Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 823 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

XX - lecie Klubu Abstynenta "Skarbnik" w Głogowie

czwartek, 26 czerwca 2008 17:45

Trochę historii 

*

    W marcu 1984 r. został zapoczatkowany Ruch Trzeźwości w Głogowie. Trzech byłych pacjentów oddziału odwykowego w Złotoryi i rozbitków życiowych - Michał Cimek, Władek Spaliński i Tadek Wiśniewski po uzyskaniu zgody władz miasta i Społecznego Komitetu Przeciwalkoholowego założyli pierwszy Klub Aktywnego Abstynenta "Alternatywa" w Głogowie. Klub ostro działał, a jedną z jego inicjatyw było tworzenie Komórek Trzeźwości w zakładach pracy. Pierwsza komórka powstała w Hucie Miedzi Głogów, a kolejna w Zakładach Górniczych Rudna. Powstała też w nim pierwsza Grupa AA "Ogniwo". Klub się rozrastał więc postanowiono, że na bazie Komórki Trzeźwości ZG Rudna powstanie kolejny klub, który przejmie część członków i Grupę AA. I tak się zaczęło...

     Klub Abstynenta "Skarbnik" został wprowadzony na zakład pracy przez ówczesnego dyrektora Zakładów Górniczych "Sieroszowice" 24 czerwca 1988 r. a faktyczną dzialalność podjął 27 czerwca 1988 r. Korzystał on z pomieszczeń w suterynie Hotelu Robotniczego "Lipsk". Pierwszym prezezesem był założyciel grupy AA Jan Frankiewicz, a pomagał mu Władysław Dudzic, który nadal prowadził grupę AA "Ogniwo" i pomagał Jasiowi w działalności klubu. Opiekunem i pierwszym terapeutą klubu był dr psycholog Jerzy Herberger. Klub został członkiem federacji Klubów Abstynenckich w Polsce i prowadził swoją działalność statutową na rzecz trzeźwego stylu życia - spartakiady sportowe, wyjazdy wakacyjne, bale abstynenckie, spotkania kabaretowe, a co najważniejsze - uroczyste Rocznice Abstynencji swoich członków. Mijały lata, zmieniali się prezesi, po Jurku ja zostałem terapeutą klubowym, a klub nadal prowadził swoją działlność.

    W 1991 roku nawiązano kontakt z władzami zakładu Karnego w Głogowie i propagowano działania trzeżwości wśród więźniów. Działania przejęli po pewnym okresie grupy AA z Głogowa. Pod patronatem ZG "Sieroszowice" klub był do 1996 roku.

     Zmieniła się rzeczywistość, klub ma inny lokal, który własnym sumptem wyremontowali klubowicze na błysk, zmieniły się władze klubu i niektóre zapisy statutowe. W roku 2000 nastąpiło ożywienie aktywności klubu, przybywało nowych członków. Obecnie w klubie działa grupa AA, Al Anon i trzy grupy terapeutyczne - dwie dla uzależnionych i jedna dla współuzależnionych. Od paru lat prezesem jest Ryszard Szumski, ale aktywnie pomaga mu jego małżonka Danusia, która zaangażowała się też w grupę Al Anon. Grupę Al Anon jako pierwszą i jedyną w Głogowie założyła przed laty Zosia. Dużo by pisać o ich sukcesach, ale co bym wtedy napisał w broszurce na XXV lecie, która obiecałem im napisać na podstawie kroniki klubowej, wspomnień klubowiczów, działaczy i moich własnych.

*

Moje skromne foto-relacje

*

To jeszcze przed uroczystością. Palę papierosa na ławeczce przed salą parafialną w Klemensie, gdzie 21 czerwca odbywała się rocznica. Rozmawiam z moim kolegą Krystianem. Widać że jestem wzruszony.

*

Już po oficjalnym rozpoczęciu Rysiek, Danusia i reszta zarządu klubu zabierają się do dzielenia rocznicowych tortów. Nim je pokrojono dmuchano na rocznicowe świeczki.

*

Stół dla oficjeli - od lewej dyrektorka MOPiWTU w Głogowie Elżbieta Szarek, Heniu Jarosz przewodniczacy Komisji PA, no i moja skromna osoba. Choć mi ślinka ciekła, to jeszcze się za ciasto nie zabrałem. Ale jak się rozkręciłem to...

*

To jeszcze Rysiek i zarząd klubu debatują nad tortami, a nam ślinka cieknie i gul skacze na gadulstwo Ryśka. A fe panie prezesie. Nawet jego żona Danusia (od lewej) patrzy deczko z byka i politowaniem na męża. Oj współczuje jej takiego oratora.

*

A to Czesiu - pierwszy zapiewajło i muzyk z AA. Któż nie zna Czesia, który nawet w Częstochowie występował. Tak się chłopina wzruszył moją obecnością, że mnie dwa razy witał. Co mi tam, od przybytku głowa nie boli, a miłego nigdy za wiele.

*

Rusiu daje sygnał do zabawy a serenadę na początek odegrał nieznany mi harmonista w panamskim kapeluszu. Nie powiem, też raz zatańczyłem gdy mnie Basia wyciągnęła na parkiet. A że jestem kiepski tańcor, to podrygiwałem w stylu Jozin z Bażin.

*

Rysiu, jak na prezesa przystało dokunuje multimedialnej prezentacji osiągnięć klubu. A miał co prezentować.

*

A to ja się produkuję, bo jak mi jeden z gości powiedział - od ciebie się stary wszystko zaczęło to naszła mnie taka wena... A co, miałem być gorszy od Ryśka?. Pewnie fajnie nawijałem, bo goście i oficjele - Heniek i Ela byli wzruszeni i słuchali z nabożnym skupieniem. A jakie oklaski zebrałem...

*

Aby się bractwo dobrze bawiło grał klubowy zespół muzyczny. Oj ale było wesoło i zabawowo. Heniu obtańcowywał Elę... Można się jednak na trzeźwo bawić i to jak się bawić.

*

Szkoda, że odeszli już na zawsze - Władek Dudzic, Jasiu Frankiewicz, Tadek Wiśniewski, Romek Kleczkowski, Władek Szymusik i Zbyszek Jabłoński z którymi zaczynałem w latach 1984-1988. Non omnis moriar koledzy.

*

    Nie ukrywam, że najbardziej mnie wzruszały spotkania z ludźmi, których twarze mi się zatarły w pamięci, ale oni mnie pamiątali. Jak się dzielili swoją radością z trzeźwości i odbudowania własnych rodzin i godności Człowieka. Bo ona jest najważniejsza...

PS. Zdjęcia otrzymałem od Ryśka Szumskiego - prezesa Klubu. Wybrałem te najlepsze moim zdaniem.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (28) | dodaj komentarz

Mój PRL - czyli fotki i plotki

sobota, 21 czerwca 2008 21:45

*

    Do napisania tego wpisu skłoniły mnie dwie rzeczy. Pierwsza, to artykuł w mojej "Lubuskiej" o nostalgii za PRL-em, a druga, to zaproszenie na Dwudziestą Rocznicę Klubu Abstynenta "Skarbnik", mającego rangę stwowarzyszenia i organizacji pożytku publicznego. Te dwa wydarzenia skłoniły mnie do wspomnień i swoistej retrospekcji w dawne lata. Tym bardziej, że ktoś przed spotkaniem powiedział do mnie - wiesz stary, to od ciebie się wszystko w Glogowie zaczęło... Ale o tym jeszcze napiszę.

     Nie kochałem PRL, ale nie mogę wykreślić 43 lat życia w nim. Te lata w gruncie rzeczy nie były tylko szare, ale bywały i kolorowe, śmieszne i nieraz straszne. Choć gama tych kolorów była raczej skromna, to jednak nie brakowało tęczowych barw.

    Z psychologicznego punktu widzenia nie ma w tym nic dziwnego, że wielu z mojego pokolenia z nostalgią wspomina tamte lata. Wspomina, bo obejmują one nasze dzieciństwo, młodość i dojrzalszy okres. Przecież są to lata, gdy byliśmy młodzi, piękni i zdrowi... Bo teraz jesteśmy jedynie piękni i... deczko schorowani. Ale do rzeczy.

*

 
  To ja z mamą na spacerze w moim rodzinnym Lesznie i w samochodzie, który zbudował od podstaw mój tata. Miał on niesamowity talent manualny i artystyczny. Jak widać po mojej papuśnej facjatce, komuna i powojenna bieda mnie się nie imały. Jak wspominała moja mama, zawsze stałem w wózku zamiast leżeć, ssać smoka, czy spać, albo ryczeć i mamusi dupę zwracać. Dlatego jeżdżąc po wertepach nauczyłem się szybko mówić...

Brzydkie wyrazy oczywiście. 

A to już w Głogowie z moim młodszym rodzeństwem - siostrą Olą i bratem Heniem. Siedzę z prawej strony zbrojny w łuk, gdyż już wtedy myślałem aby komunę obalać. Jak widać PRL mnie nie rozpieszczał co widać bo moim nikczemnym i raczej kurduplowatym wzroście. Cóż, Stwórca obdarzając mnie geniuszem poskąpił mi wzrostu.

Nieprawdą było, że komuna od Kościoła nas odwracała. Oto moja Piewrwsza Komunia i to razem z siostrą, która mimo, że była jeszcze nieczytata i niepisata towarzyszyła mi w naukach (pewnie mnie pilnowała) i wraz ze mną zdała egzamin komunijny. I tak w wieku siedmiu lat przystąpiła do Stołu Pańskiego, bo nasz ksiądz o.Leon Dziemecki żadnych wstrętów wiekowych nie robił. To były czasy....

Nie samym chlebem Bożym człowiek żyje, a nawet komuna robiła nam kolonie letnie. Bo kto chce być morowy i wyglądać świetnie, niech się zapisuje na kolonie letnie, albo - A nasz pan kierownik chudy jak cytryna, chodzi po stołówce i kiełbasę wcina... Oj śpiewało się, śpiewało ku czci... Kolonii oczywiście. Wtedy miałem jeszcze pęd do motoryzacji więc zasiadłem na WFM-ęce fotografa kolonijnego. Szkoda, że tak szybko dar motoryzacyjny straciłem... Ale zyskiwałem za to na geniuszu.

Nie tylko kolonie były mi w głowie, ale i nauka. Stoję sobie z poważną miną w drugim rzędzie od góry, drugi z prawej strony z taką zabójczą fryzurą, która znamionowała, że jeszcze świat zadziwię. Choć minęło od tej pory ponad pół wieku potrafię jeszcze wymienić wszystkie imiona moich kolegów i koleżanek. Jednak czasy szkolne były wspaniałe, zabawy szkolne zwane też ideologicznie i dla zmyłki wieczornicami, podkochiwania się w koleżankach z klasy, no i te wpisy do pamiętników koleżanek. "Bądź piękna jak Anioł, czysta jak lelija, będą Cię kochali Jezus i Maryja" - to dla moherkowatych. "Na górze róże, na dole fiołki. My się kochamy jak dwa Aniołki" - to takie zaangażowane. No i te bardziej ambiwalentne - "Ku pamięci, mięci kupa - wpisał się Alojzy dupa"....Kto to jeszcze pamięta, pamiętniki oczywiście.

To ja (trzeci od lewej) finką smaruję w kuchni chleb na moim pierwszym obozie harcerskim w Podgórzynie. Tata tak mi opowiadał o swoim skautingu, że sam wstąpiłem do ZHP. Ale trzymałem się bliżej kuchni, bo komuna nas nie rozpieszczała, a i urosnąć jeszcze chciałem. Jednak nie czuło się jeszcze wtedy powiewu ideolo, bo nasi przełożeni byli jeszcze skażeni przedwojennym harcerstwem. Komuna się nas wtedy jeszcze nie czepiała...

  

A to już na kolejnym obozie harcerskim, tym razem instruktorskim w Dobiegniewie. Jeszcze nie było ideolo, ale jak Bóg przykazał zabawowo i miłośnie. Na górnej fotce siedzę sobie w dolnym rogu z lewej strony, a niedaleko moja druhna Hania, w której się podkochiwałem, bo romantyzm i kochliwość miałem w genach. 

Na dolnym zdjęciu kucam przed moim zastępem "Czarnych Węży", ale po cywilu, czyli incognito. Był to niewątpliwy znak, że rosła w mojej podświadomości niechęć do mundurów wszelakich. Ale i tak byłem lubiany przez kolegów i robiłem za maskotkę i totem zastępu. Miałem wtedy ksywkę - Zbyszko z Bogdańca.

Zwalczcież swą chuć! Innych zdań przed wami jest siła...

Gdy wyrosłem z harcerstwa udałem się auto-stopem na wędrówkę po kraju. Oto ja w swojej skromnej osobie na sopockim molo. Już wtedy dumałem jak komunie dokopać, ale z drugiej strony byłem jej wdzięczny za taką formę turystyki. A jakie autostopowiczki spotykało się na szlaku. Mniam, mniam...Jedziemy autostopem, do góry i z powrotem - jak śpiewała Karin Stanek (ta od lali malowanej).

Niestety autostop się skończył i trzeba było pójść do pracy. Jednak rada zakładowa dbała o nas i wysyłała nas na wczasy z FWP. Oto nasza paczka na wywczasach w Karpaczu  - od lewej ja, Wanda, Teresa którą pokochałem, Józek i Irka. Mnie tam nie szum wodospadu był w głowie, ale te oczy Teresy...

Swoistego uroku dodawał  pan instroktor KO, którzy zorganizował wieczorek zapoznawczy, spotkanie z dziennikarzem, który opowiadał o swoich podróżach afrykanskich i na koniec wieczorek pożegnalny. Facet za kołnierz nie wylewał, więc zbratał się ze mną. Nie bardzo się przejmował naszymi sprawami kulturalno-oświatowymi, ale za to był wspaniałym przewodnikiem po górach i knajpach. 

No i te dancingi , gdzie - Jesteśmy na wczasach, w tych góralskich lasach. Pucio, pucio.

Nim pokochałem Teresę, zakochałem się parę lat wcześniej w Reni, która była moją pierwszą miłością życia. Poznaliśmy się w Noc Kupały, zwanej pobożniej Nocą Świętojańską, a wtedy wicie rozumicie - trele skowronków, gwiazdy na niebie, cieplutko, świeliki... Musiało więc zaiskrzyć. Dlatego jeszcze nieśmiało, całuję ją pod drzewem nad Odrą.

Cóż miłość się skończyła i po paru latach pojawiła się Teresa (zdjęcie poniżej). Nic więc dziwnego, że w Karpaczu poszliśmy pod "Młynek Miłości", aby nasze uczucia wezbrały... A w czasie Nocy Świętojańskiej gwałtownie we mnie wybuchły. Ach te noce kupałowe, świętojankowe i świetlikowe..., dancing, pucio pucio...

Pisałem we wcześniejszych wpisach i w mojej pierwszej książce jak w beznadziejny sposób spieprzyłem nasze uczucia, nim na dobre się rozpaliły. Do tej pory tego żałuję.

Ja tam sobie w Karpaczu śniłem o cudownych oczach Tereski, a tymczasem moja mamusia uknuła niecny spisek. Tak, że po powrocie z wczasów trafiłem w...

...kamasze. Oto ja, czyli ten, który wycierał wszelkie lubuskie knajpy i migał się bezczelnie przed wojskiem, siedzi sobie obok swojego dowódcy drużyny na poligonie z giwerą na udzie i papierosem w dłoni. Sądząc po mojej i Stasia Katy uśmiechniętych facjatach w LWP nie było najgorzej, a na dodatek deczko internacjonalistycznie, bo Stasia korzenie były w Jugosławi.

Nasza speckompania była solą tej ziemi, swoistym kuriozum i kwieciem MON, ale na "bratnią pomoc" do Czechosłowacji nas nie wysłano. Niezbyt nam dowierzano, albowiem służyli ze mną sami tacy, co się od służby wojskowej uchylali, oraz kryminaliści, wylani z uczelni studenci, różni idioci, niekumate gamonie, rastafarianie i wyznawcy woo-doo. Dlatego odsłużyłem wojsko z jedyną tylko degradacją i bogatym rejestrem kar wszelakich. Buławy marszałkowskiej widać w plecaku nie miałem, bo i gdzieżby się ona ostała, przy takiej zdemoralizowanej kompani.

Było, minęło..., ale te lubuskie poligony i te maki czerwone, no i córki pułku pod murem koszar...

A oto ja już po wojsku i odsiadce za wydarzenia Grudnia 70 w Bieszczadach. Wojsko rozumiem, ale żeby władza ludowa i przewodnia siła narodu nie potrafiły się dogadać z klasą robotniczą i na dodatek miała ją w dupie, tego już i dla mnie było za wiele. Nic dziwnego, że gul mi skoczył i... Było, minęło.

 Więc niech żyje wolność, wolność i swoboda.. . Długie włosy i broda jest świadectwem mojego opozycyjnego nastawienia  do PRL i wobec nieboszczki PZPR, która beznadziejnie nas wiodła do świetlanej przyszłości.

Smalić komunę, bo już wtedy pokochałem Jadzię, bo tego komuna nie mogła mi zabronić i....

Pobraliśmy się przed obliczem mojego kolegi Krzysia w USC w Głogowie. Założyłem Jadzi obrączkę a następnie...

Tę samą obrączkę po raz wtóry żałożyłem żonie przed obliczem księdza - Władka Kantara. Szkoda, że zginał tragicznie. Dobrym był księdzem i nie męczył nas naukami. Ach co to był za ślub...

Po weselu udaliśmy się w podróż poślubną do Szklarskiej Poręby, gdzie zastał nas atak zimy późną wiosną. Była to połowa lat siedemdziesiątych, czyli okres prosperity gierkowskiej, kiedy Polska rosła w siłę, a ludzie dostali żytniej. Młodzi pożyczki MM na dorobek, no i mieszkanie z zakładu pracy. Nic dziwnego, że prasa o takich anomaliach pogody nie pisała, bo i po co wkurzać bez potrzeby lud pracujacy w okresie propagandy sukcesu.

 Fajna była moja  Jadzia.Ale widać nie było nam szczęście pisane, bo moje małżeństwo i miłość skończyło się po 1.5 roku, bowiem Jadzia zmarła na białaczkę. Była młodsza ode mnie o 10 lat.

Nie było mi pisanę pozostać wdowcem i po roku pokochałem Renię. Jest młodsza o 11 lat. W otoczeniu rodziny siedzimy w USC i słuchamy standardowego wykładu o najmniejszej komórce społecznej od kierowniczki Stasi.

Jakoś byłem wtedy zbuntowany agnostycznie, więc nic dziwnego, że kościelny ślub i stosowny pokropek odbył się po trzech miesiącach, gdy moja Renia była już brzemienna. Stąd jej kapelusz zamiast welonu. Przed obliczem dziekana Kutznera zakładam po raz wtóry żonie obrączkę. Musiał biedak w mojej sprawie pisać o dyspensę do Biskupa, bo ja uważałem, że jako wdowiec mam już nauki za sobą, natomiast on uważał, że nauki Bożej nigdy za wiele...

Nim komuna padła próbowaliśmy ją rozsadzać otrzeźwiajac lud pracy. Oto ja (pierwszy z prawej) przed obradami założycieli Federacji Klubów Abstynenta Polski Zachodniej i Północnej w Charcicach. Federacja powstała znacznie później, ale to my byliśmy jej prekursorami. Cóż, komuna nas nie bardzo lubiła i nie zgadzała się na formalizowanie Ruchu Trzeźwości... ze strachu pewnie. Człowiekiem pijanym łatwiej bowiem sterować.

Miłość miłością, działalność działalnościa, ale w PRL trzeba było pracować. Oto nasza dzielna brygada renowatorów zabytków wrocławskiej Pracowni Konserwacji Zabytków na szczycie odbudowywanego Ratusza w Głogowie. Ja pierwszy z dołu od lewej. To już czas agonii PRL, która mi do końca nie odpuszczala i blokowała mi awans na kierownicze stanowisko. Na szczęście toczyły się już obrady Okrągłego Stołu, a ja reaktywowałem na wszelki wypadek "Solidarność" .

W przerwach pomiędzy trzęźwieniem społeczeństwa, konspirą i knuciem przeciwko komunie, oraz pracą zawodową zajmowałem się życiem rodzinnym i poczynamiem dziatek. Renia rodziła te poczęte bobaski  i wspólnie je chrzciliśmy, aby na poganów, albo uchowaj Boże na kumuchów nie wyrosły. To już ostatni chrzest mojej najmłodszej, piątej pociechy Basi. O lewa moja żona z Basią na ręku, dalej ja, moja siostra Ola co ją w kumy poprosiłem, chrzestny Andrzej - mój kumpel z konspiry i trzeźwienia narodu i moja mama. Nasze poważne miny świadczą o ogromnej powadze wobec nowego wyzwania, bo i komuna ledwie przędła, w sklepach pustki, a gęb do karmienia przybywało. Tylko Basia olewala wszystko i smacznie sobie spała, smaląc komunę, PRL i całą resztę...

Hurrra!!! Komuna odeszła w niebyt, PRL się skończył. Oto ja z profesorem Zbyszkiem Izdebskim (wtedy jeszcze doktorem) i z dr Marią Monetą-Malewską w naszej poradni. Jeszcze widać siermieżny wystrój PRL, ale nasze twarze emanują radością. Choć czekała nas kolejna walka z ciasnotą umysłu wielu Polaków na temat HIV/AIDS.

Było i się zbyło. Komuna padła jak pućka na beton, naród w większości się wyedukował, Zbyszek poszedł w profesory, a ja szykuję się na zasłużoną emeryturę. Ale powspominać było warto.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (23) | dodaj komentarz

Tragedia Czternastolatki

czwartek, 19 czerwca 2008 17:45

*

     Czternastoletnia Agata zaszła w ciążę z nieco od niej starszym chłopcem Oczywiście nie mam najmniejszej watpliwości, że nie miała w sprawach seksualnych i prokreacyjnych żadnej wiedzy i doświadczenia. A więc stało się...

    W polskim prawodawstwie taka ciąża jest sklasyfikowana jako czyn zabroniony, czyli podlegający karze. Jest też w takim przypadku dopuszczalna legalna aborcja na mocy naszej restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Jak wiemy, ustawa ta jest kompromisem pomiędzy Kościołem, Lewicą i Prawicą. 

    Prokurator wydał w tej sprawie stosowne zaświadczenie, ale dwa szpitale w Lublinie odmówiły legalnej aborcji, zasłaniając się klauzulą sumienia. Jednak pani ordynator zawiadomiła jakiegoś fanatycznego księdza, ten moherki z pro-life i... Massmedia wywąchały sprawę i zaczęła się batalia fantyków życia poczętego z zwolennikami aborcji i legalistami, którzy usiłowali bronić prawa, a kolejne szpitale odmawiały legalnej aborcji. Doszło to tego, że pomówiono matkę dziewczynki o nakłanianie do przestępstwa i zgłoszono to do prokuratury. Jakiś sąd rozdzielił Agatkę z matką i umieścił ją w Pogotowiu Opiekunczym niczym nieletnią przestępczynię, czy "sierotę" z patologicznej rodziny. Zaczęło się zwykłe polskie piekło. Ale o tym nie będę już pisał, bo sprawa jest znana i przebrzmiała.

    Już i tak wszyscy wiedzą, że aborcji gdzieś dokonano, czyli prawu stało się zadość, a fanatycy dostali po nosie. Może i dostali, ale jakoś dziwnie nikt nie ujmuje się za zaszczutą i molestowaną psychicznie przez fanatycznych antyaborcjonistów Agatą. Jakoś tym obrońcom życia poczętego, którzy nagłaśniając sprawę wyrządzili wielką krzywdę dziewczynce, ta krzywda na myśl nie przychodzi. Ale dla nich przecież wszystko jest przwartościowane do fanatyzmu, a cel uświęca ich środki w działaniu.

     Wychowałem czworo dzieci, mam wnuczkę i spodziewam się kolejnego wnuka, lub wnuczki i na tym się chyba nie zakończy. Nie jestem też zwolennikiem aborcji na życzenie, ale wolę, aby ta restrykcyjna ustawa antyaborcyjna, która jest w Polsce obowiazywała bez "falandyzacji" i hipokryzji. Jestem też zwolennikiem zapłodnienia invitro, gdyż taki jest w moim mniemaniu zamysł Boga, który dał nam rozum i wolną wolę, i szansę na potomstwo bezpłodnym małżonkom. Jestem też za środkami antykoncepcyjnymi i powszechną oświatą seksualną i prorodzinną w szkołach, tak jak jestem za powszechnym i świadomym macieżyństwem. Brzydzę się powszechną hipokryzją i fanatyzmem obrońców życia poczętego, którzy chętnie zostawiają samym siebie matki, które urodziły niechciane dziecko. Nie uwierzę też, że w Polsce dokonuje się zaledwie około dwustu legalnych aborcji rocznie. Nie wierzę, że nie ma u nas podziemia aborcyjnego i wycieczek aborcyjnych (mówi się o dziesiątkach tysięcy takich aborcji), tak jak nie wierzę w cud dzieworództwa.

    Dlatego konia ze złotym rzędem dam temu, kto mi wyjaśni dlaczego w Polsce jest taki niski przyrost naturalny skoro nie ma aborcji i powszechnej dostępności do refundowanych środków antykoncepcyjnych, ani powszechnej oświaty seksualnej w szkołach? Dlaczego w liberalnej Holandii, w której aborcja jest legalna i nie brakuje refundowanych środków antykoncepcyjnych, ani oświaty seksualnej w szkołach rodzi się więcej dzieci i to tych chcianych? Dlaczego tam nie słuchać o porzuconych na śmietnikach, czy zabijanych noworodkach?

     Nim zaczniecie mnie osądzać zadajcie sobie pytanie. Jak bym postąpił gdyby moją córeczkę zgwalcił jakiś sadystyczny pedofil, psychopata, pospolity bandzior alkoholik, narkoman z wirusem HIV na dodatek. Czy bylibyście w stanie pokochać takie dziecko zrodzone z gwałtu i bez miłości? Bo dziecko powinno być poczęte z miłości, z pełną świadomością i odpowiedzialnością za jego wychowanie. Jakoś trudno mi uwierzyć, że jak Bóg da dzieci, to da i na dzieci. Mi jakoś nie dał, może dlatego, że jestem agnostykiem, więc przez kilkadziesiąt lat tyrałem jak osioł, aby zapewnić moim dzieciom spokojne i skromnie życie. Ale nie żałuję tych lat, bo są to dzieci z miłości zrodzone. Nie wszyscy muszą mieć też wypasioną brykę i willę z basenem. Mnie wystarczy rower i mieszkanie własnościowe w bloku. Bo dla mnie wartością jest rodzina właśnie, a nie antyaborcyjny fanatyzm. 

   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Głogowskie Konfrontacje Literackie

sobota, 14 czerwca 2008 20:27

*

     To już XIV edycja GKL. Nie ukrywam, że oczekiwałem na nie z niecierpliwością, gdyż rzadko można spotkać na raz wszystkich swoich kolegów po piórze i znanych pisarzy, a przy okazji się deczko "odchamić", czyli poprawić nieco stan swojej duszy. Konfrontacje trwały od czwartu do soboty i obejmowały nie tylko imprezy dla starszych, ale też dla młodzieży w szkołach. Nie zabrakło też konkursu literackiego i potyczek satyrycznych o "Złoty Bucior". Tak więc dużo się działo, pikawa kruszała, a dusza wzlatywała. Nie byłem w stanie zaliczyć wszystkich spotkań, ale te, które mnie najbardziej interesowały odbyłem i sfotografowałem.

*

Czwartek.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk

Piotrek Mosoń otwiera spotkanie czytając fragment książki znanej pisarki.

Piotr ostro magluje Olgę, która musiała wyciągać karteczki z hasłami i zaczynać od pierwszego skojarzenia, aby następnie zejść na bezpieczniejsze peryferia związane z własną twórczością i podróżami.

Nic więc dziwnego, że sala w Galerii Artystycznej MOK była pełna, a pytaniom do autorki nie było końca. Tak się złożyło, że jestem na pierwszym planie.

A to już po spotkaniu, ale jeszcze przed podpisywaniem swoich ksiażek. Olga Tokarczuk przyjmuje podziękowania z małym co nieco od organizatorów za bardzo miłe spotkanie.

*

Piątek

Potyczki satyryczne o "Złoty Bucior"

     Nazwa "Złoty Bucior" wzięła się od wojskowego buta typu "Rumcajs", który wyleciał przed laty z szafy kierownika Klubu Garnizonowego kpt. Stefana Górawskiego, a przy okazji wiceprezesa wojskowej grupy poetyckiej "Dysonans", w czasie jakiejś imprezy kulturalnej. A że sytuacja była bardzo śmieszna, więc ktoś ułożył odę "Buty Stefana", dalej poszło samo, a sama miniaturka buciora w kolorze złotym stała się główną nagrodą w zmaganiach jajcarzy. W tym roku odbyła się już piąta edycja zmagań. Jednak każde zmagania otwiera satyryczna sztuka teatralna lub występ znanego kabareciarza i nasi piosenkarze z Studium Wokalnego z MOK-u.

*

Młodzi głogowscy artyści w parafrazie sztuki Czechowa "Ciasteczko" (Chórzystka).

Ta sama sztuka, ale w kobiecej kwestii.

Jedna z wokalistek Studium Wokalnego w piosence z repertuaru Hanki Ordonówny.

A to już Piotrk, Piękna poetka i Bartek prezentują teksty satyryczne, które nadeszły na potyczki. Po tej prezentacji wręczono wyróżnienia i nagrody.

*

Sobota

Spotkanie autorskie z Michałem Witkowskim

Michał Witkowski odpowiada na pytanie dociekliwych prowadzących.

Michał Witkowski w monodramie na podstawie swojej ostatniej książki "Barbara Radziwiłłówna". Albowiem znany autor, laureat "Nike" jest również aktorem w warszawskim Teatrze Rozmaitości.

A to już "Sąd nad Herbertem" w wykonaniu Czesława Markiewicza zielonogórskiego literata (od lewej), który wcielił się w rolę sędziego i oskarżyciela i Krzystofa Jelenia - głogowskiego poety, który był obrońcą Herberta. Oj działo się działo, ale proces zakończył się umorzeniem, gdyż nie można było go rozstrzygnąć. Wiadomo, że poezja Herberta nie potrzebuje obrońców, a jego życie i postawy mogą niektórych denerwować, ale nie można ich dezawuować, ani potępiać.

*

     Po tym procesie odbyło się ogłoszenie wyników konkursu poetyckiego w różnych grupach wiekowych i rozdanie nagród. Później już tylko spotkanie przy ognisku starych przyjaciół przy kiełbasie z rożna o piwie. No i kolejny rok czekania....

*

Ponieważ jurorzy mnie olali i nie przyznali mi żadnej nagrody za tekst satyryczny postanowiłem napisać w proteście limeryk.

*

Złośliwi Jurorzy.

W potyczkach styrycznych o Złoty Bucior

Jurorów śmieszyło jedno słowo - wycior.

A że rzecz się miała w Głogowie,

A mi obce jest to dziwne słowie,

Nic dziwnego, że juror mnie wyciął.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

DNI GŁOGOWA

niedziela, 08 czerwca 2008 14:21

*

     Od piątku do niedzieli, czyli do dzisiaj, odbywają się Dni Głogowa. Jako stary głogowianin nie odmówiłem sobie uczestniczenia w dwóch imprezach. Pozostałe były raczej dla młodzieży i młodszych mieszkańców, choć nie brakło  zespołów dla starszej generacji. I tak słyszałem wszystkie występy, gdyż mieszkam niedaleko placu targowego, na którym się imprezy odbywały. Czyli przy odrobinie dobrej woli można uzanać, że i te muzykalia i kabarety zaliczyłem na słuch.

    W sobotę zwiedziłem "Pociąg do historii", który jest na dworcu na drugim peronie. Składa się on z sześciu wagonów, w których znajdują się zdjęcia i przedmioty z okresu wojennego, stalinowsko-gomułkowskiego, gierkowskiego, czasów Solidarności i okres po upadku komuny. W ostatnim wagonie można było dać swoje własne świadectwo historyczne. Mój kolega Antek Bok, który obsługiwał wagon "stalinowski" namówił mnie, abym opowiedział swoje wspomnienia z okresu pionierskiego, wydarzeń Grudnia 70 w Szczecinie w których brałem udział, okresu konspiry w stanie wojennym i czasu upadku komuny. Produkowałem się 1,5 godziny, a na pożegnanie dostałem wiele pamiątek z wystawy - widokówek, albumu wystawy, folderu i płyty z wszystkimi filmami, które można było ogladać w każdym wagonie. w czasie zwiedzania oglądnąłem jeden z przesłuchania działaczki WiN przez UB i wymiękłem, bo taki był drastyczny. Pozostałe sobie obejrzę później i raczej pojedynczo.

     Dzisiaj zwiedzałem podziemnie fortyfikacje Głogowa. Było to fajnie zorganizowane przez Stwowarzyszenie Miłośników Fortyfikacji Głogowa, a organizacją w formie spaceru z kartą startową zajęło się stowarzyszenie sportowe Jurka Górkiego b. mistrza świata w triathlonie, prywatnie mojego kolegi. Na karcie uczestnika przy każdym obiekcie stawiano pieczątkę po zwiedzeniu. Do zwiedzenia było sześć obiektów - rynek, podziemny szpital, kazamaty, tunele kontrminowe, blokhaus, szczelinę przeciwlotniczą w Parku Słowiańskim, podobny tunel przy naszym szpitalu i "Pociąg do historii". Po powrocie na rynek kartę się zdawało. Brała ona udział w losowaniu upominków. Wystarczyły trzy zwiedzone obiekty, aby karta brała udział w losowaniu. Nad zdrowiem uczestników czuwały na starcie i mecie sympatyczne pielęgniarki z głogowskiego szpitala, które mierzyły ciśnienia, tętno, wzrost, wagę i poziom cukru za darmo. Dostawało się przy tym foldery naszego szpitala i jego oferty medyczne.

     Nie robiłem zdjęć wszystkich obiektów, gdyż są one we wcześniejszum wpisie na moim blogu ( te z duchami).

*

Nasze ładne i sympatyczne  pielęgniarki w swoim punkcie medycznym na Rynku. Ten postawny przystojniak, to nasz dyrektor, który stanowi całkowite zaprzeczenia poprzedniego, o którym strach nawet pisać w obawie o powrót traumy.

Dałem się przekonać na badania i po pomiarach wyszło, że mam ciśnienie 143/107, cukru 105, a tętno 101. Wychodzi na to, że przy moich latach jestem okazem zdrowia. O wadze wolę nie pisać, ale musze się odchudzać. Aha, dostawaliśmy też karnet na badanie morfologiczne krwi, który jest ważny cały miesiąc. W poniedziałek sobie zrobię badania, gdyż dawno ich nie robiłem. Przecież chory na emeryturę nie odejdę.

*

Wejście do głogowskiego szpitala, skąd piwnicami schodziło się do podziemnego tunelu przeciwlotniczego.

*

Wejście do tunelu w podziemiach szpitala.

Wnętrze tunelu

*

Końcówka tunelu

*

Wyjście z tunelu.

Tunel ma długość około 150 metrów i biegnie łamaną podkową. W jego połowie jest zabetonowane wejście z zewnatrz, którym wchodziły osoby będące w parku szpitalnym w czasie nalotu.

*

Po zwiedzeniu podziemnego tunelu można było wykonać sobie badania za friko w kolejnym punkcie medycznym obsługiwanym przez drugi zespół sympatycznych i ładnych pielęgniarek. Ja sobie dałem spokój z badaniami.

*

W drodze powrotnej nie oparlem się chęci sfotografowania kościóła Św. Mikołaja w ruinie. Jest to stary kościół zbudowany w stylu gotyckim.

*

Odpoczywając po wojażach pstryknęłem zdjęcie kamieniczek na rynku i części kościoła Bożego Ciała. Kościół obecnie stanowi część dawnego konwiktu pojezuickiego w Głogowie, który został zniszczony podczas obrony "Festung Glogau".

    Przed odejściem do domu podarowałem swoją kartę sympatytcznej Basi, która mi mierzyła poziom cukru. Życzyłem jej wygranej i trzymałem za nią kciuki. Na pożegnie naczelna pielęgniarka Agnieszka zmierzyła mi ciśnienie. Miałem 137/87, a tętno 96. Wychodzi na to, że długi marsz reguluje mi ciśnienie. Czyli hasło Jurka Górskiego, że sport to zdrowie się sprawdziło.

     A tak na marginesie. Frekwencja głogowian zwiedzających podziemnie fortyfikacje przekroczyła najśmielsze oczekiwania organizatorów. Jest to znak, że mogą być te wycieczki atrakcja turystyczną, która może przynieśc miastu nie tylko promocje, ale i pieniądze. Szkoda tylko, że władze tak wolno kumają.

* 

PS. Proszę nasze pielęgniarki o wpis na moim blogu. Wystarczy kliknąć pod wpisem na komentarze i się wpisać. Nie trzeba się logować, wystarczy wpisać w rubryczkę swoje imię.

  

   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 903  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490903
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości