Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 823 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Dla Acani Halszki

wtorek, 28 czerwca 2011 8:58

     Możemy sobie Halszko podyskutować o powodach picia alkoholu, nawet, że "Alkohol jest zgubą ludzkości", jednak nie zmieni to mojej wiedzy i doświadczenia w tej materii. A mam je z autopsji. Jednak nie jestem osobistym wrogiem alkoholu, bo on dla mnie od 28 lat nie istnieje. Bo ja po prostu nie piję. Alkohol wymyślili ludzie dla ludzi..., ale mądrych.*

      DLACZEGO ? **

   Często się zastanawiałem, dlaczego przez wiele lat miałem poważny problem z alkoholem.  Do tego miałem jeszcze ułańską fantazję po kielichu. Na szczęście moja fantazja nie była z pogranicza patologii. Różne wygłupy  robiłem, płaciłem nawet jakieś śmieszne mandaty „za niemanie”. Miałem nawet jakieś zaoczne kolegium  "za wywołanie zgorszenia publicznego”, bo tak napisali milicjanci, którzy mnie zmorzonego podróżą i piwem obudzili o trzeciej nad ranem przy stoliku w dworcowej poczekalni w Gorzowie. Wtedy jeszcze dawano wiarę takim naciąganym zarzutom, a tacy pechowcy jak ja, wzbogacali ubogi skarb państwa. Po latach myślałem nawet, by zwrócić się do nowych władz o jakieś odznaczenie za patriotyzm i finansowe wspieranie kraju. Jednak nigdy nie zrobiłem niczego, co by mi przeszkadzało patrzeć na siebie w lustrze, ale paru rzeczy się jednak wstydzę. Kilka bliskich mi osób też w tamtym okresie z mojego powodu płakało.

      Rozmawiałem kiedyś o tym z moim kolegą, który też był terapeutą pracującym z alkoholikami. On również nie potrafił mi powiedzieć dlaczego tylko ja jeden miałem problem z alkoholem, a moja najbliższa rodzina nie miała, jednak zwrócił mi wówczas uwagę, że jestem zbyt wrażliwy, że w trudnych sytuacjach staram się wycofywać, a nie walczyć o swoje, że jestem takim, który przeprasza że żyje. No i na dodatek byłem podatny na uzależnienie. 

    (...) Przez długi czas pracowałem nad poprawą swojego zachowania, przeżywania swoich uczuć i emocji, nad zdobywaniem większej pewności siebie i większego poczucia własnej wartości. Pracowałem – by już nigdy nie sięgać po alkohol w sytuacjach stresowych - gdyż jest to sposób zawodny i chory. W taki właśnie sposób zareagowałem kiedyś na zerwanie z moją dziewczyną, której zdradę zapijałem przez wiele tygodni. Teraz wiem, że alkohol był tylko środkiem na uśmierzenie psychicznego bólu, a nie narzędziem na jego rozwiązanie. Gdy ta prosta prawda dotarła do mnie, zacząłem sobie przypominać więcej takich sytuacji w których czułem się bezradny i wspierałem się alkoholem. Jednak przez wiele lat uważałem, że na frasunek dobry trunek - choć to przecież sposób idiotów i słabeuszy.

   Nie piję już 28 lat, podobnie jak mój kolega, który lubi wysłuchiwać moje alkoholowe historyjki. Początkowo obawiałem się, że  skrytykuje mój żartobliwy stosunek do alkoholu. Przecież moje wspomnienia   nieświadomie stawały się apoteozą  alkoholowych przygód i samego picia.  Kolega mnie uspokoił i powiedział, że bardzo wielu jego pacjentów w taki sam sposób żegna się z alkoholem. Swoją drogą, mój kumpel, który otwarcie przyznaje się do swojej choroby alkoholowej, też na wesoło wspomina swoje lata picia. Tak już niestety jest, że część alkoholików żegna się z alkoholem na wesoło, a część na smutno i opowiada jakieś niesamowite werystyczne historie ze swojego „piciorysu”. Bo jak powiada mój uczony kolega – życiorys mają ludzie wolni od nałogu, a alkoholicy, lub pijący tylko piciorys.

   (...) Dobrze, że kiedyś mój terapeuta w niezbyt parlamentarny sposób i przy użyciu słów, które nie nadają się do druku, sprowadził mnie na ziemię i otworzył mi oczy na mój problem. Długo jednak nie mogłem pojąć różnicy miedzy alkoholikiem, a pijakiem. Przecież oboje piją tak samo i podobnie się zachowują. Kolega mi wtedy powiedział o tej subtelnej różnicy, że alkoholik pije, bo musi, a pijak pije, bo chce. Oraz to, że alkoholicy chcą przestać pić, ale nie mogą, a pijacy mogą przestać, ale nie chcą. Alkoholik musi poddać się długotrwałej terapii, aby zerwać z alkoholem, a pijakowi wystarczy mocno przypierdolić, aby się obudził.

   (...) Dobrze jednak się stało, że wygrałem z alkoholem i nauczyłem się żyć bez niego, oraz cieszyć się życiem. Te magiczne słowa -„carpe diem” – czyli – chwytaj dzień, ale bez alkoholu, dźwięczą mi w uszach, gdy tylko pomyślę sobie o wypiciu. Żyjąc na trzeźwo rozbudziłem zahibernowane alkoholem moje zainteresowania i predyspozycje, od nowa odkryłem radość z obserwowania i podziwiania piękna przyrody. Przecież ojciec często pokazywał mi różne cuda – wiszące gniazda nad wodą, kolorowe ptaki, kolory pór roku, a ja o tym  przez alkohol zapomniałem.

 

* 20% pijących alkohol uzależni się od niego i to bez zgody na uzależnienie, ale o tym nie wie. Walka z alkoholem, który jest od zarania ludzkości społecznie akceptowanym "upiększczem życia", nie ma sensu i jest z góry skazana na porażkę (casus amerykanskiej prohibicji i nie tylko).

** Jest to fragment z mojej pierwszej książki "Wędrowiec czyli skrzydlata dusza" , czyli o mnie i moim życiu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Bogdanowi, który odszedł...

czwartek, 23 czerwca 2011 10:46

    To fragment mojej książki "Skazany na Uherce", poświęcony pamięci mojego bieszczadzkiego kumpla Bogusia, który kilka dni temu i stanowczo zbyt szybko odszedł na "Niebieskie Połoniny". Oj spotkasz tam Bogdan swoich dawnych kumpli. Szkoda, że nie zdążyliśmy się spotkać po wielu latach, co planowalem w tym roku.

     Bogdan  

    Był on naszym opiekunem w pracy. Miał etat gajowego, choć z zawodu nie był leśnikiem. Fuchę dostał z rekomendacji swojego szwagra, który był zastępcą nadleśniczego. Boguś w niczym nie przypominał szwagra. Gdy ten był statecznym inżynierem, dobrym fachowcem, organizatorem i głową rodziny, tak Boguś był jego zupełnym zaprzeczeniem. Takim odmieńcem, który za kołnierz nie wylewał. Rodzice, tradycyjni mieszczanie, mieli widocznie serdecznie dość pijackich ekscesów synalka, który w żadnej pracy nie mógł się utrzymać dłużej niż do pierwszej wypłaty. Postanowili więc wysłać go w odległy koniec Polski, w kompletne zadupie, jakim w ich mniemaniu były Bieszczady. Tak oto nasz bohater trafił do krainy wilków, żubrów, niedźwiedzi i różnych rozbitków życiowych, jakich w tamtym okresie w Bieszczadach nie brakowało.

    Boże mój, kogo tam nie spotkałem – łowców przygód, niepoprawnych romantyków i marzycieli, spełnionych i niedoszłych artystów, alimenciarzy ściganych przez komorników, drobnych przestępców ukrywających się przed milicją, większych i mniejszych pijaczków, niebieskich ptaków, hipisów, nieudaczników. Nie brakowało też niedorobionych lekarzy i felczerów, którzy w swoich dniach trzeźwości służyli bieszczadzkiej braci swą wiedzą medyczną i tajemną. Oczywiście nie brakowało również ludzi uczciwych i pracowitych, a byli oni w zdecydowanej większości. Należy pamiętać, że były to pionierskie czasy „Jędrka Połoniny” – rzeźbiarza, malarza, poety samouka, trampa, sympatycznego włóczęgi, przyjaciela wszystkich miłośników trunków i balang przy bieszczadzkiej watrze.

   W takich warunkach nasz świeżo upieczony gajowy musiał się odnaleźć, a że był wesołym birbantem, bratem łatą, co to od razu przechodzi na „ty”, więc  szybko zdobył zaufanie i szacunek leśnych ludzi.

   My też jego polubiliśmy, gdyż co jak co, ale dyscypliny pracy to on nie przestrzegał. Wyznawał zasadę, że jak ktoś chce żyć, to musi dać żyć innym. Rzadko się u niego napracowaliśmy, gdyż często bywał na mniejszej lub większej bani, co znowu nie było niczym niezwykłym w Bieszczadach i nie gonił nas zbytnio do pracy. Często myliły mu się nazwy miejsc, gdzie mieliśmy pracować i zamiast na Wańkowy Dział, zaprowadził nas na Hulskie, zamiast na Rajskie, to na Rosolin, bo nazwy podobne i na „R”.  Kiedyś mieliśmy wycinać krzewy i olchy pod stokówkę na Tworylnym, to on w swojej ułańskiej fantazji zaprowadził nas pod Wołkowyję. Nim się połapał, że coś nie tak,  minęło pół dnia. Byłby tak nas prowadzał po całych Bieszczadach, gdyby  leśniczy się nie wkurzył.

(...) Przez jakiś czas  Boguś stał się łowieckim pomocnikiem, który dozorował budowy paśników, uprawy poletek z ziemniakami i czarną rzepą dla dzików, które przecież musiały gdzieś buchtować, aby nie paść z głodu. Zimą zajmował się dla odmiany zaopatrzeniem zwierzyny w pokarm. Pod jego komendą woziliśmy po paśnikach siano, szarą sól do lizania, ziemniaki, buraki i inne wiktuały dla dzikiej zwierzyny. Wydawało się, że tu już niczego nasz Boguś nie spieprzy, ale były to płonne nadzieje coraz bardziej załamanego szwagra. Nie ma się czemu dziwić, gdyż jego krewniak często w pijanym widzie mylił paśniki i zamiast soli dla saren, nawiózł siana dla dzików, a ziemniakami i burakami, czy czarną rzepą usiłował dokarmiać jelonki. Całe szczęście, że Bogdan w swoim twórczym zapale nie pokrzyżował gatunków i nie zmienił odwiecznych zwyczajów bieszczadzkiej fauny. Jednak głodne zwierzątka musiały niezłego kręćka dostać, gdy szukały swoich paśników, w których Bogdan zmieniał ciągle menu. Zdezorientowane zwierzęta zmieniały swoje odwieczne szlaki, jelenie rykowiska, dziki, lochy i warchlaki buchtowiska, ptaki swoje miejsca lęgowe, gdy Bogdanowi popierniczyły się budki i paśniki. Tylko wilki i rysie wędrowały swoimi ścieżkami mając w głębokim poważaniu jego kulinarne zabiegi. Gdyby żubry nie miały swoich ogrodzonych miejsc i fachowej obsługi, to na pewno uciekłyby do puszczy Białowieskiej. To wszystko spowodowało, że nad głową „opiekuna” i „przyjaciela”  zwierząt, gromadziły się czarne, bieszczadzkie chmury.

   Czara goryczy  nadleśniczego przelała się gdy robiliśmy papierówkę w lesie za Czarną. Przyjechaliśmy na miejsce naszą „suką”, po czym traktorzysta pojechał do Lutowisk, aby wykonać w nadleśnictwie jakieś prace. Na fajrant miał nas zabrać do ośrodka. Nasz powrót miał dopilnować „wypożyczony” na tę okazję  Bogdan, który może i miał szczere zamiary, ale jak zwykle coś mu się popieprzyło. Zamiast nam towarzyszyć w robocie, szybko go ona znudziła, bo ile czasu można patrzyć na sypiące się spod ośnika wióry. A, że go trochę suszyło, co było nieubłaganą konsekwencją syndromu dnia wczorajszego, nasz opiekun wyskoczył do gospody w Czarnej na kufelek piwa. Jego wizyta w gospodzie trochę się przedłużyła, a że był już pod dobra datą, zapomniał o naszej brygadzie. Gamoniowaty traktorzysta w nawale pracy też zapomniał zatrzymać się koło naszego lasu, więc zostaliśmy  jak te opuszczone sieroty na skraju lasu. Gdy słońce chowało się już za Otryt, a pomoc nie nadchodziła, doszedłem do wniosku, że o nas zapomniano. Dałem komendę do wymarszu i dziarskim krokiem szliśmy w kierunku ośrodka. Po paru godzinach doszliśmy do celu. Tam czekał na nas dyżurny klawisz, który wydał nam spóźniony obiad i kolację. Do snu ułożyliśmy się o pierwszej w nocy. Całe szczęście, że była to sobota i nie musieliśmy wcześnie wstawać do pracy. 

(...) Był to już niestety ostatni numer naszego gajowego Bogdana, który nie tylko mylił paśniki, ale gubił kierunki marszruty, miejsca pracy i ludzi.

                           *

 

   Na wiosnę wkurzony szwagier umieścił go jako opiekuna wodnej przystani nadleśnictwa w malowniczym zakątku odnogi zalewu Solińskiego . Tam już nie musiał za nikogo odpowiadać, bo sam był sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Na przystani był spory hangar na kajaki i łodzie, oraz parę żaglówek. On miał się tym sprzętem wodnym opiekować i konserwować na zimę. Nikt nie wierzył, że Bogdan zostanie wodniakiem, ale o  dziwo – on odnalazł się w tej pracy jak mało kto. Ograniczył picie do minimum. Wraz z paroma więźniami wyremontował pływający pomost na specjalnych pływakach,  który na zimę można było wyciągnąć na ląd. W hangarze wydzielił pomieszczenie noclegowe i zbudował kilka piętrowych prycz, gdzie zabłąkani żeglarze i turyści mogli się przespać. Nie był to co prawda hotel Hilton, ale jak na warunki bieszczadzkie koje noclegowe były całkiem przyzwoite. Tak oto nasz Boguś przekształcił zwykłą przystań w sympatyczną stanicę wodną o nazwie „Pod Brzęczącymi Trzmielami”. Muszę uczciwie przyznać, że Bieszczady w końcu zrobiły z niego człowieka. Z czasem zdobył uznanie i zyskał sławę leśnego wodniaka. Tylko dzika zwierzyna, pomna wcześniejszych dokonań swego opiekuna, szerokim łukiem omijała leśną przystań.

    Rok po wyjściu na wolność  odwiedziłem go w tej stanicy, gdzie zapuścił już korzenie...

                          *

  

                                     *

     Z zakapiorskim pożegnaniem Bogdan.... Szkoda, że nie pisane Ci było pozostanie w Bieszczadzie do końca i opuściłeś te malownicze miejsce. Jednak córka Twoja w nich pozostała,


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

XVII GKL i...

niedziela, 19 czerwca 2011 13:14

   Na razie zawieszam dyskusję o wolności, a to za sprawą XVII Głogowskich Konfrontacji Literackich, które są bliskie memu sercu i w których uczestniczę od lat.

    Konfrontacje zawsze były dla mnie ważnym przeżyciem duchowym, podobnie jak i w tym roku. Program był bogaty i każdy mógł coś dla siebie wybrać. Ja nie chodziłem na warsztaty literackie, gdyż nie jestem poetą, jeno skromnym prozaikiem i dlatego te ciekawe zajęcia pozostawiłem dla młodych adeptów poetyckiego pióra. Nie brałem też udziału (z racji wieku i zdrowotności) w meczu towarzyskim - członkowie GKL - kontra Starostwo Powiatowe - wygrali zawodnicy GKL. Brałem natomiast udział w ciekawych wykładach, spotkaniach autorskich, oglądałem ciekawy spektakl grupy teatralnej młodych aktorów z Głogowa "Casting w ciemno", którego scenarzystą i reżyserem był mój kolega Piotr Mosoń. Nie zbrakło mnie również na ogłoszeniu wyników konkursów literackich w trzech kategoriach - szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły średnie, oraz dorośli. Było więc co oglądać przez dwa dni.

                          *

Wykład Marcina Jerzynka z Uniwersytetu Zielonogórskiego - "Językowy opis świata w esejach Zbigniewa Herberta". Wykład był bardzo ciekawy, bo i prowadzony był w formie konwersatoryjnej, gdzie każdy mógł w dowolnym momencie zadać pytanie, czy podzielić się z własnym postrzeganiem Herberta i jego twórczości.

                         *

Perełką wieczoru było niewątpliwie spotkanie autorskie z Januszem Głowackim (kim jest nie muszę chyba pisać), którego zaprosiła i zapowiedziała sympatyczna dyrektor Biblioteki Publicznej - Izabela Owczarek. No i sama go odebrała z lotniska w Wrocławiu i bezpiecznie dowiozła na miejsce.

                          *

 Piotr Mosoń usiłował pognębić pisarza i "utopić go w powodzi pytań", ale pan Janusz zaprawiony w takich bojach i choć deczko zmęczony, odpowiadał ze swadą i właściwym sobie ironiczo-poważnym tonie postrzegania siebie i świata. Było super.

                         *

Po spotkaniu ustawiła się kolejka po dedykacje i autografy, w której i ja niecierpliwie stałem, a moja koleżnka Basia - znany głogowski fotografik, pstryknęła mi fotki moim aparatem. Dziękuję Ci Basiu.

                         *

        

Wreszcie się doczekałem, zdobyłem dedykację z autografem pana Janusza, a nawet chwileczkę porozmawiałem o książce, którą mi podpisywał. Mam ich wiele, ale wybrałem do podpisu "Z głowy", która jest mi z wielu powodów najbliższa.

     I tak późnym wieczorem minął pierwszy dzień konfrontacji.

                         *

A to już dzień drugi, czyli spotkanie z poetą i krytykiem literackim Karolem Maliszewskim, które jak zwykle w fajnym stylu prowadził głogowski poeta - Krzysztof Jeleń. Oj było co podziwiać i posłuchać.

                            *

A to już recytacja wierszy Karola Maliszewskiego w wykonaniu przesympatycznych aktorów z głogowskiej grupy teatralnej Klubu Batalionowego. Sam poeta był wzruszony, bo co innego samemu czytać swoje wiersze, a co innego je usłyszeć z innych ust. Nawet z ust profesjonalistów.

      

                       Emilia

                         *

       

                      Tomek

                         *

     

                      Dagmara      

                        *

  

       Tomek, Kinga i Dagmara w akcji na scenie.

A to już spektakl młodych aktorów głogowskich "Casting w ciemno". Oj działo się działo, a młodzi i zdolni aktorzy wypruwali sobie żyły, aby było i straszno i śmieszno. Muszę przyznać, że mają talent i wróżę im karierę na scenie w przyszłości. Bo co do talentu reżysersko-scenograficznego Piotrka Mosonia nigdy nie wątpiłem. Jeno nam jakoś te prawko jazdy się opóźnia, a wystartowaliśmy bez mała w tym samym czasie.

     Ogłoszenie wyników konkursów literackich zawsze budzi wiele emocji i dlatego wolałem patrzeć z boku. Gratuluję zwycięzcom, bo razem z nimi przeżywałem ich radość. Mam nieco doświadczenia w tych sprawach, gdyż kiedyś sam podobne nagrody i wyróżnienia odbierałem, i wiem jakie to wspaniałe uczucie i emocje zarazem.

                           *

        

Almanach twórczości internetowej. Wydało go dziesięciu przyjaciół, którzy się skrzyknęli w internecie i... Wychodzi na to, że internet jest nie tylko "śmietnikiem", ale służy również kulturze i propagowaniu poezji. Oczywiście wszyscy poeci tego tomiku byli na konfrontacjach, a nawet pięć autografów zdobyłem. Niestety, nim zdobyłem tomik od Piotrka, to pięciu autorów już wybyło, aby się przygotować na pożegnalne ognisko.

    Teraz uzbrajam się w cierpliwość i czekam kolejny rok, aby uczestniczyć po raz enty w duchowej uczcie. No i nasze Głogowskie Konfrontacje Lierackie osiągną pełną dojrzałość, czyli wejdą w magiczny wiek dorosłości 18 lat. Mam też nadzieję, a nawet pewność, że na kolejne konfrontacje przyjedziemy z Piotrkiem własnymi samochodami, jako pełnoprawni kierowcy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

Ta nasza młodość czyli...

czwartek, 16 czerwca 2011 15:12

                Nasze postrzeganie wolności

    Ale się wywiązała sympatyczna dyskusja na temat naszego postrzegania WOLNOŚCI w PRL i w obecnej Najjaśnieszej III RP. I o dziwo, wzorem mądrego rabina uroczyście oświadczam, że wszyscy mamy rację. Mamy, gdyż postrzegamy ją przez pryzmat swoich własnych doświadczeń młodości i obecnej dojrzałości.

    Jednak oświadczam, że nigdy nie potępiałem w czambuł PRL, bo to była też i moja Polska, a innej wówczas nie miałem. Nigdy nie mówiłem, że wszystko w niej było do dupy, bo byłbym zakłamanym karłem typu Jaro Kaki i inne oszołomy. A nie jestem, bo sam ich widok wywołuje we mnie odruch wymiotny.

    Moi kochani, ja też pamiętam przedszkole, kolonie, półkolonie, obozy harcerskie, wędrowne, a nawet instruktorskie. Doskonale pamiętam własne wypady z namiotem na biwaki i podróże auto stopem. Poznałem wtedy Polskę, piękne miejsca i wiele zabytków. Zaznałem również niezawinionej biedy i wiem co to znaczy być głodnym, albo posilać się chlebem z cukrem, margaryną, czy smalcem, bo parówka i bułka z masłem były na niedzielę. Nigdy też, dzięki zapobiegliwości mamy nie chodziłem brudny i obdarty, ba, byłem nawet modnie ubrany, gdyż mama umiała fajnie szyć i zawsze potrafiła przerobić stare na nowe. W młodości sam się nauczyłem szyć i już sam dbałem o to, aby być modnie i szykownie ubranym. Bo i też niemieckie żurnale przychodziły od czasu do czasu razem z "grosepaką" z NRF. (Tak porozbiorowa historia porozsadzała naszą rodzinę).

     Masz rację Jędruś, że przepuściłem (na raty) dużego Fita i garaż przez "beret", bo należałem do tych zbuntowanych i niepokornych, którzy walczyli, klnęli, płakali i pili z bezsilnej rozpaczy. Nawet gdybym kasy nie przepił, to i tak bym nie dostał talonu, czy asygnaty na samochód, bo byłem z tch, co to "nie wicie i nierozumicie". Więzienie, pozbawienie praw publicznych i honorowych zabrało mi szansę na awans, pracę na kierowniczych stanowiskach, ale na szczęście nie pozbawiło dość przyzwoitych zarobków. Będąc skazanym na przedpłaty, nigdy bym, nawet nie dając w beret, nie uskładał tej sumy na nowy samochód, bo cena rosła w postępie geometrycznym. Wiesz dobrze Jedruś, że wtedy używany samochód był droższy od tego na talon, czy asygnatę, czyli i ta droga odpadała. Dlatego się z Tobą nie zgadzam. Starałem się jakoś żyć w PRL, ale bez zgniłych kompromisów z komuną i dlatego miałem przechlapane i najczęściej pod górkę. Bo i, a była to kwestia wychowania (akowska rodzina), nie kochałem komuny, która z Polską miała tyle wspólnego, co krzesło empire z krzesłem elektrycznym. Komuna to wymysł Lenina i jego konfratrów, która przez "towarzyszy" radzieckich próbowała się na dobre zaflancować w Polsce, ale z mizernym skutkiem, aczkolwiek wielu Polaków zapłaciło za to głową, bądź wieloletnimi więzieniami i torturami. A więc do kurwy nędzy oddzielmy naszą biedną Polskę, od systemu politycznego, którego nie trawiłem i który przegrał na całej lini, nawet w byłym ZSRR. Jeśli ktoś za nim tęskni, to Kuba, Białoruś i Korea Pn. stoją "gościnnym" otworem.

                           *

       

     Mam żal do komuny, że zabrała mi możliwość pisania zgodnie z własnym sumieniem, bo pod diktowkę nie potrafiłem. III RP dała mi taką szansę, ale byłem już za stary, aby zostać (wyścig szczurów) dziennikarzem. Jednak jako publicysta byłem drukowany w wielu dziennikach, tygodnikach, miesięcznikach, a nawet raz, czy dwa razy w Wyborczej. Za komuny mogłem pisać książki, ale do szuflady, bo... szkoda nawet gadać.

     Na koniec dodam, że macie rację, iż obecna Polska nie jest wspaniała, wymarzona i nie spełnia naszych oczekiwań, bo wielu politykierów to hołata i moralna gołota, więc po nich trudno się dobrobytu spodziewać. Jednak to my, naszymi głosami ich sobie wybraliśmy. A kto nie chodził na wybory, ten niech nie pierdoli głupot i niech nie narzeka. Jednak obecnie mam szansę kierować na trzeźwo swoim życiem, mieć realne marzenia, które powoli realizuję, mogę sobie dorabiać do emerytury, a tym samym żyć finasowo bezpiecznie. Mogę też patrzeć na siebie bez obrzydzenia w lustro, bo nie biorę udziału w wyścigu szczurów i nikogo nie niszczę. Uprawiam wolny (na szczęście) zawód, w którym liczy się doświadczenie, umiejętności, a tym samym nikt nie patrzy na moje lata, bo i te pracują na moją korzyść.

     Współczuje tym, którzy sobie nie dają rady w kapitaliźmie i staram się im pomagać, ale mam w dupie tych, co mając szansę (ja takiej nie miałem)* na wyjście na prostą, wolą nadal zalewać ryło i żyć na nasz koszt z zapomóg i zasiłków.

     Kochani, życie w demokracji i korzystanie z WOLNOŚCI, to umiejętność stawiania sobie granic, których uczciwy i przyzwoity Człowiek nigdy nie przekroczy. I nawet, gdy prawo dopuszcza, zawsze pozostaje sumienie (Seneka). Korzystajmy więc z wolności słowa i dyskutujmy, bo można, czego efektem są Wasze wpisy, pisać z kulturą i sympatią. Bo MY jesteśmy z tych, którzy potrafią stawiać granice swojej wolności, aczkolwiek zdarza mi się użyć zbyt mocnego słowa, wiedząc, że i takie są potrzebne do zaakcentowania swobodnej myśli.

                          *

 

A to motto dla miłych Pań, ale dla rozweselenia, a nie do stosowania.

     Jednak wierzę i jestem o tym przekonany, że socjolodzy i psycholodzy mają rację mówiąc: My nie tęsknimy za szarym PRL i naszą "małą stabilizacją", ale za naszą młodością, która już se ne vrati. Pamiętajmy, że pamięć ludzka ma to do siebie, że wypiera rzeczy smutne i złe, na te weselsze i przyjemniejsze. Dlatego już bym nie zamieniał III RP, na dawny PRL, w którym władza (jeden związek zawodowy i PZPR) decydowała co mamy czytać, jakie filmy oglądać, co nam powiedzieć i na jakie kolonie, obozy, czy wczasy nas wysłać. Nie zamieniłbym, bo moja pamięć wielu smutnych rzeczy, sytuacji i ówczesnego draństwa władzy nie wyparła. Teraz jestem sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, kowalem własnego losu i grabarzem swojego żywota. I niech tak pozostanie. Bo "wolę wolności kęsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki". No i ch... (to po zakapiorsku).

 

* dlaczego nie miałem takiej szansy opisałem w swoich książkach, a gdy się tylko pojawiła, to z niej skorzystałem, a tym samym stałem się wolnym i przyzwoitym czlowiekiem. Bo gdybym był inny, to już dawno bym wrócił do "dawania w beret".

                            *

Dostałem wiadomość, że umarł mój kumpel z Bieszczadów. Opisałem go w książce "Skazany na Uherce".

Niech ci Boguś Niebieskie Połoniny staną się nowym domem. Pozostał mi jeno żal... jeno żal i wspomnienia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

EASY RIDER*

niedziela, 12 czerwca 2011 10:21

   Mojżesz, który miał wzięcie u Pana Boga, wyprowadził swój żydowski lud z egipskiej niewoli. Ponoć Żydzi (my też) są narodem wybranym i dlatego Najwyższy dał im Ziemię Obiecaną, do której stary Mojżesz ich zaprowadził. Jednak Bóg wiedział co robi i dlatego Mojżesz ciągał swój lud umiłowany czterdzieści lat po pustyni. Wybrańcy mieli chwile zwątpienia, słabości, cierpieli głód i niedostatek, ale w końcu doszli do Ziemi Obiecanej, która była krainą mlekiem i miodem płynącą. Co ciekawe, doszli do niej jedynie ci, którzy urodzili się w czasie czterdziestoletniej tułaczki. Nawet stary Żyd Mojżesz, mimo, że Boga miłował jak mało kto, nie wszedł do niej, a jedynie zobaczył ją z góry i wyzionął ducha. Czyli przeniósł się na łono Abrahama. Tyle można wyczytać z Biblii z Księgi Wyjścia.

     Dlaczego Bóg kazał wędrować swemu wybranemu ludowi przez czterdzieści lat i czekać aż wymrą wszyscy zrodzeni w niewoli? Przecież Bóg jest sprawiedliwy i miłosierny, a taki numer wyciął swoim wybrańcom. Ano wyciął, gdyż dając Żydom wolność w ich nowej ziemi, wiedział, że nowe państwo, nowy, sprawiedliwy ład mogą budować jedynie ludzie WOLNI, a nie zniewoleni w egipskiej niewoli i obarczeni syndromem niewolnika.

    I to kochana Alenko niech będzie kwintesencją naszych nocnych Polaków rozmów na werandzie Twojego Bukowego, Twojej Ziemi Obiecanej. Dlatego miła Zakapiorko nadal twierdzę, że obecna Polska, choć jest w niej jak jest, że wiele w niej biedy i niegodziwości, powszechnego oszołomstwa polityków, i urzędasów, to jest dla mnie Ziemią Obiecaną. Ziemią lepszą od PRL**, czyli krainy "powszechnej" równości, państwa, które 45 lat kroczyło do świetlanej przyszłości, a weszło w maliny. Komuna była fatalnym ustrojem, którą rządził mierny,bierny, ale wierny partyjny aktyw i zastrachani przydupasy, którzy bali się głośno pierdnąc bez zezwolenia jakiegoś sekretarzyny z POP-u, że o wyższych towarzyszach aparatczykach nie wspomnę. Niektórzy w tym "dobrobycie" protestowali i brali w dziub, bo większość starała się jakoś w niej żyć. Mniej lub bardziej godnie, ale jakoś żyć. Choć nie brakowało i takich, którzy klnęli, płakali i dawali sobie w beret w rozpaczy, płacąc za to alkoholizmem.

    Demokracja to zły ustrój, ale lepszego nikt do tej pory nie wymyślił (słowa Churchila). Dlatego wolę obecną Polskę, aczkolwiek nie jest tą wymarzoną, tą o którą walczyłem. Nie jest, gdyż tworzą ją ludzie zniewoleni przez komunę, ludzie obarczeni syndromem raba, syndromem Spartakusa, który nie potrafił zagospodarować wywalczonej wolności.

    Mam świadomość, że nigdy nie doczekam tej wymarzonej, sprawiedliwej, obywatelskiej i wolnej od wszelkich  "izmów"  Polski  z mądrymi politykami i kompetentnymi urzędnikami. Nie doczekam, gdyż z uwagi na swoje lata, bo jestem dużo starszy od pozostałych zniewolonych komuną homo sovietikusów. Nową i lepszą Polskę zbudują jedynie ludzie prawdziwie wolni, tacy jak nasze wnuki zrodzone w nowej, wolnej Polsce.

     Ale i tak cieszę się z wolności i demokracji w której możemy sobie pisać swoje blogi, możemy publikować w prasie, występować w massmediach, mówić i pisać mądrze, albo  pleść głupoty i niesamowite androny. I dlatego kochana Alenko Zakapiorko kocham ten "ciekawy" kraj i chwalę go za to, że żyje mi się teraz znacznie lepiej. W komunie nigdy bym sobie nie kupił samochodu, nie wykupił za grosze mieszkania, nie miał internetu, etc... W komunie nie miałem wolności słowa, a gdy napisałem jeden artykuł i zaniosłem go do redakcji, to naczelny podarł go z obłędem w oczach i puścił ze strachu bąka, gdy mu pokazywalem zapis w Konstytucji PRL o "wolności" słowa. W PRL-u nie kupiłabyś Alenko swojego Bukowego w Bieszczadach, Twojej arkadii, idaho, Twojej Ziemi Obiecanej. Nie byłoby Bukowego, bo jako mieszkająca w Niemczech, byłabyś poza nawiasem "zdrowej tkanki" narodu, czyli wrzodem na zdrowej dupie komuny. A gdybyś pozostała w Polsce, to nie miałabyś kasy, aby Bukowe kupić. Pomijam drobną przeszkodę, że wtedy nie można było mieć dwóch mieszkań. No, chyba, że byłabyś pierwszym sekretarzem KW, co raczej było niemozliwe.

    Dlatego piszmy, krytykujmy idiotów, piętnujmy oszołomstwo, wszelkie niegodziwości ELYT i urzędasów. Róbmy to wierząc, że robimy to dla naszych wnuków i prawnuków, naszych potomnych, którym jest pisane lepsze państwo i wygodniejsze życie. Życie w którym będą kowalami swojego losu i grabarzami swojego żywota. I dlatego róbmy swoje i wyzbywajmy się syndromu zniewolonego niewolnika. Dlatego Was wszystkich szanuję i lubię, ale oświadczam, że nigdzie na świecie nie ma i nie będzie państwa powszechnej równości i zamożności społecznej. Psychologia człowieka na to nie pozwoli. I może dlatego właśnie Świadkowie Jehowy wierzą w swoje Królestwo Boże, gdzie będzie powszechna równość, miłość i braterstwo, a i to jedynie dla wybranych 144 tysięcy, bo cała reszta w białych szatach z palmami w rękach będzie wołać o lepsze zbawienie do Boga naszego, zasiadającego na tronie (Ap. 7,4-10).

                        *

     

A to moje "serduszko miłości" dla bezdusznych urzędasów i skretyniałych politykierów obarczonych syndromem komuny.

                         *

* Easy Rider (swobodny jeździec) to moje  felietonowe pseudo, pod którym sobie używałem po upadku komuny.

To też  nazwa mojego zamkniętego blogu podanego w moich ulubionych.

**  nie wszystko w PRL było złe i dlatego mam lewicowe inklinacje, a "czerwonym" braciom dziękuję, że poasadzili mnie w Bieszczadach, gdy im pokazalem wała i serduszko jak wyżej. Bo Bieszczady kocham do dziś...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 916  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490916
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości