*
Ostatnie godziny
Za trzy dni otwieramy Dzienny Oddział Terapii Uzależnień i dlatego mamy wiele dodatkowych zajęć. Nie będę pisał jak przywozili nowe meble, a myśmy je targali. To już historia. Jednak dzisiaj było pospolite ruszenie i większość przyszłych pracowników sprzątała pomieszczenia, wieszała tablice i ustawiała meble. Ja zajmowałem się pacjentami..., a że kupiłem sobie nowy aparat, więc pstrykałem fotki. Wyszły nie najlepiej, ale tak na początku bywa, nim się człek wprawi.
*

Renatka będzie (jest) pracownikiem socjalnym, ale nim to nastąpi musi pucować drzwi.
*

Arleta jest terapeutką i posila się małym co nieco przed machaniem mopem.
*

Ania będzie (jest) pielęgniarką, ale okna należy wymyć.
*

Arleta pojadła, więc pucuje futryny.
*

Piotrek jest narzeczonym Magdy (naszej szefowej) więc zajmuje się męskimi pracami. Zawodowy oficer i przyszły małżonek musi być złotą rączką.
*

Basia (z lewej) przyniosła Arlecie obiad, aby ona nie osłabła i... Za nią stoi Ela terapeutka z psychiatryka i łyka ślinkę.
*

Kierowniczka Magda wyciąga ostatnie drobiazgi z kartonu. Wiadomo szefowa.
*

A to ja, najbardziej zapracowany, bo myślący za wszystkich.
*

A to widok z sali terapeutycznej na nasz szpital. Warto mieć go pod bokiem.
*
A to się narobiło przez tego pijanicę Noego. Doszło do intelektualnego mordobicia, a i ja najmarniejszy z marnych mało w dziub od Smoczycy nie dostałem. Reasumując, nasuwa mi się jedno, że ALKOHOL SZKODZI.
Jednak dowiedziałem się, że wtedy nie było bakterii (co fatalnie świadczy o Stwórcy), które czyniły fermentację, więc nie mogło być wina, jeno zwykły sok. Tym sposobem Noe nie mógł dawać sobie w beret, a że chodził z klejnotami na wierzchu świadczy jedynie, że był ekshibicjonistą, albo ówczesnym nudystą.
Dla mnie racjonalisty, bo o kreacjonizm nikt mnie przecież nie posądzi, Stary Testament to zbiór legend, mitów i poezji właśnie (Psalmy, Treny, etc...). Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że "abstynent" Noe przeżył ponad 900 lat, że przeżył potop i uratował całą chodobę ziemską. Zostało bowiem naukowo dowiedzianie, że potop jeśli w ogóle był, to był raczej lokalną powodzią, a nie zalaniem całego globu ziemskiego. Noe w swojej krypie mógł uratować co najwyżej po parze własnej chudoby od królików poczynając, że o białych myszkach, czy świnkach morskich nie wspomnę. Czyli rozum mi nakazuje, że potop to bajeczka dla niegrzecznych dzieci i grzesznych parafian. W tym przpadku wystarczy myśleć, bo myślenie nie boli i ma kolosalną przyszłość. Amen!
*
KSIĘGA HIOBA
Byłbym ostatnim niewdzięcznikem gdybym nie wpomniał o pewnym przygłupie - Hiobem zwanym, który okazał się twardzielem niczym "Brudny Harry" i przeszedł takie męki, i nieszczęcia, że plagi egipskie, i AIDS razem wzięte to zaledwie mały pikuś przy jego tragedii.
Otóż ta sierota Boża żyła sobie bogobojnie chwaląc Pana. Zdawać by się mogło, że Hiob* (albo Job) pociągnie w zdrowiu i szczęściu rodzinnym jeszcze kilkanaście ładnych dziesiątek lat, gdyby nie podstępny Szatan, który poszedł z Najwyższym o zakład, że Hiob w trosce o dobra doczesne pęknie i się na niego wypnie, czyli stanie się oportunistą i koniunkturalistą jak wielu naszych polityków. Nie rozumiem tylko dlaczego Pan się akurat uwziął na tego przygłupa. I...
Najpierw szlag trafił jego liczne sługi i żywinę, która liczyła jedenaście i pół tysiąca sztuk (owce, wielbłądy, woły i oślice), poźniej wicher pogrzebał w gruzach chałupy jego siedmiu synów i trzy córki. Hiob na wieść o tym posypał głowę popiołem i dalej trwał niczym Drzymała przy swoim. Na koniec Pan zesłał na niego straszne choroby. Hiob sparszywiał, owrzodział, ale nadal sławił Pana, czym wprawiał w złość Szatana. Siedział sobie ten biedny przygłup w popielniku, skrobał się skorupą, bo go cholernie swędziało i klepał Psalmy Dawidowe, bo z tego wszystkiego nieźle mu odbiło. Oczywiście, że jego znajomi i przyjaciele, oraz róźni uczeni w Piśmie odsądzali Hioba od czci i wiary, i czynili go grzesznikem, którego Najwyższy ukarał. Ten przygłup i to przeżył nucąc Treny.
Finał był taki, że Szatan przegrał zakład, a Pan odpuścił Hiobowi i w dwójnasób przywrócił mu majątek, oraz dał mu nową dziatwę sztuk dziesięć, czyli siedmiu synów i trzy szwarne córeczki. No i oczywiście przywrócił mu zdrowie do tego stopnia, że ten twardziel żył jeszcze w zdrowiu, szczęściu i dostatku sto czterdzieści lat. Nie tyle co prawda co pijanica Noe, ale zawsze dobre i to.
Wniosek z tego taki, że dobro zawsze zwycięży nad złem, ale przygłup zawsze pozostanie przygłupem - choćby casus Ryszarda Czarneckiego, który poczynając od Pierwszych Zjednoczonych Chrześcijan przeszedł tyle partii że łeb boli, wiedziony jedynie oportunizmem i koniunkturalnym zyskiem. Faktem jest, że szatanów nie brakuje, czego najlepszym dowodem jest niejaki Belzebub Rydzyk, który robi na przekór Panu i ma w dupie chrześcijańskie konwenanse, pokorę i bojaźń Bożą.
*
Dobra rada o poranku
Jeśli cię dręczy straszna chandra przeczytaj Księgę Hioba.
Gdy bowiem dowiesz się przez co ten biedny przygłup musiał przejść, to ci od razu przejdzie.
* W różnych tłumaczeniach biblijnych jest Hiob, albo Job. Przy czym Job jest najbardziej odekwatnym imieniem dla tego przygłupa, bo od niego wywodzi się słowo "zaJob", albo dostać zajoba, czyli najzwyczajniej w świecie zidiocieć.
*
Alkohol jest tak stary jak ludzkość, a że człowiek lubił dać sobie w beret pisze o tym nawet w Biblii. Już na samym wstępie można się dowiedzieć o starym pijaczynie Noe, którego w szczególny sposób pokochał Pan i przymykał oczy na jego gazowanie. Mało, że przymykał, to jeszcze ocalił go od potopu. Na tę okoliczność powstała nawet dość frywolna piosenka, którą śpiewaliśmy na obozie instruktorskim, wywołując zgorszenie pewnego harcmistrza.
*
Pijanica Noe
Gdy stary Noe świętym był,
To kłaniał się przed Panem.
A że się bardzo wody bał,
Popijał wino dzbanem.
I za to go pokochał Pan,
Ponad wszystkie narody,
A gdy potopu nadszedł czas
Ocalił go od wody.
*
Przez dni czterdzieści padał deszcz,
Pan wodą ziemię raził,
Przez dni czterdzieści Noe pił,
Spod beczki nie wyłaził
Gdy Noe dał se deczko w gaz,
Więc poszedł spać do Arki,
Ale się wtedy mocno schlał,
Bo przebrał wina miarkę.
*
I przyszedł Cham i zaśmiał się,
Że Noe jest urżnięty,
I za to właśnie wyklął go Pan,
I odtąd Cham wyklęty.
Z piosenki tej morał ten,
Wynika dla narodu,
Że kto z pijaka śmieje się,
Ten jest z chamskiego rodu.
*
Oczytani w Piśmie i Świadkowie Jehowy znają tę historię, gdy pijany w trzy dupy Noe uwalił się spać, ale jego siusiak i klejnoty zostały wystawione na widok publiczny. Synalek Cham na ten widok się zaśmiał, ale jego bracia chwycili szatę ojca i idąc tyłem przykryli nagość ojca. I ten fakt zapoczątkował program ograniczania strat i szkód (Harm Reductione) u pijących alkohol. A Noe żył sobie jeszcze trzysta lat. No i chwała Panu.
*
... rzekł Ben Akiba. Tak śpiewano za PRL, a słowa piosenki znaczyły, że już nic nas nie może zadziwić, ani wzruszyć. W swojej dziecięcej naiwności myślałem, że słowa starej piosenki są nadal aktualne i nic mnie już nie wzruszy, nie zaskoczy, nie podniesie ciśnienia, etc... Boże jaki jestem naiwny sądząc, że potencjał na głupotę ludzką został już wyczerpany - myślałem do wczoraj. I chyba nie pomyliłem się w ocenie rzeczywistości, bo to co zrobił ostatnio mój ulubiony inaczej PiS, jest już tylko powieleniem głupoty upadłej LPR.
Cóż więc takiego zrobiła ta jajcarska, śmieszna i straszna partia? Ni mniej ni więcej obraziła się na TVN i TVN 24 i ogłosiła, że nie będzie już występować przed kamerami tych stacji. Nie będzie, albowiem TVN i jej pochodne były niesprawiedliwe dla PiS i w krzywym zwierciadle ją przestawiały. Ba, żeby tylko przedstawiały, ale jeszcze dyktowały, jaki polityk ma się puszyć przed jej kamerami. Tego już było za wiele dla polityków partii "prawej i sprawiedliwej", bo nic tak nie wkur...a tego bractwa jak niesprawiedliwość właśnie. Zapomnieli tylko dodać, że sprawiedliwe jest to co jest dobre tylko dla nich, a nie reszty społeczeństwa. Bo reszta, to ZOMO, postkomuchy, TW, OZI, wykształciuchy, łże-elity, lumproletariat i cała reszta tego bezprizornego badziewia, do którego i ja się zaliczam.
Co mnie to wszytko obchodzi skoro nie kocham PiS-u zapytacie? Otóż obchodzi mnie i to bardzo. Już na samą wieść, że nie ujrzę i nie usłyszę błyskotliwych opini, celnych ripost i porad wszelakich Gosiewskiego, Cymańskiego, Jacka Kurskiego, Jarkaczki, Brudzińskiego, Kempy, Suskiego i innych "intelektualistów" PiS spowodowała, że szczena mi opadla na kolana. Nie tylko szczena, ale i na sercu zrobiło mi się ciężko i w nosie wilgotno na tyle, że glut mi wyszedł na pół wąsa. Załkałem szczerze, ale z wielkim bólem, szczękę przywołałem do porządku i gluta wysmarkałem w chusteczkę higieniczną, zażyłem nitroglicerynę i golnąłem pół flaszki melisany na spokojność właśnie i zastygłem w bezruchu w oczekiwaniu na nirwanę, czy inny katharsis.
Nirwana i katharsis nie nadeszły, a mnie pozostał żal w moim skołatanym sercu. Pozostał, albowiem nie zobaczę moich "ulubienców" i nie usłyszę ich aksamitnego i pełnego chrześcijańskiej miłości bliźniego swego głosu. Głosu, który nawołuje do Polski "Prawej, Sprawiedliwej", czyli takiej jaka mi się w najczarniejszych koszmarach śni po nocach i wywołuje odruch wymiotny.
Może jestem masochistą, a może zwykłym cierpiętnikiem, czyli kandydatem na świętego. Kandydatem w myśl słów piosenki Arki Noego - "Taki mały, taki gruby może świętym być...". Radowałem się przyszłą beatyfikacją jak głupi, a tu kicha. Kicha, bo PiS właśnie mi odebrał nadzieję na zostanie świętym. Tym bardziej, że TV Trwam nie oglądam i Radia Maryja nie słucham, więc nie zobaczę już moich "pupilków". No może tylko w TVP I i II, ale to mnoże być za mało do osiagnięcia świętości. Zwłaszcza, że platformesi i lewica chce im te media odebrać.
O mój Boże! Ratuj swojego marnego robaczka.
*
Wiadomość o śmierci profesora Bronisława Geremka przyjąłem z niedowierzaniem, a po chwili z szokiem. Z szokiem, gdyż miałem zaszczyt poznać profesora osobiście w Warszawie w czasie Rady Partenerstwa "Przymierze dla Przyszłości" 25 marca 2001 roku.
O Bronisławie Geremku można pisać w samych superlatywach. Był wielkim patriotą, który sprawy Polski zawsze stawiał na pierwszym miejscu. Był wybitnym intelektualistą i mężem stanu, dla którego salony świata stały otworem. Był przyzwoitym Człowiekiem, dalekim od małostkowości, mściwości, nie dawał się wmanewrowywać w polityczne gierki i personalne przepychanki. On był ponad to. Przymioty, które posiadał stawiały go na piedestale, wśród wybitnych tego świata. Niestety, takich polityków jak On jest niewielu. I dlatego jest mi go szczerze żal. Żal, gdyż odszedł niespodziewanie w pełni sił intelektualnych i politycznych.
Nie ma ludzi niezastąpionych, ale zastapić profesora tak szybko się nie da. Ma rację Adam Michnik - przyjaciel Bronisława Geremka, który powiedział: - Wielcy odchodzą szybciej. I to jest nieszczęście dla nas.
"NON OMNIS MORIAR" sentencja ta jest jak najbardziej aktualna w przypadku pana Bronisława.
*

Moja córka Basia, a na pierwszym planie od prawej Bronislaw Geremek. Było to 25.03.2001 r. na Politechnice Warszawskiej.
To właśnie Basia przyniosła mi wczoraj tę smutną wiadomość.
*
Zażartowałem sobie z kićmanów, aby założyli sobie "Naszą Celę", a tu się okazało, że taka strona istnieje. Gdy na nią wszedłem, to pomyślałem, że mogę sobie założyć na niej swój profil, co też popełniłem. Przybrałem dawną ksywkę z Bieszczadów "Mecenas" , założyłem swój album i pamiętnik. Wypełniłem więc aż nadto wymogi naszej celi, licząc, że będą jakieś komentarze. Okazało się że jest gorzej niż źle. Co prawda moje zdjęcia skomentował jakiś mało jajcarski "garucha" z mojego miasta i wytknął mi nierzetelność. Zarzucił mi, że jedną z katakumb naszego miasta przedstawiłem jako celę i skomentowałem (dla jaj wlaśnie), że tak się kiedyś garowało. Odpisałem mu z kulturą, ba, przyznałem mu rację i... nic. Garus się nie odezwał.
Nie powiem, nasza cele ma być w założeniu stroną jajcarską, ale oprócz tzw. "więźniów", którzy pierdla na oczy nie widzieli, nie ma na nim garusów z krwi i kości. Czyli soli tej ziemi. Bowiem jak wszystkim wiadomo, nasze społeczeństwo dzieli się na tych co siedzieli, siedzą, albo będą siedzieć. Taki był przecież plan "Odnowy Moralnej" upadłych Kaczorów i ich ministra sprawiedliwości mości Ziobro.
Jakoś niezbyt ciekawa jest "Nasza Cela", a jaj na niej jak na lekarswo. Wychodzi na to, że "garusy" są małojajeczni i nie mają poczucia humoru na dodatek. Ja to rozumiem, duszne cele, wredni klawisze i postwięzienna trauma nie dodają literackich skrzydeł. Rozumiem też, że nie wszyscy mają komputer i internet, a nawet jeśli mają, to i tak nie bardzo wiedzą jak go obsłużyć. Więzienie nie uczy przecież obsługi komputera, ale bardziej potrzebnych w późniejszym życiu kryminalnych umiejętności, niezbędnych do zaplanowania "przyszłości" byłym skazańcom. Że o nowych kontaktach nie wspomnę.
Trudno też znaleźć na "NC" jakiegoś znajomka, a już zawrzeć nowe znajomości jest raczej niemożliwe. Same ksywki, żadnych nazwisk. Nadmierna ostrożność, czy pospolity strach? Może jedno i drugie. Dlatego wolę "Naszą Klasę", która jest ciekawsza i można na niej dawnych znajomych, kolegów, czy nawet rodzinę, z która kontakt sie urwał, odnaleźć. A to już i tak jest dużo.
Nie sądzę, aby któryś z moich kryminalnych kumpli z którymi garowałem onegdaj w Bieszczadach się odezwał. To już starzy, schorowani i zapijaczeni recydywiści, którym obcy jest internet, czy komputer. A jeśli ten ostatni znają, to chyba tylko z włamu, albo z paserki. Część moich wafli i herbatników pewnie już nie żyje, gdyż alkohol szkodzi zdrowiu. Ale póki co, to niech żyje wolność, wolność i swoboda... i dziewczyna młoda.
Dla chętnych odwiedzenia tej strony podaję link, na który wystarczy kliknąć: www.nasza-cela.info
Siemanko Rebiata i Garusy wszelkiej maści.
Kłania się Wasz herbatnik "Mecenas".
*
Długo jakoś nie miałem wyrobionego zdania co do "Naszej Klasy". Zmieniłem je, gdy zorientowalem się, że dzięki tej stronie można odszukać swoim dawnych znajomych, czy zapomnianych kolegów. Założyłem swój profil i....
Nie powiem, że znajomi sypnęli jak z rękawa, ale na ich brak nie narzekam. Codziennie ktoś się dołącza do mojej ferejny. Nie brakuje też starych przyjaciół z blogów. Najbardziej mnie rajcują odwiedziny płci pięknej. Nie powiem, ale serce mi się kraje jak się dowiedziałem, że przed wielu laty byłem obiektem zainteresowania dziewcząt. To bardzo miłe, ale szlag mnie deczko trafia, gdy sobie uzmysłowiłem, że w młodości tego nie widziałem. Jakoś tak się składało, że dziewczęta, które mnie się podobały nie były raczej zainteresowane moją skromną osobą. Tak samo działało to w drugą stronę. Stąd wniosek, że swoje uczucia nie zawsze lokujemy tam, gdzie się z nich coś narodzi. Nawet w Biblii napisano o siewcy, którego ziarno rzucone na skałę nie urodzi owoców. Podobnie jest w życiu, w którym trafiamy najczęściej na skały westchnień i zawiedzinych uczuć. Jakieś popieprzone te życie.
Ale za to znalazłem kilku starych znajomych, a raczej znajome. Ba, wpisałem się do ich profilu, napisałem wiadomość i ... czekam umierając z oczekiwania. Dochodzę do wniosku, że moim znajomym profil założył wnuczek, bądź wnuczka, a nadobna babcia nie bardzo wie jak to ma obsłużyć, jeśli wogóle na NK zagląda. Nic to, czekam i ćwiczę swoją niecierpliwość usychając z tęsknoty.
Niespodziewanie powiodły mi się, aczkolwiek połowicznie, poszukiwania osoby, na której mi zależało. Ba, nawet dowiedziałem się nieco o niej i o tym, jakie ma nazwisko po mężu. Niestety, nie ma jej na NK, a jej rodzina pewnie nie chce nic więcej powiedzieć. Choć tak po prawdzie ta rodzina to są jeszcze małolaty, dla których jestem wapniakiem i dinozaurem z archeo. Co tam młodych mogą interesować moje sprawy. Ale nie tracę nadziei i przed narodem niosę tęsknoty kaganek.... Nie, na śmierć nie pójdę z tego powodu, co najwyżej jak kamień na szaniec.
Mam pomysł, aby takich portali powstało więcej . I tak dla przykładu dla zapomnianych kumpli z wojska "Nasza Drużyna", dla kolesiów z odsiadki i marginesu społecznego "Nasza Cela", dla towarzyszy z konspiry "Nasza Interna", zweryfikowanych negatywnie esbeków "Nasza Ferajna", degeneratów wojskowych i trepów "Nasza Fala", miłośników koni, dorożkarzy i kowbojów "Nasza Szkapa", polityków "Nasza Lustracja", łapówkarzy "Nasza Kasa", naturystów "Nasza Plaża" i dla zapomnianych miłostek wakacyjnych "Nasze Wakacje".
Tak między Bogiem, a prawdą, mnie interesuje najbardziej portal dla zakapiorów i łazików Bieszczadzkich - "Nasza Połonina". Bo i co mi na stare lata pozostało. Przynajmniej Bieszczady odwzajemniają moją miłość.
*
Mój nieżyjący od 10 lat znajomy, a zarazem szef naszego Kolegium Redakcyjnego Encyklopedii Ziemi Głogowskiej dr Janusz Chutkowski dwa tygodnie przed śmiercią poprosił mnnie, abym napisał książkę o głogowskiej "Solidarności". Wiem, że on się nosił z takim zamiarem, ale widocznie przeczuwał, że choroba mu na to nie pozwoli, więc scedował to na mnie. Być może kierował się tym, że ja byłem związany z Solidarnością od momęntu powstania do reaktywowania jej w 1989 roku i będzie mi łatwiej. Bez głębszego zastanowienia wyraziłem zgodę, licząc na pomoc z jego strony. Niestety Janusz zmarł za kilkanaście dni, a ja zostałem ze złożoną obietnicą, którą potraktowałem jako wypełnienie woli umierającego kolegi
Nie myślałem, że od początku zaczną się schody, gdyż nie było żadnych dokumentów z tamtych lat w posiadaniu reaktywowanej "Solidarności", gdyż przejęła je SB na początku stanu wojennego. Były one w archiwach MSW do których ja, mały robaczek nie miałem dostępu. Moje wspomnienia, czy wspomnienia moich kolegów i znajomych z tamtych czasów były niespójne i często zdeformowane przez własną ocenę tamtych dni. Utknąłem więc w miejscu. Wpadłem jednak na pomysł, aby zwrócić się do byłych esbeków (w Głogowie wszystkich zweryfikowano negatywnie), wychodząc z prostego założenia, że oni musieli sobie coś zostawić na "pamiątkę". I w tym się nie myliłem. O dziwo, część byłych smutnych panów udostępnila mi swoje prywatne zbiory, a już na kolana powalił mnie były szef głogowskiej SB, który po jakimś czasie udostępnił mi cztery rozdziały swojej pracy dyplomowej z Akademi MSW, w której była opisana "Solidarność" od powstania, do kilku lat po stanie wojennym. W pracy były nazwiska działaczy, kryptonimy akcji SB, etc... Oczywiście ostatniego rozdziału poświęconego agenturze i TW z wiadomych przyczyn nie dostałem. Ruszyłem z miejsca, ale najwięcej czasu mi zabrało konsultowanie esbeckich zapisków z działaczami "S". Po konsultacjach i sprawdzeniu pisanie poszło jak z płatka, więc książka niedługo powstała. Ba, nawet dostałem dwie zaliczki z TZG, pod którego egidą książka miała być wydana.
Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, czyli w pieniądzach, których TZG nie miało w nadmiarze, więc książka przechodziła na kolejny rok planu wydawniczego, czyli zaczęła "półkownikować" w szafie zespołu wydawniczego. Nie będę pisał o kolejnych odmowach sponsorów, których tamte czasy przestały interesować, ale oczopląsu dostałem i szczena mi opadła na kolana, gdy głogowska nowa "S" (ma sporą kasę) odmówiła mi sfinansowania wydania. Jako powód podali, że nie mogą mi pomóc, gdyż pisałem ją na podstawie (sic!?) esbeckich materiałów, które nie sa dla nich (sic!) wiarygodne. Nie docierało do nich, że to nie były jakieś teczki, ale fotokopie ich własnych dokumentów, które SB zarakwirowała w stanie wojennym. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia nad ich argumentacją, ale oświecił mnie mój młody kolega z TZG, który nawet tamtych czasów z racji wieku nie pamiętał. On mi zadał proste pytanie: - Michał, czy w twojej książce są nazwiska tych nowych solidarnościowców, którzy wstąpili do związku już po upadku komuny? Wtedy zrozumiałem, że ci NOWI mi nie pomogą, ba, że będą mi utrudniać wydanie książki, gdyż nie jest ona o NICH - nowych "bohaterów" "S", gdy wstępowanie do niej nie było połączone z żadnym ryzykiem.
Zrozumiałem, że ci NOWI mają dawnych działaczy "S" w głębokim poważaniu i najchętniej skazaliby ich na wieczną niepamięć. Najsmutniejsze jest to, że część tych dawnych bohaterów, którzy ryzykowali swoje życie, zdrowie i wolność, powoli odchodzi z tego świata na drugi brzeg, a ci co pozostali borykaja się z codzienna prozą życia na cieniutkich rentach, czy emeryturkach.
Światełkiem w tunelu okazała się moja propozycja złożona młodemu radnemu z powiatu, który jest synem czołowego działacz pierwszej "S" (zmarł w grudniu ub. roku). On pisał swoją pracę magisterską o Pierwszej Solidarności właśnie. Podobnie jak ja chce ocalić od zapomnienia tamtych ludzi. Postanowiliśmy mój maszynopis rozszerzyć o jego pracę i wydać jako wspólną książkę pod naszymi nazwiskami. On też zajmnie się pozyskaniem sponsorów. A tak na marginesie - mój maszynopis jest cytowany jako materiały źródłowe w dwóch pracach magisterskich i dwu książkach historycznych.
Nie mogę tylko pojąć, że teraz ubeckie kwity z IPN mają moc prawdy jedynej i objawionej. Ba, służą nawet do opluwania i deprecjonowania zasług bohaterów lat walki z komuną. Może, gdybym napisał ksiażkę na podstawie piątego rozdziału pracy dyplomewej byłego esbeka, czyli tej o agenturze, to sponsorów by nie brakło. Mimo mojej wiedzy z tego rozdziału, nigdy jej nie użyję i zabiorę ją na tamten drugi brzeg, gdy już odejdę z tego świata.
PS. Książkę o "Bolku", "Lolku" i "Toli", czyli opluwającą Wałesę wydał IPN za nasze pieniądze nie pytając nas o zdanie. Nie przeszkadzały mu paszkwilanckie, często sfałszowane kwity SB, które auturzy "Bolka i Lolka" świadomie użyli w swoich żałosnych wypocinach.
*
Nie należałem do zwolenników Lecha Wałęsy od czasów jego "wojny na górze" i nieszczęsnej prezydentury. Tylko raz na niego głosowałem wybierając mniejsze zło, gdy w drugiej turze wyborów zmagał się z peruwiańskim szamanem, niejakim Stanem Tymińskim. Była to dla mnie sytuacja dyskomfortowa, gdyż nie chciałem, a musiałem zagłosować. Obwiałem się bowiem rosnącej popularności szamana Tymińskiego, a taki facio na najwyższym stolcu Rzeczypospolitej był dla mnie farsą rodem z Mrożka. Było i się zbyło, a o Stanie nie pamięta nawet pies z kulawą nogą.
Cieszyłem się, że Wałesa nie powtórzył reelekcji, bo na prezydenta w moim odczuciu się kompletnie nie nadawał. Ale to już historia.
Jednak szanowałem Lecha za jego walkę z komuną, za powstanie Solidarności, za jego postawę w czasie walki z komuną. Szanowałem i nadal szanuję. Nie mam też zamiaru zmieniać zdania na jego temat i uważam, że jest bohaterem, który ma swoje miejsce na zawsze w historii Polski i Świata. Nagroda Nobla też sroce spod ogona nie wyleciała i jest dodatkową dumą dla Polski.
Dlatego to co się teraz dzieje wobec niego bardzo mnie smuci, mierzi, denerwuje, pozbawia apetytu i powoduje bezsenność. Jakaś paszkwilancka książka dwóch młodych oszołomów z IPN, ataki Kaczyńskich i ich apologetów i konfratrów z PiS i moherowej hołoty przyprawiaja mnie o dreszcze. Jak jestem w stanie zrozumieć Jarosława Kaczora, który jest teraz dla mnie nikim, bo jego prezesura w PiS mnie dynda kalafiorem. Bo PiS to nie moja bajka, nie mój cyrk i nie moje małpy. Jednak bardzo się dziwię prezydentowi Lechowi Kaczorowi, który ma za nic swój urząd i plecie o Wałęsie jak Piekarski na mękach, albo jak Stan Tyminski gdy był w "czwartym wymiarze" jak się grzybkami halucynogennymi zaprawił. To co uchodzi posłowi Jarkowi, nie bardzo pasuje Prezydentowi RP Lechowi. Nic to, że obaj są bliźniakami jednojajowymi, ale prezydentura do czegoś zobowiązuje. Zobowiązuje do poszanowania drugiego Obywatela, to wyważania słów i do kultury osobistej. Tych przymiotów mi właśnie u prezia Kaczora zabrakło.
Boli mnie, że przegrane Kaczyniaki nadal opluwają autorytety i deprecjonują ich dokonania. Mierzą mnie pomówienia o agenturalność na podstawie ubeckicj kopii fiszek ostatniego sorta. Boli mnie, że esbeckie wypociny stają się teraz prawdą objawioną i niepodważalną. Wkurza mnie, że są tacy, którzy w te bzdety wierzą i upajają się własną nienawiścią do swoich przeciwników i wymaginowanych wrogów. Martwi mnie, że w Polsce każdą wartość, każdą świętość, każdego bohatera można opluć, opluskwić, zdeprecjonować, by na koniec nań nasrać...
Nic dziwnego, że Świat nas nie rozumie i że puka się znacząco w czoło widząć polskie zmagania osiołków. Bo zrozumieć nas nie można. No, może po wypiciu litra samogonu, bo na trzeźwo nie da rady. Nie każdy jednak pije gorzałę i dlatego staje się bezradny wobec polskiej rzeczywistości. Wobec polskiego piekła i kabaretu, którego nawet Mrożek by nie wymyślił. Może dlatego właśnie wyjechał z Polski.
Dlatego uważam, że IPN, któryy stał się piewcą nienawiści, powinien zostać zlikwidowany, albo wyczyszczony z histeryków, oszołomów i mściwych badaczy dokumentów. Najgorsze, że wielu nie rozumie, że kto sieje wiatr, ten zbiera burze...
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 223600
| « lipiec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu ich pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Chociaż urodziłem się w Lesznie w Wielkopolsce, to poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też i odrobina mojej zasługi, gdyż byłem w opozycji od 1970 roku. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...Mam nawet swoje miejsce w Wikipedii. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl
Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jes...
więcej...Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, bedą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi..., albowiem oni dosiągną królestwa Bożego. Góry, wycieczki, ciekawe miejsca, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.
schowaj...Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj: