Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Gość w dom, "Bóg" w dom

wtorek, 31 lipca 2007 19:26

 

Pozazdrościłem...

   Poziomkowej polanie z USA i też sobie zfundowałem niespodziewanego gościa. A co! Mają tylko Jankesi mieć wizyty w swojej posiadłości?

    Jak powiadają "Gość w dom, Bóg w dom i tym chata bogata, czym goscie rzyg...ą". Ja wyznaje zasadę: "Do serca przytul psa. Weź na ramiona kota...". Ale na takiego gościa mój potecjał pokory i miłości bliźniego się niestety już dawno wyczerpał...

 

Przyznacie mi jednak rację, że Kaczorek do byle kogo nie zawita. Ale dlaczego do mnie?

komentarze (19) | dodaj komentarz

W Bieszczady na chwilkę

niedziela, 29 lipca 2007 10:57

 

Odnalezione zdjęcia - Michniowiec

    Jak już wcześniej wspomniałem w pliku zdjęć we władaniu mojej córki Eweliny znalazło się parę fajnych zdjęć z Polany i Michniowca w Bieszczadach. Postanowiłem je opublikować.

     Micniowiec, jak już wcześniej napisałem jest wsią rolniczą i osadą lęśną nad dopływem Mszanki niedaleko granicy z Ukrainą.

    W 1527 roku król Zygmunt I wydał przywilej na lolację na prawie wołoskim wsi Michniowiec, która weszła w skład tzw. krainy lipeckiej starostwa samborskiego. Nazwa pochodzi od imienia Michno. Wedle lustracji z 1766 r. wieś liczyła 43 gospodarstwa. Mieszkało tu wtedy 13 hajduków zobowiązanych do służby w piechocie łanowej. W 1921 r. wieś liczyła 190 domów i 957 mieszkańców (922 wyzn. grek-kat, 35 mojż.). W latach 1945 - 51 wieś była w granicach ZSRR. Obecnie mieszkają w niej wysiedleńcy z okolic Sokala i różnych regionów Małopolski.

    Główna atrakcją turystyczną jest dwanaście krzyży przydrożnych, wykonanych z piaskowca. Mają wysokość do 4,5 metra. Jest też unikatowa cerkiew parafialna pw. Narodzenia NMP, wzniesiona w 1863 r. Jej nawa na planie ośmioboku, przykryta jest kopułą wspartą na wewnętrznych słupach. Jest to jedyne tego typu rozwiązanie w polskich Karpatach.

 

 

Wejście do cerkwi.

 

Cerkiew - widok z boku.

 

 

Dzwonnica przed wejściem do cerkwi.

 

 

 

Dwa z dwunastu kamiennych krzyży.

 

 

A to już gniazdo naszych poczciwych bocianów przy drodze w Polanie u podnóża Otrytu.

     Na bocianach kończę już moją wedrówkę po Bieszczadach. No, chyba, że pojadę w nie kolejny raz, ale już w ich inną część.

komentarze (14) | dodaj komentarz

Ostatnia wędrówka

sobota, 28 lipca 2007 10:23

 

Żegnam Góry Sowie

    Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Jednak wędrówki po górach wzbogaciły mnie duchowo i to bardzo, a pisanie o nich wprowadziło mnie w świat dawnego wędrownika. Dobra jest taka swoista retrospekcja.

    Ktoś mi kiedyś wpisał w komentarzach, że tłuczemy się po świecie, a mamy jeszcze tyle pięknych miejsc, które można odkryć w Polsce. Dlatego chętnie czytam te blogi, które "wędrują". Nie znaczy, że nie lubię blogów poetyckich i publicystycznych. Lubię je i to bardzo, gdyż też wzbogacają duszę mą skołataną. Wędrówki moje wynikają z mojej natury trampa i łazika, a poezja i proza z mojej pisarskiej duszy.

   

    Zatem reszta moich "zapomnianych" fotek z Gór Sowich.

 

 

 

Panorama Gór Sowich w czasie ostatniej wędrówki na Wielka Sowę. Zdjęcie robiłem w połowie drogi do schroniska "Orzeł".

 

 

 

Widok z tarazu widokowego przy schronisku "Orzeł".

 

Moja rodzinka odpoczywa na schodach wieży widokowej na szczycie Wielkiej Sowy. Pewnie się wdrapią na sam szczyt.

 

Tym razem już na szczycie wieży. Te główki wielkości łebka od szpilki to moja ferajna. Ja niestety zostałem na dole. Cóż lata i zdrówko już nie te.

komentarze (7) | dodaj komentarz

Góry Sowie - odnalezione fotografie

czwartek, 26 lipca 2007 13:51

 

Dobrze mieć dzieci?

    Byliśmy wczoraj po południu u mojej córki Eweliny. Wraz z zięciem zapraszali nas do siebie, a że zięć Sebastian przyjechał samochodem, to czemu było nie skorzystać z okazji.

    W czasie rozmowy zapytałem ją, czy nie ma przypadkiem moich zdjęć z Gór Sowich i Bieszczadów. Chodziło o zdjęcia na których są widoki gór, zamku Grodno i cerkwi w Bieszczadach. Okazało się, że są u niej, gdyż korzystała z nich w czasie nauki na Studium Sztuk Plastycznych. Był tam przedmiot z fotografiki, a że musiała zademonstować jakieś zdjęcia krajobrazowe, to "pożyczyła" sobie moje. Inne już robiła sama. W taki  sposób mogę je pokazać na blogu.

 

Zamek Grodno

 

    Szkielet księżniczki zamurowanej w lochu za złamanie woli ojcowskiej

 

    Ze szkieletem tym wiąże się pewna legenda:

    Pewien ksiażę, ówczesny władca zamku Grodno miał córkę. Była ona bardzo ładna, więc nic dziwnego, że miała wielu adoratorów, którzy starali się o jej rękę. Księżniczka była jednak kapryśna, knąbrna i przebierała w konkurentach jak w ulęgałkach, dając każdemu kolejnemu adoratorowi kosza. 

    Książę miał już dość fochów córki, a że jego cierplowość się wyczerpała postanowił, że ją sam wyswata. Znalazł jej na męża  bogatego , ale starego, garbatego i bardzo brzydkiego księcia. Nakazał córce wyjść za niego. Księżniczka musiała wykonać wolę ojca, ale postanowiła wziąźć sprawy w swoje ręce i samej pozbyć się uciążliwego kłopotu.

    Pewnego wieczoru namówiła swego "ulubieńca" na spacer po wieży zamkowej pod pozorem podziwiania pięknej okolicy. Gdy weszli na sam szczyt wieży, księżniczka przepuściła do okna swego kawelera, a gdy ten ogladał okolicę, ona go wypchnęła. Nieszczęsny książę spadł w przepaść i zabił się na miejscu.

    Zdawać się mogło, że sprawa została załatwiona po myśli księżniczki, która we łzach poiformowała ojca o strasznym wypadku jakiemu uległ jej przyszły mąż. Jednak na nic jej kłamstwo i płacz, bowiem ojciec widział całe zajście, gdy sprawdzał wieczorem mury zamku. Postanowił wiarołomną córkę srodze ukarać za kłamstwo, morderstwo i sprzeciwienie się jego woli. Kazał swym sługom wtrącić księżniczkę do lochu, przykuć łańcuchami do ściany, a wejście do ciemnicy zamurować. Księżniczka oczywiście zmarła w mękach z głodu.

    Od tej pory na murach zamku w bezksiężycową noc pojawia się biała postać, która wolno posuwa się po murach dzwoniąc łańcuchami. To postać pokutującej księżniczki.

    Tyle legenda. A po prawdzie szkielet wstawił jeden z dawnych właścicieli zamku, który w ten sposób przyciagał turystów płacących za jego zwiedzanie. A legenda, która przyciągała turystów nadal żyje własnym życiem i jest spisana w dwóch językach na tablicach przytwierdzonych do wejśćia do lochu. Jest też spisana w księdze o polskich Białych Damach i duchach zamkowych.

    Za pomysłowego księcia rolę szkieletu księżniczki spełniał szkielet zmarłego, samotnego listosza, którego zwłoki książę kupił od grabarza i kazał mu go spreparować.

    Po latach doczesne szczątki listonosza wróciły do ziemi, a teraz do muru lochu przytwierdzony jest model szkieletu z plastyku.

 

 

Widok z niższego poziomu wieży na zamek i okolicę

 

 

Ten sam widok, ale z najwyższego miejsca (okna) na wieży

 

Widok na jezioro i okolicę z okna, z którego księżniczka wypchnęła brzydkiego księcia. Widać po brzegach, że jezioro napełniało się wodą (zdjęcie z 2003 roku)

 

Basia z Karolinką na drewnianym (zewnętrznym) krużganku zamku

 

Widok na zaporę. Po dawnych śladach wody na zaporze i po lini brzegu widać niski stan wody w lipcu 2003 r.

 

Most wiszący nad potokiem u jego ujściu do jeziora. Widać, że stan wody był jeszcze bardzo niski. Normalnie w tym miejscu jest już szeroki zalew. Pośroku zdjęcia u góry zdjecia widać wieżę zamku Grodno. Z tej strony jest skalista przepaść, do której po wypchnieciu spadł brzydki książę.

 

Przed opuszczeniem zamku Grodno zrobiliśmy sobie zdjęcie przy dziale nakierowanym na kasztelenię i budynek dla służby zamkowej. Obecnie w budynku dla służby znajduje się kawiarnia, a w kasztelanii miało powstać schronisko PTTK.

 

komentarze (9) | dodaj komentarz

Wędrówki po Górach Sowich - V cd.

środa, 25 lipca 2007 10:16

 

Wypad na Osówkę

    W 2004 wybraliśmy się ponownie w Góry Sowie, Mój zięć oglądajęc zdjęcia bardzo się nakręcił na zwiedzenie sztolni. Ma on lekkiego bzika na punkcie II Wojny Światowej i militariów. Więc nic dziwnego, że sztolnie, jako jeden z elementów (?) wojny bardzo go zainteresowały. Dla mnie pozostało jedynie zoraganizowanie noclegów. Tym razem wybraliśmy Walim, dość sympatyczną małą miejscowość w sercu Gór Sowich. Byliśmy już tam wcześniej, ale czego się nie robi dla rodziny.

    W intermecie znalazłem dość tanie, ale za to malowniczo, bo na wzgórzu, położone gospodarstwo agro-turystyczne. Już sama nazwa "Dom na Wzgórzu" dawała rękojmię, że musi tam być fajnie. Rzeczywiście pokoje były dość ładnie urządzone, łazienka, ubikacje, stołówka, etc..., a do tego sympatyczni gospodarze.

    Po przyjeździe do Walimia, gdy maszerowaliśmy na kwaterę, szczęka mi nieco opadła na kolana, gdyż trzeba iść kamienną drogą pod górę i to z tobołami. Była co prawda wygodna droga asfaltowa i mniej stroma, ale za to o dwa kilomentry dłuższa. Jakoś się doczłapaliśmy do domu.

    Gospodarz okazał się wspaniałym znawcą terenu i na dodatek miał najnowsze mapy z dokładne zaznaczonymi szlakami do sztolni. Poinformował mnie, że jest już udostepniona dla zwiedzających sztolnia na Włodarzu, a jej dodatkową atrakcją jest to, że część tuneli i podziemnych komór zwiedza się płynąc łodzią, gdyż ta cześć sztolni jest zalana wodą.

    Pierwszego dnia ustaliliśmy plan naszego pobytu i w jakiej kolejności będziemy zwiedzać interesujące nas miejsca, aby się zbytnio nie forsować, gdyż zabraliśmy też wnuczkę Karolinkę.

    Zwiedziliśmy ponownie sztolnie w Rzeczce, ale je już opisywałem. Drugimi były sztolnie na Osówce, zwane "Podziemnym Miastem". Były tam niedokończone budowle na górze, głęboki szyb, a pod spodem monstrualne chodniki, komory, niedokończone betonowe wartownie, warsztaty i inne obiekty budowane rękami więźniów filii Gross Rosen. Jedna duża komnata była w części obudowana drewnem w formie wnętrza statku Wikingów. Ponoć miała tam być kwatera Hitlera, a przynajmniej sala narad sztabu wojsk niemieckich. Różnie o tym opowiadaja. Dość przygnebiające wrażenie robi ogromna pryzma skamieniałych worków z cementem, który już nie został zużyty do budowy. Dla ciekawości dodam, że wszystkie sztolnie były połączone torami kolejki wąskotorowej, która służyła do transportu ludzi i materiałów budowlanych.

 

Część mojej drużyny przed "Domem na Wzgórzu" przed wymarszem na Osówkę.

 

Ja z zięciem i najmłodszą córką na fundamentch tzw. "siłowni", która miała dawać energię pod i naziemnym budowlom. To zaledwie mała część tych ogromnych fundamentów.

 

Basia w tunelu transportowym. Biegł on kaskadowo od siłowni po zboczu Osówki poniżej wejść do sztolni. Miały być w nim zamocowanie transportery z przesypami do przenoszenia materiałów z dołu do samej góry.

 

Wejście do sztolni na Osówce. Na pierwszym planie Basia z Karolinką.  W czasie zwiedzania były wymagane kaski na głowach.

 

To już wnętrze sztolni. Nie robiłem więcej zdjęć, gdyż miałem za słabą lampę błyskową, a sztolnie były słabo oświetlone. Poruszaliśmy się dzięki górniczym lampkom na kaskach.

 

    Muszę dodać, że z naziemnych elementów budowli jest betonowy budynek zwany "Kasynem". Kiedyś czytałem, że zwiedzając to miejsce diametralnie pogarsza się nastrój człowieka. Nie wierzyłem w to, ale podczas zwiedzania tej budowli czułem jak mi się zmienia samopoczucie na coraz bardziej wisielcze. Narastało przygnębienie i rozdrażnienie. Moja rodzina również traciła rezon i widać było po nich narastające  zaniepokojenie. Po wyjściu z kasyna nastrój powoli wracał do normy. Do tej pory nie rozumiem czym jest to podyktowane. Powiadają, że pod budowlą są zabetonowane zwłoki setek więźniów, którzy oddali życie w czasie nieludzkiej pracy. Jest też inna wersja, która mówi o jakimś niekorzystnym promieniowaniu. Wersję potwierdzają radiesteci, których różdżki i wahadełka w tym miejscu wariowały. Coś musi być na rzeczy. A może pod kasynem jest ukryta "Bursztynowa Komnata", a bursztym jak wiadomo promieniuje. Może coś w tym jest, gdyż według niektórych poszukiwaczy Bursztynowej Komnaty, jej ślady prowadzą do Gór Sowich i w nich się urywają...

 

Wyprawa na Włodarza

   Na drugi dzień wybraliśmy się zwiedzić sztolnie na Włodarzu. Prowadził do nich wygodny szlak od naszej kwatery. Schodziliśmy po asfaltowej, a później po w szutrowej drodze lekko w dół. Gdy dochodziliśmy do Włodarza było widać z lewej strony drogi niedokończone budowle betonowe, ni to piwnice, ni schrony, jakieś fundamenty i zbiorniki. Domyśliłem się, że to podobne budowle jak na Osówce, ale położone poniżej wejść do sztolni z uwagi na strome zbocze góry Włodarz. Tam dla odmiany transportery biegłyby w poziomie pomiędzy poszczególnymi obiektami, a następnie pod górę.

    Po przejściu kilkuset metrów droga raptownie skręciła w lewo i biegła pod górę około 150 metrów. Później był ostry zakręt w lewo i już droga biegła niemal w poziomie. Przy wejściu na teren sztolni (był już ogrodzony) przywitały nas wartownicze, poniemieckie schrony betonowe, przystosowane do strzelania. Dalej stał autentyczny czołg, który obsadziłem swoją załogą.

 

Moja załoga czołgu "Rudy" . Zięć Grzegorz, jego żona, a moja najstarsza córka Ania, córka Basia, a na czołgu jego dowódca -wnuczka Karolinka.

 

Przy wejściu do sztolni stało działo, które obsadziłem wnuczką , córką i sobą oczywiście.

 

    Na Włodarzu były trzy sztolnie, ale tylko jedno wejście dla zwiedzających. Drugie było zamknięte dla turystów i zamaskowane siatką maskującą, gdyż było w trakcie budowy. Tam miało być wyjście dla krótszej trasy zwiedzania podziemi. Trzecie wejście było zasypane i dlatego  ta cześć sztolni była zalana wodą (nie miała odpływu). Dodatkową (za większą opłatą) atrakcją był rejs łodzią po chodnikach i komorach zalanych wodą. Musieliśmy się odpychać pagajami od kamiennych ścian, gdyż było dość ciasno na wiosłowanie. Miejscami ledwie się przeciskaliśmy. Jednak wrażenia były niesamowite. Przytłaczał nas ogrom wykutych korytarzy i komór, które oświatlaliśmi lampkami górniczymi. Porażała nas straszna, martwa cisza...

 

To już moja drużyna w środku. Widać po twarzach, że było tam ciekawie, ale i przygnębiająco. Brakuje najstarszej córki, która pełniła rolę fotografa.

 

 

Płyniemy łodzią. Bez kasku córka Ania, a w głębi w wojskowym mundurze i bez nakrycia głowy przewodnik.

 

 

Córka Ania trzyma na rękach trochę wystraszoną Karolikę gdy płynęliśmy łodzią.

 

 

 

Odpoczywamy po emocjach zwiedzania. Najstarsza córka szykuje kawę, którą można było kupić w kantynie polowej. Ja z zięciem i wnuczką zwiedzamy pozostałe działa i samochody wojskowe. 

 

    Należą się małe wyjaśnienia. Te sztolnie objął w ajencję pewien turystyczny biznesmen, który jest na dodatek pasjonatem militariów, a że ma wejścia i pieniądze, stąd wojskowy sprzęt i ciężka broń z demobilu, oraz mundury polowe pracowników. On podobnie jak mój zięć też ma militarnego bzika, ale znacznie więcej kasy. Stąd u niego tak na wojskowo. Armat i samochodów było więcej, ale większość zdjęć zabrał zięć na pamiatkę. Inna sprawa, że gdyby nie ten turystyczny biznesmen, który odkopał wejścia i dostosował sztolnie do zwiedzania, to długo byśmy czekali na otwarcie Włodarza. W trakcie zwiedzania elektrycy montowali jeszcze instalację oświetleniową do zalanego rejonu sztolni, która włącza się przez fotokomórkę, gdy ktoś się zbliża. 

    Na Rzeczkę i Osówkę była kasa z Unii, co jest zaznaczone na obiektach. W Rzeczce jest pumkt informacyjny, bufet, sklepik z pamiątkami i dyrekcja w ładnym budynku przed wejściem na teren sztolni.

 

 

 

komentarze (12) | dodaj komentarz

Wędrówki po Górach Sowich IV cd.

poniedziałek, 23 lipca 2007 11:28

 

Jeszcze raz Zagórze

    Po zwiedzeniu sztolni, wybraliśmy się na drugi dzień zwiedzić okolicę. Padło na graniczącą z Zagórzem wieś Myślęcin. Jest tam zabytkowy kościółek, o którym wzmiankowano już w 1376 roku, lecz w obecnym kształcie pochodzi z XVI wieku. Na terenie kościóła znajduje się płyta nagrobna czteroletniej Marii Ulman zmarłej w1598 roku i figura nagrobna z 1820 r., w stylu empire. Przy drodze znajduje się kamienny krzyż pokutny (łaciński) z utrąconym jednym ramieniem.

   Jest jeszcze jedna zapmniana perełka w Zagórzu, a minowicie stacja kolejowa. Takich zapomnianych stacyjek jest pełno na Dolnyn Śląsku. Obecnie już nie jest używana, podobnie jak tory. Ale miłośnicy drezyn corocznie urządzają tu wyścigi drezyn na trasie Zagórz - Jugowice. Szkoda, że linia kolejowa jest już nieczynna, bo choć wlókł się po niej pociąg jak flaki z olejem, to nie brakowało wrażeń podczas przejezdów przez podziemne tunele, albo po wysokich, kamiennych mostach nad drogami i przepaściami.

 

 

 

Żona z córka Basią i wnuczką Karolinką w drodze do Myślęcina.

 

 

 

Ja przy krzyżu pokutnym. Musiałem trochę powyrywać zielska, aby był widoczny.

 

 

Moja rodzinka po długim marszu moczy nogi w górskim potoku.

 

 

 

Moje pociechy przechodzą przez most wiszący, aby sobie skrócić drogę do ośrodka. Tylko syn wolał się oprzeć o barierkę.

 

 

 

A teraz mały wypoczynek na tarasie domku. Wnuczka nieco zgłodniała, ale nie przejawia chęci do jedzenia.

 

 

Syn z córką woleli popływać po jeziorze kajakiem.

 

 

A później naciągnęli mnie na rower wodny. Dobrze, że zabrali ze sobą Karolinkę.

 

 

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wędrówki po Górach Sowich III cd.

sobota, 21 lipca 2007 11:17

 

I znowu w Zagórzu   

     Minęło parę lat nim wybraliśmy się ponownie w Góry Sowie. Pojechaliśmy w 2003 roku. Wcześniej nie miałem zdrowia, gdyż byłem po zwale serca i lekarz zalecił mi wypoczynek. Zabronił mi forsownego wysiłku z jakim jest związana wędrówka po górach.       

     Jednak w 2003 r. postawiłem na jedną kartę i pojechaliśmy. Muszę dodać, że tym razem zabraliśmy ze sobą naszą wnuczkę Karolinkę. Dla niej zakwaterowaliśmy się w ośrodku w Zagórzu Śl., ale już w nowych domkach kampingowych z kuchnia, łazienką i ubikacją. Mając na względzie wiek wnuczki i moje zdrowie, nie wykonaliśmy jakiś szczególnie forsownych wycieczek w góry, ale skupiliśmy się na zwiedzaniu bardziej dostępnych partii terenu.

   Zaczęliśmy od zwiedzania podziemnych sztolni, jakich pełno jest w Górach Sowich. Tylko ci, którzy wędrowali po tych górach i zwiedzali sztolnie mogą powiedzieć o swoich przeżyciach.

    Sztolnie bowiem są wykute w skałach przez więźniów Gross Rosen (filie tego obozu), Muszę dodać, ze w Gross Rosen był mój dziadek Michał Kopeć - żołnierz AK, aresztowany 19.07.1944 r. przez gestapo, po rozbiciu Leszczyńskiego Obwodu AK "Lelek".    Dziadek początkowo był osadzony w obozie karno-śledczym gestapo w Żabikowie, a stamtąd został przeniesiony do Gross Rosen, gdzie został umieszczony na bloku 10 i otrzymał numer 65154 z kategorią więźnia "P" - czyli polityczny (czerwony winkiel z literą "P"). W styczniu 1945 roku obóz ewakuowano w głab Rzeszy i dziadek trafił do KL Mittebbau-Dora. tam otrzymał numer 111451. Pracował przy drążeniu podziemnych fabryh w górach Harzu. Obozu nie przeżył. Nie znamy nawet dokładnych okoliczności jego śmierci. Nawet datę zgonu oznaczono przez sąd w Lesznie na 12.02. 1954 r.  

    Wracając do budowy sztolni. Są one ogromne i rozmieszczone w całych Górach Sowich i w Książu. Nie wiadomo co w nich miało być, czy podziemne fabryki, czy kwatery Hitlera, czy zakłady produkujące bombę atomową. Historycy wiedzą, że Niemcy byli już blisko jej wykonania. Krąży nawet wiele mniej lub bardziej wiarygodnych opowieści o ogromnych i cennych skarbach, oraz "Bursztynowej Komnacie", która jest ukryta w jednym z wielu zasypanych tuneli.   

    Prace na tych terenach prowadzili Niemcy od 1943 roku i nadano im kryptonim Kompleks "Riese", czyli "Olbrzym". Na podstawie dotychczasowych badań ustalono, że budowano równocześnie co najmniej siedem kompleksów: 1. "Rzeczka-Walim", 2. "Jugowice Górne", 3. "Włodarz", 4. "Osówka", 5. "Soboń", 6. "Sokolec", 7. "Książ".    Podczas wycofywania się z Gór Sowich sztolnie i wejścia do nich wysadzano, nierzadko z więźniami w środku. Wiadomo, że dane szacunkowe (część akt spłonęła) mówią o zamordowaniu ponad 60 tys. więźniów różnych narodowości.

 

 

Brama wejściowa do obozu Gross Rosen (obecnie), oraz płyta kamienna (blok skalny z kamieniołomu w którym pracowali więźniowie) upamiętnająca obozową ścianę śmierci.

Wykorzystałen fotokopie z broszurki o obozie, którą nabyłem podczas jego zwiedzania). Rodziny więźniów nie płacą za wejście do samego muzeum. Na teren obozu i do kamieniołomów wejście jest bezpłatne, ale można zwiedzać tylko z przewodnikiem muzeum. Na terenie obozu na miejscu dawnego kasyna SS znajduje się obecnie muzeum z salą projekcyjną i poczekalną dla zwiedzających.

 

 

     Do tej pory nie zostały odkryte wszystkie wejścia, a dla zwiedzających udostępniono trzy sztolnie: Na Osówce, Włodzrzu i w Walimiu-Rzeczce. Inne wejścia nie są odkopane i spenetrowane, ale byli śmiałkowie, którzy ryzykując życiem i zdrowiem je spenetrowali, sfotografowali i opisali.   

    Ja z rodziną zwiedziałem trzy sztolnie i jej nadziemne elementy. Byliśmy też przy pozostałych, ale zwiedziliśmy ich naziemne budowle, bez wchodzenia pod ziemię (oj ta żona). 

 

 

Ja przed wejściem do sztolni II w Walimiu-Rzeczce. Jest wydrążona na zboczu skalistego wzgórza (653,5 m.npm). W sumie są tam trzy sztolnie. Mają one jeden wspólny pionowy szyb, wychodzący na zboczu wzgórza. Te trzy sztolnie są ze sobą połaczone. W środku widać niedokończone prace betoniarskie i zawalone tunele.

 

 

Córka Basia przed wlotem do szybu o głebokości ponad 60 metrów.

 

 

Najstarsza córka Ania "schodzi" z szybu. Zamiasta schodzić wygodną drogą po schodkach, wybrała zjeżdżalnię. Ot kobieca logika.

 

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wędrówki po Górach Sowich II cd.

wtorek, 17 lipca 2007 11:25

 

Wypad na zamek w Książu

 

    Książ - dawna wieś nad Pełcznicą, właczona w 1973 roku do Wałbrzycha. Nad skalnym urwiskiem zakola Pełcznicy jest posadowiony późnogotycko-renesansowy zamek Hochbergów wzniesiony ok. 1288 - 92 na miejscu średniowiecznego grodu przez Bolka I.

    Jak wiele zamków na Dolnym Śląsku przechodził różne koleje losu. W czasie II Wojny Światowej Niemcy przeprowadzili adaptację pomieszczeń na kwaterę dowódctwa armii niemieckiej, a w skale pod zamkiem wykuwano tunele i schron dla Hitlera. Prace te w nieludzkich warunkach wykonywali więźniowie z KL Gross Rosen (obecnie Rogoźnica). Wymordowano tu ok 5 tysięcy więźniów różnyeh narodowości. Po wojnie zamek został zdewastowany, jak wiele tego typu budowli na Ziemiach Zachodnich. Obecnie jest po konserwacji, ale prace renowacyjne trwają nadal. Zamek nie ma szczęścia do kolejnych właścicieli, jest jednak swoistą perełką, godną zwiedzenia.

    Nic dziwnego, że postanowiliśmy go odwiedzić, zwłaszcza, że od Zagórza nie jest do Książa daleko, a prywatne mikrobusy kursują często i regularnie.

 

 

Część mojej drużyny przed mostem do zamku.

 

 

Teraz już na dziedzińcu.

 

 

Syn Piotrek i córka Basia przed okazałym kominkiem. Pewnie zimno im się zrobiło, a przy kominku...

 

 

Kolejny kominek. Tym razem nie odmówiłem sobie przyjemności podziwiania jego piękna.

 

 

W części sal zamkowych była galeria sztuki współczesnej, na którą zawitaliśmy.

 

 

 Była Była też wystawa wyrobów porcelanowych z których słynie Wałbrzych. Szkoda, że wytwórnia ma już za sobą lata świetności i to za sprawą "niewidzialnej ręki rynku".

 

 

Tym razem już na zewnątrz zamku. Zwiedzamy park zamkowy, który rozściela się tarasowo poniżej zamku. Żona i córka przed ozdobnym gazonem kwiatów, a syn u góry podziwia park.

 

 

 

 Ja z dziećmi przed ozdobną fontanną. Szkoda, że lato było suche, a właściciel żałował wody do fontanny.

 

Moja dziatwa na kolejnej fontannie. Tym razem z kaskadowym spadkiem wody. Szkoda, że woda nie leciała, ale nie trudno sobie wyobrazić z jakim to byłoby efektem.

 

 

 

Moja ślubna tak się wściekła brakiem wodnych efektów w zamkowych fontannach, a na domiar złego urwałem się z dziatwą do podziemnych tuneli, że postanowiła mnie zakuć w dyby.

 

 

Oberwało się też synowi...

 

 

I gdzie tu babska solidarność? W dyby trafiła moja najmłodsza córka.

 

    Nic dziwniego, że po takich wrażeniach wolałem wrócić do ośrodka w Zagórzu, aby obserwować napełniajace się wodą jezioro Bystrzyckie. Widać już było napływ wody...

   Trochę żal mi się zrobiło, że nasz pobyt w Zagórzu dobiega końca, ale obiecałem sobie, że za jakiś czas tu wpadniemy. Cóż, urlop nie jest z gumy, a i my pracownicy "budżetówki" nie należymy do krezusów finansowych. Co sobie jednak użyliśmy to nasze...

 

 

komentarze (10) | dodaj komentarz

Wędrówki po Górach Sowich II

poniedziałek, 16 lipca 2007 10:56

 

 

Ośrodek w Zagórzu Śląskim

 

     Na drugi rok pojechaliśmy powtórnie w Góry Sowie, ale już nie do Walimia, ale do Zagórz Śl., niedużej miejscowości nad górnym biegiem Mydlanej Wody, niedaleko Jeziora Bystrzyckiego. Zamieszkaliśmy w ośrodku nad jeziorem w dwu niewielkich domkach kampingowych. Sympatyczna właścicielka przepraszała nas za niezbyt wygodne lokum, gdyż ośrodek był w trakcie modernizacji. Nam to nie przeszkadzało, ale trochę nas zasmuciło, że jezioro dopiero było napełniane i nie można było korzystać ze sprzetu pływajacego.

    Jezioro powstało przez postawienie ogromnej zapory wodnej na Bystrzycy, która od ośrodka znajdowała się ze cztery kilometry drogą asfaltową. Można było do niej dojść krótszą ścieżką nad brzegiem jeziora. Gwoli wyjaśnienia dodam, że ścieżka biegła kilkanaście metrów powyżej lustra wody. Chwilami szło się nad stromym brzegiem, który przypominał skalną przepaść. Zapora pełniła też funkcję mostu dla pieszych.

 

 

Ja z żoną na koronie tamy. Musiała się nieco obawiać, bo przytuliła się do mnie. Być może zdała sobie sprawę na jakie niebezpieczeństwa narażalismy się, idąc na zaporę. Z boku kikuje moja młodsza córka. 

 

 

   

    Muszę dodać, że wcześniej spuszczono wodę z jeziora, aby zrobić miejsce, gdyby ubiegłoroczna powódź miała się powtórzyć. Doskonale to rozumieliśmy i przestaliśmy się złościć o sprzęt wodny. Miałem też plan awaryjny na wypadek nieprzewidzianych trudności. Planowałem wycieczkę do zamku Grodno, posadowionego na dość wysokiej górze, nad zaporę wodną i do zamku w Książu za Wałbrzychem, oraz odwiedzeniu oparu innych miejsc. Zaczęliśmy od zamku.

 

Zdobycie Zamku Grodno

 

    Zamek Grodno był zbudowany prawdopodobnie w 1278 roku przez ksiecia świdnickiego Bolka I jako warownia na strategicznym pasie obronnym przeciwko Czechom. Dokładnej daty powstania warowni nie mozna stwierdzić, gdyż archiwum spłonęło w Dziećmorowicach w 1774 r. Początkowo był drewnianym grodem z poteżnym kamiennym stołbem, ale szybko zmieniono go na murowany zamek. Losy zamku przechodziły liczne koleje. był oblegany, zdobywany, palony i ponownie odbudowywany. Ostatecznie po spladrowaniu w 1945 zaczął niszczeć i popadać w ruine. Od kilku lat prowadzi się tam prace renowacyjne, aby przywrócić mu dawny blask. Prace jednak potrwaja wiele lat.

    Moja drużyna postanowiła zajść zamek czarnym szlakiem, dość stromym i biegnącym miejscami nad głębokini przepaściami. Jednak po czterdziestu minutach marszu stanęliśmy pod murami podzamcza. Tam postanowiłem, że w dwu grupach zajdziemy główną bramę w murach okalających zamek.

 

 

 

Ja z córką Basią opracowujemy plan ataku na bramę.

 

 

Atak się powiódł i już całą drużyną wchodzimy na  dziedziniec zamku. Obrońcy widać stracili ducha bojowego, gdyż otwarli nam skrzydło bramy na oścież.

 

 

Oczywiście, że najpierw obsadziliśmy zamkową studnię, aby odciąć obrońców od wody, aby w razie oporu wziąźć ich pragnieniem.

 

 

Następnie ustawiliśmy działo na dziedzińcu, które wycelowaliśmy na bramę warowni odcinającej, dziedziniec główny, od wewnetrznego. Obrońcy się zawachali...

 

 

Brama w warowni padła i stanęła otworem. Na zdjęciu syn pilnuje abym wszedł na dziedziniec wewnętrzny.

 

 

   Dalej to już była betka. Obrońcy wycofali się na z góry upatrzone pozycje, czyli do budynku kasztelana, Wejście do zamku stanęło otworem, a my weszliśmy na pokoje.

 

 

Darowaliśmy bohaterskim obrońcom życie, ale nie odpuściłem sobie zdjęcia w bohaterskiej pozie przed zamkniętą na cztery spusty bramą do kasztelani. Najważniejsze, że most był nasz, a obrońcy musieli nam zapłacić myto, gdyby szli po wodę (za opłatą oczywiście) do studni na dziedziniec.

 

 

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wędrówki po Górach Sowich

niedziela, 15 lipca 2007 14:03

 

Jak "zaraziłem" się Górami Sowimi

 

 

Panorama Gór Sowich - widok z wieży widokowej na szczycie Wielkiej Sowy

(zdjęcie mojego syna zrobione najtańszym aparatem, który dostałem jako dodatek do zakupu ksiażek) 

 

   

    W 1996 roku zaprosił mnie i moja żonę mój terapeuta z odwyku Waldek,  na coroczny zjazd Trzeźwych Rodzin. Odbywał się on regularnie jesienią w Górach Sowich. waldek mieszkał w nieodległym od nich Dzierżoniowie. Zaproszenie przyjęliśmy.

    Nie ukrywam, że pojechałem tam z radością, gdyż dawno nie widziałem Waldka i nawet nie wiedziałem gdzie przebywa, i czy żyje. On mnie "odnalazł" na pewnym szkoleniu, na które wysłałem jedną z moich pacjentek. Siedzieli przy jednym stoliku i od słowa do sława zgadali się o mnie. Reszta już jest znana...

    Byłem już wtedy na rencie i lekarz kardiolog zabronił mi zbyt forsownych marszów po górach. Kazał wybierać góry niższe i najłagodniejsze szlaki.

    Jednym z żelaznych punktów zlotu był wymarsz na Wielką Sowę - najwyższy szczyt Gór Sowich położonych w Sudetach. Były do wyboru dwie trasy - szlak czarny, czyli krótszy, ale trudny i szlak czerwony, czyli łatwiejszy, ale znacznie dalszy. Wybraliśmy ten łatwiejszy i po dwóch godzinach spaceru z kilkoma odpoczynkami weszliśmy na szczyt. Kto chciał mógł wejść na wieżę widokową i podziwiać panoramę gór. Żona poszła, a ja wolałem podziwiać panoramę z tarasu widokowego.

    Potem zeszliśmy czarnym szlakiem do schroniska "Pod Orłem", gdzie mielismy nocleg i wyżywienie. Na drugi dzień zlot się kończył i wyjeżdżałem pełen wrażeń. Nie tylko po nocnej rozmowie z moim kolegą, ale również dlatego, że zaraziłem się tymi górami. Stały mi się bliskie, gdyż do złudzenia przypominały mi moje ukochane Bieszczady.

    Wtedy nie myślałem, że staną się one celem moich kilku wędrówek, jako pewnej namiastki wojaży po Bieszczadach, do których z przyczyn zdrowotnych nie mogłem jeździć. Nie dlatego, że były one za trudne, ale z uwagi na znaczną odległość i kilkunastogodzinną jazdę dusznym i zatłoczonym pociągiem...

   

Wyprawa rodzinna I

 

   Rok później pojechałem z rodzina w Góry Sowie. Zamieszkaliśmy w schronisku "Pod Orłem", gdzie szef nie robił nam problemów z naszym pieskiem. Sam miał psa więc nas doskonale rozumiał.

    Postanowiliśmy nasz pobyt poświęcić wędrówce po górach. W planie była Wielka Sowa, ale już czarnym szlakiem, gdyż schronisko znajdowało się na szlaku i bliżej szczytu. Nie obawiałem się o rodzinę, a i ja sie dobrze czułem, tak, że nie widziałem przeciwskazań, aby wejść na szczyt. Na drugi dzień była wspaniała pogoda, akurat taka na wedrówkę.

A więc wymarsz

 

 

 

 

Jak to bywa na poczatku wędrówki musieliśmy się upewnić co do kierunku marszruty. Górski drogowskaz pokazał nam właściwy kierunek

 

 

 

Jak powiadaja starzy górale - komu w drogę, temu trampki...Tylko nasz piesek nadal stroił fochy i wypinał się do obiektywu.

 

 

 

Moje dwie córki wyrwały sie na przód, aby nadać żywsze tempo marszowi. Ciekawe jak długo tak pociągną. Pies nadal lekceważył zdjecia i wolał być przy mnie. Co pan to pan...

 

 

 

 

Tak myślałem, że tempo marszu osłabnie, więc musiałem ferajne popedzać kijem. Piesek nadal unika oka obiektywu...

 

 

 

Już niedaleko szczytu. Nawet nasz piesek to czuje i odspuścił sobie fochy i łaskawie stanął przy panu.

 

Żona ucieszona, że to już koniec wędrówki, ale nie wie, że zejdziemy inną i to znacznie dalszą drogą, bo przez Przełęcz Walimską...

 

 

 

Wyżej już się nie da. Tylko dwie córki z synem weszły na wieżę widokową. Widać po ich minie, że widok z niej był wspaniały.

 

Do Walimia

 

    Z Wielkiej Sowy niebieskim szlakiem schodziliśmy do Walimia przez Przełęcz Walimską. Na przełęczy był sezonowy bar, gdzie zjedliśmy sobie po kiełbasce z rusztu i wypiliśmy po kawie. Po czym ruszylismy dalej.

    W okolicy Walimia są sztolnie wykuwane przez więźniów Gross Rosen. Ale o tym później. Jest też wiele nieodkrytych jeszcze wejść do sztolni, bo Góry Sowie skrywają jeszcze wiele tajemnic. Jedno takie "wejście" spotkaliśmy po drodze na skalnej ścianie. Czy było zawalone, albo jeszcze nieskończone, któż to raczy wiedzieć...

 

 

 

Córki i syn na Przełęczy Walimskiej przy kamiennej (chyba jeszcze niedokończonej) kapliczce. Nasz piesek nie zdążył dobiec i ustawić się frontem do obiektywu.

 

 

 

 

Myśleliśmy, że udało nam się odkryć tajemne wejście do sztolni Kompleksu Riese. Nic dziwnego, że wdrapaliśmy się na skałę. Nawet nasza Pinia była ciekawa i zapomniała o swoich fochach.Tym razem nasze nadzieje okazały się płonne. Ale może następnym razem...

  

    Dwa dni przed wyjazdem zaczął padać deszcz. Padał nieprzerwanie. Na szczęście byliśmy umówieni z kierowcą mikrobusika, który po nas przyjechał. Wracaliśmy w strugach deszczu do Wałbrzycha. Woda w przydrożnym potoku wzbierała i miejscami przelewała się przez drogę. Musieliśmy jechać inną trasą, a kierowca powiedział, że szykuje się powódź. Niektóre ulice Wałbrzycha były już zalane.

   We Wrocławiu usłyszeliśmy komunikat, że idzie wielka woda i zaczyna się powódź, ale nikt nie przypuszczał, że za pare dni zaleje i Wrocław. W domu słuchaliśmy komunikatów o powodzi. Ogladaliśmy też migawka z Walimia, który został podtopiony. Odetchneliśmy z ulgą, że w ostaniej chwili zdążyliśmy wyjechać.

     Zaczęła sie powódź stulecia w 1997 roku, która podtopiła też moje miasto i okoliczne wioski. Na szczęście mieszkamy  w wyższej partii Głogowa i dalej od Odry... Widziałem ewakuowanych ludzi, którzy mieszkali w budynku szkoły.... Zaczął się horror....

komentarze (0) | dodaj komentarz

 12  »

poniedziałek, 22 marca 2010

Licznik odwiedzin: 223602

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu ich pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Chociaż urodziłem się w Lesznie w Wielkopolsce, to poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też i odrobina mojej zasługi, gdyż byłem w opozycji od 1970 roku. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...Mam nawet swoje miejsce w Wikipedii. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jes...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, bedą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi..., albowiem oni dosiągną królestwa Bożego. Góry, wycieczki, ciekawe miejsca, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 19.03.2010 9:59:46
  • autor: hurghada35
  • treść: Byłam , zobaczyłam z...

Statystyki

Odwiedziny: 223602
Wpisy
  • liczba: 300
  • komentarze: 4847
Księga gości: 153
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 1056 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 05.03.2010 4:52:56
  • autor: ana1807
  • punkty: 100
  • treść: :)))...