Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 212 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wracam na szlak

sobota, 30 czerwca 2007 12:44

 

Miłe spotkanie

      Gdy byłem z dwójką moich pociech w Bieszczadach spotkała mnie miła przygoda. Mieszkaliśmy wtedy w Polanie - wsi pod Otrytem w stanicy u Andrzeja. Warunki były w niej spartańskie - mieszkaliśmy w namiotach na polowych łóżkach, tzw. kanadyjkach, ale namioty posiadały podpinkę, szybki z pleksi w oknach, drewniana podłogę, światło i gniazdko wtykowe z prądem.

    Co prawda śpiworów i kocy mieliśmy wystarczającą ilość, tak, że zmarzniecie dzieciom nie groziło. Również  pozostałe obiekty (łazienka, umywalnia i wc) były spartańskie, ale gorącej wody w banniaku nie brakowało, ani ciepłej w prysznicu. To jednak nie stanowiło problemu, gdyż ze stanic korzystali jedynie twardziele i zaprawienie w górskich wędrówkach turyści. A i ja się za takiego mini-zakapiora uważałem.

 

 

 

Moje pociechy na tle namiotów. Nasz był pierwszy z prawej

 

   

     Z posiłków korzystaliśmy sporadycznie, bo dzieci lubiły sobie pospać i najczęściej wracaliśmy późno do stanicy. Obiady zamawiałem z rana u Andrzeja. Dlatego też codziennie rano wędroweałem do sklepu w Polanie, który znajdował się w centrum wioski, mijając malownicze domy, szkołę, w której było latem schronisko młodzieżowe i pocztę. Po drodze zawsze nawinął się jakiś znajomy leśnik, czy tubylec, z którym mogłem uciąc miłą pogawędkę.  

    Sklep jak na warunki bieszczadzkie w niczym nie przypominał swego poprzednika za PRL. Był w nim duży wybór produktów żywnościowych, a sympatyczne sprzedawczynie dla "swojaka" zawsze odłożyły ciepłe jeszcze chrupiace bułeczki i okragły chleb z chrupiacą ciemną skórką, pachnący "chlebem", a nie pompowanym erzacem z konserwantami. Podobnie było z wędlinami, które zawsze były świeże i w dobrym wyborze, że o mleku z chłodziarki nie wspomnę.    W sklepie mogłem wymienić, a raczej usłyszeć świeże ploteczki i nowinki, a i w barze nieopodal mogłem wypić dobrą kawę.   Dlatego lubiłem te codzienne wedrówki po prowiant, choć moja "koliba" była oddalona o 2,5 kilometra od sklepu. Poranny sparerek dobrze mi jednak robił, tym bardziej, że pogoda nam dopisywała.  

    Któregoś poranka przechodząc koło schroniska młodzieżowego spotkałem miła i ładną dziewczynę, która wydała mi się dziwnie znajoma. To ona pierwsza mnie zagadała, pytając, czy jestem z Głogowa i nazywam się Michał...    Ku mojemu miłemu zaskoczeniu okazało się, że to była nauczycielka geografii z jednego z głogowskich ogólniaków, zapalona turystka i przewodniczka pieszych rajdów i obozów wędrownych. Była też prezesem szkolnego Koła PTTK. Nic dziwnego, że bardzo sie ucieszyłem z tego spotkania i zaprosiłem ją na kawę do barku obok sklepu.    Opowiedziała mi, że już mnie wcześniej widziała, ale nie była pewna co do mojej osoby i nie miała śmiałości mnie zaczepić. Dzisiaj się odważyła, bo po późnym śniadaniu wyruszała ze swoją grupą młodzieży do Dwernika, a później na Połoniny i do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach udzieliłem jej paru rad co do ciekawych miejsc po drodze i wyboru lepszych szlaków. Jej trudne szlaki nie przeszkadzały, ale z młodzieżą różnie bywało.   

   To już nie było moje pokolenie, co potrafiło rozbijać namioty, stawiać prycze i nabijać sienniki słomą, aby porzekadło; "Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz" spełniło się tylko w dobrym znaczeniu. Co oni mogli wiedzieć o spaniu w namiotach z demobilu, które w czasie deszczu przeciekały, albo w namiocikach z dwóch płaszcz-pałatek, bo innych wtedy nie mieliśmy.  

    Wracając wstąpiłem do schroniska, aby się przywitać z głogowska młodzieżą i o dziwo, byli oni z klasy, w której przed wakacjami prowadziłem zajęcia z programu profilaktyczniego (uzależnienia). Oni też się ucieszyli ze spotkania ze mną, a ja z tego, że moje zajęcia pozytywnie poskutkowały, a oni wybrali górska wędrówkę, zamiast miejskiej nudy.  

    Pożegnaliśmy się z łezką w oku, a ja na odchodnym podałem sympatycznej nauczycielce nazwiska leśników z BPN, którzy jej pomogą w razie jakichś problemów.   

    Figlarne Biesy muszą sprzyjać tym, którzy w Bieszczady przyjechali i rzucić na nich sympatyczny urok, bo do nich wracali. 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Hamlet po więziennemu

czwartek, 28 czerwca 2007 17:19

 

Rozmowa Hamleta z Duchem

 

 

Mam pytanie proszę trupa:

Wciąż się męczyć, czy w grób upaść?

Coś niepewna czutka moja,

że jak kite ja odwalę,

to po trudach, życia znojach,

nic mnie tam nie ruszy wcale.

Krótko mówiąc - ja mam boja,

że miast grzecznie kwiatki wąchać,

to ta wredna dusza moja,

zacznie grzechy swe roztrząsać.

Gdybym tylko miał pewniaka,

że jak sobie kuku zrobię,

to nie będę w dołku płakać,

to spokojnie kimnę sobie.

Ale z drugiej strony znowu,

to z odzysku mój tatulek,

chciałby wpędzić mnie do grobu.

Nie ustąpię - choć jest Królem!

Wpierw bym chciał - potem się boję.

W oczach dymi mi ta troska:

Kojfnąć, czy się męczyć z gnojem?

To dopiero jest zagwozdka!

Cóż za sytuacja głupia;

w którą stronę sie położę,

zawsze u mnie z tyłu...dupa.

Zawsze ktoś ją skopać może.

 

 

   Jak widać Multirecydywa lubi czytać klasyków, a nawet je przerabiać na bardziej "swojski" jezyk. Nawet bajeczki dla dzieci małolatka przerobi po swojemu.

   Kiedyś w Warszawie na Centralnym podszedł do mnie pewien kizior i zagadał najczystszą polszczyzną: - Drug! Kopsnij szluga i żaru.

   Cóż było robic? Przecież nie odmówię bliźniemu papierosa i ognia jak mnie tak ładnie o niego prosi.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Literacka zgadywanka

środa, 27 czerwca 2007 16:19

 

   Zaczęły się wakacje i pora luzu. 

  Dawno wyrosłem z mundurka szkolnego i pomysły Giertycha mi niziutko dyndają, ale duszę mam małolata i lubię od czasu do czasu sobie pożartownać.

   Postanowiłem więc sobie zażartować z pewnej bajeczki, którą często opowiada się swoim pociechom. Czytelnicy muszą tylko odgadnąć co to za bajka i przetłumaczyć ją z więziennej grypsery na strawną polszczyznę.

 

 

Krasna Kanioła

 

    Planeta kopsa żaru, ptaszki gicio cieniują. Traktem buja się Krasna Kanioła targając samarę. Zza krzaka wyknaja się Skowyr Multirecydywa - susząc tryby.

    Truknął - pucuj się - Krasna Kanioła. Dokąd się bujasz? Co tam taskasz w samarze?

    Krasna Kanioła kryje patrzałki i truka: doginam do Zgredki Korniszonki i targam  rakietę z szamunkiem, jarunkiem i czajunkiem.

    Skowyr Multirecydywa mlasnął lizawą i bujnął w las. Buja się buja, kika - jest jama. Obciął w koło - gicio - warknął. Podklepał, zataranił do klapy.

    Pucuj się - zatrukała mu Zgredka.

    - Ta ja Krasna Kanioła, przytargałam Ci rakietę z szamunkiem, jarunkiem i czajunkiem.

   - Gicio - zatrukała Korniszonka stargając się z koja. Odsznurowała klapę i legła z powrotem na gondoli.

    Wtem w klapie wyknajał się Skowyr Multirecydywa i obciął sprawę jak komornik szafę. Wjechał pod mańke, prosto pod kojo Korniszonki.

   - Wskaż co przytargałaś - truknęła Zgredka.

    Wtem Skowyr Multirecydywa mlasął lizawą, warknął i zarzucił Zgredkę. Zasznorował klapę i bujnął się na gondolę.

   Tymczasem Krasna Kanioła buja sięprze gaj - podjeżdża pod chatę, podklepuje i tarani do klapy.

   - Zgredka - pucuj sie!

   - Kto tam! - odtruknął Skowyr.

   - To ja Krasna Kanioła, przytargałam rakietę z szamunkiem, jarunkiem i czajunkiem.

   - To gicio! - truknął  Multirecydywa, bryknął z woza i odsznurował klapę.

   Klapa pękła i Krasna Kanioła wjechała pod mańkę. Obcięła sprawę i trukneła - Siema zgredka! Skąd u Ciebie takie duże patrzałki i blindy na kichawie?

   - Żeby Cię mogła gicio obciąć.

   - A po co Ci takie duże radary?

   - Żebym mogła Cię gicio słuchać.

   - A po co Ci takie długie tryby?

   - Żebym Ci e mógł wszamać - truknał Multirecydywa i zarzucił Krasną Kaniołę.

   W tym samym czasie koło chaty bujał się gajowy Marucha. Obciął przez lipo pod mańkę Korniszonki i przyuważył Skowyra Multirecydywę w gondoli Zgredki.

   Maruch przetargał się przez bardachę pod mańką, wytargał giwerę i wykręcił dziesionę na Multurecydywie. Po tym pochlastał samarę i wytargał Krasną Kaniołę i Zgredkę Korniszonkę.

   Strzały usłyszeli gady i wjechali pod mańkę. Okazało się jednak, że gajowy Marucha miał ćwiarę z kozakiem i wszyscy wyjechali na wolkę.

Życzę sukcesów w tłumaczeniu na nasze.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Nie jest mi wesoło

sobota, 23 czerwca 2007 13:56

 

Jak to po pogrzebie

    Wczoraj byłem na pogrzebie mojej cioci za Poznaniem w Kiekrzu. Miała 81 lat i zmarła tak nagle. Żal mi bardzo wujka, mojego chrzestnego, który pewnie sobie nie bardzo będzie radził z pracami domowymi. To było stare i bardzo tradycyjne małżeństwo (przeżyli 56 lat),  w którym role były od dziesiątek lat trwale rozpisane. Żona (moja ciocia) - miała dom i dzieci na głowie, choć pracowała zawodowo jako psycholog, a mąż (mój wujek) zarabiał na dom, wykonywał męskie (ciężkie) prace w ich letniskowym domu w Kiekrzu i chronił rodzinę.

    Wujek, chociaż inteligent z dwoma fakultetami, zna się na pracach gospodarskich, które były jego pasją (ogród, pszczoły, etc...) nie potrafi chyba pralki zaprogramować i wyprać, że o gotowaniu, czy prasowaniu nie wspomnę. Może tylko wody na kawę nie przypali.

    U mnie jest podobnie, ale ja potrafię gotować, prać i sprzątać (mam to z harcerstwa i z rodzinnego domu) i jakoś sobie radziłem w domu, gdy kiedyś (31 lat temu) owdowiałem.

   Znam jednak dobrze wujka i wierzę, że sobie poradzi, bo jak sam mawiał wielokrotnie - potrzeba jest matką wynalazków. Kiedyś mnie nakarmił i napoił kawą, gdy byłem u nich w Poznaniu, a cioci nie było. Nie pozwalał tylko zapalić w domu, mimo, że ciocia w swojej gościnności przymykała oczy i mi pozwalała.

    Może sobie z synem i wnukiem jakoś poradzą, aczkolwiek 84 lata, to nie jest wiek na naukę gospodarstwa domowego. Trzymam za nich kciuki. Cioci mi jednak żal, bo mnie bardzo lubiła i to z wzajemnością.

    Będę musiał chyba wziąźć przykład z Wędrowca i zrobić tak jak on, abyście się musieli logować na wpisy i komentarze. Nie wynika to z mojej złośliwości. Wczoraj miałem istny nalot (kilkaset stron) jakiś viagrowato-erotycznych gó...n. Nim się połapałem jak je wykasować, to usunąłem też wasze sympatyczne komentarze na ostatnich trzech moich wpisach. Sorry dla wszystkich.

    Nie chcę też powrócić do wpisywania kodu z antyspamem, gdyż mi się nigdy nie udało go wpiasać nawet u siebie, a co dopiero u tych, którzy go posiadają. Podziwiam tych, którym się to udaje, bo mi zawsze wyskakiwało, aby ponowić próbę. Po 10 razach już mi ochota na komentowanie przechodziła, a szkoda.

   Poradź więc Wędrowcze jak to zrobić z tym logowaniem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wspomnienie o Wieśku

środa, 20 czerwca 2007 16:41

 

Fragment "Usłyszałem pukanie od spodu"

 

Duchowy pocieszyciel

Nie myślcie sobie, że nie miałem z tego powodu wyrzutów sumienia. Owszem miałem i to duże, ale miałem też kolegę, który szybko pomagał mi wyjść z moralnego dołka. Wiesiek, bo tak miał mój kumpel na imię był nietuzinkową postacią na moim Bachusowym szlaku. Z wykształcenia był technikiem geodezji. Był nawet w seminarium duchownym z którego musiał zrezygnować przed święceniami. Nie wiem jak mu się udawało przez tyle lat ukrywać swój problem alkoholowy przed przełożonymi i kolegami z roku. Jednak przed święceniami coś w nim pękło i ruszył w Polskę, by pożegnać swój stan kawalerski. Żegnanie stanu kawalerskiego nieco się przeciągnęło i wrócił już po święceniach, ale za to w szampańskim humorze lubieżnego kocura, wracającego z marcowych godów. Jego rektor i opiekun duchowy poradzili mu, aby się zastanowił w domu nad swoim powołaniem i zrobił ze sobą gruntowny porządek. Wiesiek bardzo przeżył swoją klęskę powołania, ale zamiast się odmieniać, ruszył w wir uciech damsko-alkoholowych.

    Spotkaliśmy się na budowie w Zielonej Górze i bardzo sobie przypadliśmy do gustu, gdyż mieliśmy podobne zainteresowania intelektualne i alkoholowe. Od łatwych dziewcząt też nie stroniliśmy, gdyż alkohol i kobiety jakoś dziwnie szły w parze. Ponieważ Wiesiek był już prawie księdzem to i od Biblii potrafił gadać. Gdy męczył nas kac moralny, on zawsze powiadał z ogromnym przekonaniem i w wielkim uniesieniu knajpianej braci:

    - Niezbadane są wyroki Boże, a miłość i łaska Boża nie zna granic, gdyż jest niezmierzona przez takich maluczkich jak my. Choć filozofowie egzystencjaliści głosili, że po II Wojnie Światowej Bóg nie istnieje, to nie wierzcie im bracia i siostry, gdyż oni błądzili. 

    Gdy nie mieliśmy co do ust włożyć, a żołądek domagał się strawy, on nie tracił pogody ducha i wiary w poprawę naszej egzystencji. Zawsze mi w takiej sytuacji powtarzał:

    - Skoro dobry Bóg stworzył takie niebieskie ptaki jak my, to nie pozwoli im sczeznąć. A trochę ascezy i postu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Wręcz przeciwnie - wielu uduchowiło i doprowadziło do królestwa niebieskiego. Skoro Bóg nakarmił całe rzesze ludzi to się od nas maluczkich nie odwróci i nam pomoże.

  Do królestwa niebieskiego na szczęście nie trafiliśmy, ale zawsze jakoś udało nam się przetrwać okresy przymusowego postu, gdyż zawsze znalazła się dobra dusza, która wsparła nas chlebem i talerzem zupy. Najczęściej była to Stenia z zakładowej stołówki, która nie wiedzieć czemu bardzo nas lubiła. A może po prostu miała miękkie serce i nie mogła patrzeć na nasze mizerne sylwetki. Nie brakowało też litościwych kumpli, którzy nas ratowali bochenkiem chleba i kostką smalcu. Wiesiek wtedy gorąco i serdecznie dziękował naiwnemu darczyńcy wkładając w to swój cały kunszt oratorski i krasomówczy:

- Niech Ci Bóg wynagrodzi twoje dobre serce zacny człowieku. Bo napisano w Piśmie, że coś uczynił takim dwóm maluczkim jak my, Bogu uczyniłeś. Wierz mi mój synu, że twój przepiękny uczynek zostanie zapisany w Złotej Księdze przez samego Chrystusa na wieki wieków. Amen!

Nie ukrywam, że miałem wielkie obiekcje, czy aby mój kompan zbytnio się nie zagalopował i nie bluźni przypadkiem, gdy w czasie wygłaszania swoich wzniosłych i uduchowionych słów błogosławił darczyńcę:

- „Benedico vos in nomine Patris et Fili et Spiritus Sancti” co znaczyło, że błogosławi w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

 On mnie jednak szybko uspokajał kolejną sentencja:

- „ Beati possidentes. Amicus certus im re incerta cernitur” – co w dosłownym tłumaczeniu oznaczało, że szczęśliwi są ci, którzy posiadają, a prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, czy coś w tym stylu. Miało to niby znaczyć, że kolejny naiwny dobrodziej i Bóg są jego przyjaciółmi i pękają wprost ze szczęścia że nam pomagają.

Po takim wykładzie wierzyłem mu na słowo, gdyż taki „prawie że ksiądz” był przecież bliżej Boga niż ja - najnędzniejszy z maluczkich tego łez padołu, który ledwie „ojczenasza” pamięta. Bogiem, a prawdą moje doczesne życie w tamtym okresie opierało się w dużej mierze na miłości bliźniego swego, przy czym to moi bliźni mnie wspomagali, a ja im jedynie mogłem dodać kilka słów otuchy i zachęty do dalszej działalności charytatywnej (w moim kierunku oczywiście skierowanej).

Wiesiek w mistrzowski sposób wspierał mnie też moralnie, gdy miałem wyrzuty sumienia i chwile zwątpienia, gdy wspólnie  przepiliśmy kolejny raz pieniądze na wymarzoną kurtkę. Wtedy stawał na szczycie swoich możliwości oratorskich i z całym przekonaniem wygłaszał sentencję po łacinie:

 - „Kapotus” vanitas vanitatuam et omnia vanitas  – co miało oznaczać - Kurtka, mój synu, to marność nad marnościami i wszystko marność. Po czym kończył już po polsku:

-  Marność (kurtka oczywiście), która prowadzi w prostej linii do pychy i samouwielbienia. A pycha i samouwielbienie mój bracie prowadzi do samozatracenia, a tym samym do całkowitej nicości. Bierz więc przykład  ze świętych tego świata. Na przykład taki  święty Franciszek z Asyżu też chodził nędznie ubrany, ale był szczęśliwy, gdyż dotarł do źródeł swojego jestestwa, do archetypów. Do tego był skromny i z pokorą przyjmował przeciwności losu, jakich życie mu nie szczędziło.

Rzeczywiście, po takich argumentach popartych odpowiednimi cytatami z Biblii moja skołatana dusza musiała skapitulować i ustąpić realiom naszego pijanego myślenia. Jednak nie bardzo rozumiałem co ja miałem wspólnego z tym szacownym świętym, a św. Franciszek z moim piciem. Wolałem jednak przemilczeć swoje wątpliwości, gdyż Wiesiek uczony w Piśmie był i basta. Nic więc dziwnego, że nazywałem go „Wielebnym”.

Któregoś pięknego dzionka rozstałem się z moim kompanem. Dręczyła mnie wtedy (jego również) niesamowita chandra i tęsknota za domem rodzinnym, rodziną, swoim miastem i kumplami, których dawno nie widziałem. Może już oboje czuliśmy, że najwyższy czas przystopować z piciem, trochę podreperować swoje nadwątlone zdrowie i odkuć się finansowo. Szybko wiec skonstatowaliśmy, że najwyższy czas się pożegnać i wrócić na drogę cnoty i prawości, do której nam obu razem było jakoś nie po drodze. Wierząc, że pojedynczo jesteśmy w stanie dokonać (na łonie rodziny) rzeczy wzniosłych, więc nic dziwnego, że od pomysłu, do jego realizacji droga była tym razem niezbyt daleka. Tym bardziej, że lada dzień miano nas odesłać do innych, bardziej odpowiedzialnych zadań, na kolejnych, socjalistycznych budowach.

Wkrótce się pożegnaliśmy piwem, chlebem i bigosem w dworcowym bufecie i ruszyliśmy pociągami w przeciwnych kierunkach. On na Warszawę, a ja na Głogów.

I tak kolejny raz, niczym syn marnotrawny wróciłem do rodzinnego domu.

Często wspominałem mojego zacnego druha i zastanawiałem się, jak się jego losy potoczyły. Jednak nie miałem większych złudzeń, że jak kroczył moją drogą, to mógł trafić co najwyżej do najbliższej knajpy. Coś mi jednak kołatało w mojej zapijaczonej łepetynie, że z takim talentem do picia i zjednywaniu sobie przyjaciół, Wielebny Wiesiek długo może jeszcze żeglować po alkoholowych morzach i oceanach.

W trzeźwych chwilach, których było coraz mniej, często wracałem w myślach do naszych wspólnie spędzonych, a raczej przepitych chwil. Dobrze się stało, że mojego kompana nie wyświęcili na księdza i gdyby co nie daj Boże, Wielebny został wikarym, to Kościół zyskałby kolejnego kapelana w stylu szwejkowego Otto Katza. Jednego jestem pewien na sto procent, że wtedy przepilibyśmy monstrancję, kielich, ornat i sutannę. Przepilibyśmy plebanię, kościół i samego Pana Boga, gdyby się znalazł taki naiwny, żeby to zechciał kupić. Skoro sprzedawano most Poniatowskiego i kolumnę Zygmunta, że o tramwajach nie wspomnę, to kto wie?

Tęskniłem za moim zacnym kumplem, za moją pociechą duchową, więc w każdej knajpie wypatrywałem wśród podochoconych bywalców swojego kompana. Nastawiałem uszu, czy nie usłyszę wśród knajpianego gwaru jego kojących słów o ciernistej drodze życia, o łasce Bożej i jego niezbadanych wyrokach. Coś mi jednak w środku mówiło, że jeszcze się kiedyś spotkamy i to w zupełnie innych, niespodziewanych okolicznościach. Te marzenie dodawało mi wiary, otuchy i nadawało sens mojemu zapijaczonemu życiu. Byłem nawet pewien, co by mój wielebny kompan wtedy powiedział:

    - Wiara mój synu czyni cuda. Zaufaj, a będzie ci lżej. Proś, a będzie ci dane. Kołataj, a będzie ci otworzone. Bo niezbadane są wyroki Boże i kręte ścieżki naszego grzesznego żywota. Ufaj mój synu, a dostąpisz łaski o jakiej  ci się nawet nie śniło.

Być może zakończyłby powitanie słowami otuchy jakąś kolejną  sentencją łacińską, których miał w zanadrzu co niemiara i na każdą okazję:

    -“Beati pauperes spiritu. Beati, qui nunc fletis, quia ridebitis”  co oznacza – Błogosławieni ubodzy duchem. Szczęśliwi, którzy teraz płaczecie, bowiem śmiać się będziecie.

Jednak mój zacny kompan nie potrafił we mnie wskrzesić religijności i przywrócić wiarę w Boga, którego istnienie już dawno przez alkohol odrzuciłem. Odrzuciłem, gdyż po przeanalizowanie wszelkich za i przeciw stwierdziłem, że Bóg i religia są mi do niczego niepotrzebne. A zawracać sobie głowę jakimiś przykazaniami, ewangeliami, a coraz bardziej widoczny blichtr kościołów i zachowanie niektórych księży raczej nie podbudowywał mnie duchowo. Bardziej deprecjonował to, co w dzieciństwie nakładli mi do głowy rodzice, księża i katecheci.

     Jednak często rozmyślałem o Wielebnym i marzyłem o spotkaniu z nim. Byliśmy przecież obaj wielcy i wyjątkowi  – „Ambo meliores jakby powiedział mój kompan – co w żartobliwym tłumaczeniu oznacza: „Wart Pac pałaca, a pałac Paca”

  Po wielu latach, gdy ja już nie piłem 23 lata rzeczywiście się spotkaliśmy i to w sytuacji, i w miejscu, którego bym w najlepszych marzeniach nie wymyślił. Przegadalismy wiele godzin i setnie się uśmialiśmy.

    W ubiegłym roku zostałem zaproszony na spotkanie, które odbywało się w domu rekolekcyjnym księży misjonarzy niedaleko Wołowa. Był tam ładny, zabytkowy klasztor, który swoim zwyczajem postanowiłem zwiedzić. Podczas zwiedzania podszedł do mnie jakiś  zakonnik, który mi się wcześniej przez dłuższy czas przyglądał, po czym wyciągnął rękę na powitanie i powiedział – Wiesiek jestem, czy to ty Michał?  

    Przegadaliśmy całą noc. Jak się okazało, on też powrócił do rodziny i po jakimś czasie, gdy już zerwał ostatecznie z alkoholem, postanowił wstąpić do zakonu misjonarskiego. Zaplanował sobie skończyć seminarium, wyświęcić się na księdza i resztę życia poświęcić służbie Bogu. Cel swój osiągnął przybierając zakonne imię Arnold. Był na misjach w Afryce i Nowej Gwinei. Aktualnie wypoczywał i zbierał siły na następny wyjazd do Ameryki Południowej. Bardzo się ucieszył, że mi się tak fajnie ułożyło życie. Jak dziwnie układają się ludzkie losy. Jaką drogę musieliśmy pokonać aby się spotkać. Jednak  dawne słowa pociechy Wieśka, że dobry Bóg nie pozwoli nam (niebieskim ptakom) sczeznąć stały się ciałem. Krętymi  dróżkami chadza jednak  łaska  Boża.

     Nad ranem, po przegadanej nocy pożegnaliśmy się jak na starych kumpli przystało, którzy w niejednym szynku nauki poganom głosili. Wiesiek, teraz już Arnold nie byłby sobą, gdyby nie powiedział po swojemu, czyniąc znak krzyża nad moją niewyspaną głową:

    - Benedico vos nomine patris et filii et spirytus sancti". Co w dosłownym tłumaczeniu oznacza" - Błogosławię was w imię Ojca i Syna, i Ducha Świetego.

    Nie chciałem być gorszy i siegnąłem w zakamarki swojej podświadomości i przypomniałem sobie coś z monistrantury przedsoborowej i z wielka powagą odrzekłem:

    - "Bene veritat Deus" i "Coeli enarrant gloriam dei". Co znaczy po polsku - Oby Bóg obrócił to na dobre! i Niebiosa głoszą chwałę Panu! Po czym już na poważnie obaj powiedzieliśmy:

    "Deo iuvante"  - co znaczy - Z boską pomocą.

    Na pożegnanie podarował mi swój zakonny krzyż, który nosił na szyii w tropikach (chodził wtedy w koszuli i bez habitu). Wisi on teraz w pokoju syna.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 205  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487205
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl