciłem jednak kontaktu z uzależnionymi i terapią - coraz bardziej profesjonalną. Zdobyłem parę certyfikatów potwierdzających moje kwalifikacje z różnych dziedzin - terapii uzależnień, edukacji w temacie uzależnienia, przeciwdziałania przemocy w rodzinie i psychospołecznych działaniach w zakresie HIV/AIDS. Były jeszcze inne szkolenia w tych kierunkach.

     Od paru lat działam nie tylko w terapii, ale jestem związany ze stowarzyszeniem literackim i Towarzystwem Ziemi Głogowskiej, gdzie spełniam się w dziedzinie historycznej zwiazanej z moim regionem. A już zupełnie prywatnie od lat interesuję się buddyzmem i jego pokojową filozofią.

    Od roku, gdy nabrałem przekonania do jazdy samochodem, ukończyłem szkółkę jazdy, doskonalę jazdę i z uporem godnym lepszej sprawy "walczę" o prawo jazdy. Idzie to opornie, ale wiara w pozytywny egzamin dodaje mi skrzydeł (nieraz zbyt rozwiniętych). Mam już jak wiecie samochód i tylko prawka mi brak, abym realizował swoje marzenia - jazdy szlakiem zamków, zabytkowych kościołów, klasztorów i krzyży pokutnych, że o innych wspaniałościach nie wspomnę. No i przy okazji odwiedzanie starych znajomych i poznawanie nowych, ciekawych ludzi, albowiem wiara w Człowieka jest dla mnie wartością.

    To Elu zajęło mi tylko 28 lat z małym hakiem. Ale było warto iść pod prąd, aby zagospodarować odzyskaną wolność, tak zewnętrzną, jak i wewnętrzną. Inaczej się nie dało. Jednak wierzę, że większość ludzi posiadała jakieś zainteresowania, hobby, wartości nim zaczęła pić i się uzależniła. Jednak patrząc na część obecnej młodzieży zaczynam mieć duże wątpliwości w tej materii.

                          *

Obserwatorze, nie bardzo wiem jak moje posty rozpropagować. Jednak ponad 271 tysięcy wejść na mój blog i prawie 7 tysięcy komentarzy też o czymś mówi.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 231  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487231
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl