Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 212 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

EASY RIDER

niedziela, 30 maja 2010 12:07

     Wielu moich kolegów dziwi się, że nie mam pretensji do komuny, iż mnie zamknęła na parę lat do pierdla, bo jej nie lubiłem i stanąłem po właściwej stronie w grudniu 1970 r. Nie powiem, że te parę miesięcy w których wycierałem spodnie na dupie po aresztach śledczych należały do przyjemności. Bowiem jak powszechnie wiadomo, areszty z kratami i wtedy jeszcze z blendami zza których nie było widać słońca nie były wymarzonym miejscem dla miłujacych wolność obywateli, choć nazywano je delikatnie i milutko miejscami odosobnienie. Jednak ponad dwa lata spędzone w zakładach karnych w Bieszczadach, to był wspaniały prezent od komuny dla mnie. Nic to, że wieźlni mnie do mojego Idaho prawie 30 godzin w wagonie aresztanckim, ale za to już na miejscu w Uhercach, gdy zobaczyłem opadającą mgłę na bieszczadzkie kiczery, to mnie zauroczyło. Na dodatek jakiś swawolny Czadek rzucił na mnie sympatyczny urok i pokochałem Bieszczady na dobre i na złe.
                            *

Gdzie można zobaczyć wysmagane wiatrem, spalone słońcem i pachnące wolnością połoniny z jednej strony, a z drugiej pokryte lasami kiczery. Takie widoki, choć byłem więźniem, dawały mi poczucie lekko tylko okiełznanej wolności.
     Ludność miejscowa traktowała nas przyzwoicie, choć z pewną ostrożnością, bo przecież ówczesna propaganda czerwonej braci działała, ale za to leśna brać zakapiorska nie miała do nas uprzedzeń. Jednak, gdy po roku, jako wolny człowiek przyjechałem w Bieszczady, to mnie przyjęto jako swojaka. Ba, nawet usiłowano mnie z autobusu wyciagnać, gdy musiałem wracać do domu i pracy. To musiało zrobić wrażenie. Podobnie było w kolejnych latach, gdy włóczyłem się po Bieszczadzie. I tak jest do tej pory, bo Bieszczady to jedyne miejsce w Polsce, gdzie czas płynie wolniej, powietrze jest świeże, trawa zielona, a ludzie otwarci i sympatyczni. To jedyne miejsce, gdzie można spotkać malownicze drewniane cerkiewki, urocze przydrożne kapliczki, kamienne krzyże. To jedyne miejsce, gdzie wieczorem niesie się pieśń bieszczadzkich połonin, kiczer, kirkutów, palonych domostw i płaczu mordowanych prze UPA ludzi.
                                *
            Więc nie dziwcie się dla mnie
                 Że co rok uciekam
            Do tej Polski gdzie jeszcze
                Kocha się człowieka
                         *

Jeno w Bieszczadzie można spotkać takie roześmiane Anioły.
                           *

       Czy dowócę czołgu imć Ksiecia Pana Jedrusia.
                           *

Tylko tam można się pobujać na malowniczych huśtawkach.
                              *
     Tylko w bieszczadzie można posłuchać gawęd Zakapiorów, dobrego słowa Barda Bieszczadu Rysia. Tylko tam można się napić bieszczadzkiej herbaty do woli, wszamać pajdę domowego chleba z swojskim, prawdziwym masłem robionym w drewnianej masielnicy według przepisu prababci. Tylko tam można się gościć u znajomych, nieznajomych i znajomych znajomych.
     I dlatego w tym roku zawitam w Bieszczady z moją czeladką, by nacieszyć się wolnościa, spotkać życzliwego, prawdziwego człowieka, posłuchać wieczornej pieśni Bieszczadu, którą wiatr niesie przez połoniny i kiczery.
                          *
       
Jest takie miejsce, o którym pamięta Bóg
                  gdzie jeszcze można                 
            Spotkać prawdziwego człowieka.
             Wysłuchać gawęd Zakapiorów 
                    - soli tej ziemi

            Jest takie miejsce, gdzie wiatr
            Niesie przez połoniny i kiczery
        Pieśń Bieszczadu, będącej kompilacją
         Bojkowskiej dumki, śpiewu Łemków,
       Skocznej muzyki żydowskich klezmerów
           Słowiańskiego żalu płaczacych
          i jęki mordowanych i palonych
               przez sąsiadów.

   Jest takie miejsce, gdzie słychać jeszcze
       Szum górskich potoków i strumieni,
    Wycie wilków, ryk żubrów, niedźwiedzi, 
          śpiew ptaków, pomruki rysi...

    Jest takie miejsce, gdzie poczęstują ciebie
       Domowym chlebem i swojskim masłem
           Wysłuchają kłopotów i radości
           I podzielą się dobrym słowem
                Jest takie miejsce...
    


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

Stało się....

czwartek, 27 maja 2010 15:27

     Nieszczęścia chodzą parami, tak głosi obiegowe porzekadło. Podobnie jest na blogach, czytam wszystkie, ale nie każdy zapisuje mój komentarz. Tak bywa na WP. Niestety. Dlatego nie myślcie sobie, że o Was nie pamiętam. Fakt, że ostatnio brak mi weny na dowcipne wierszyki, a to za sprawą takiego tałatajstwa, co się RAK nazywa.
    Moja żona Renia miała usunięty mały guz w kroczu, który został wysłany na badania histopatologiczne i... Wyszło, że to nowotwór. W ostani piatek pobierali jej kolejny wycinek, ale w innym miejscu i czekamy na kolejny wynik. To te złe wiadomości.
    Na szczęście wczoraj córka załatwiła jej wizytę u onkologa, który raz w miesiącu przyjeżdża do naszego miasta. On zbadał żonę i kazał poczekać na drugi wynik i dać znać, aby ustalić dalsze leczenie. Będzie leczona w Instytucie Onkologii w Katowicach w klinice w Gliwicach. Lekarz powiedział, że rokowania są dobre. Mam nadzieję, że będzie dobrze, choć bez naświetlania, wycinania czegoś tam i chemii się nie obędzie. Lekarz przyjmuje u nas w ramach prywatnej praktyki, ale nie wziął ani grosza, gdyż wychodzi z założenia, że od swoich (pracowników służby zdrowia) się nie bierze. Najważniejsze, że najtrudniejsze mamy już za sobą i nie musimy się martwić proceduralnym korowodem z załatwianiem miejsca i pokonywania kolejek, no i to, że Renia ma już lekarza, który będzie ją prowadził w klinice.
     Kolejnym problemem była powódź, która choć groźnie wyglądała, to nasze miasto i miejscowość gdzie mieszka córka Ewelina z mężem i wnukiem nie została zalana, bo wały wytrzymały. Córka z wnukiem mieszkali parę dni u nas, a zięć zasuwał z innymi na wałach i likwidował podsiąki i przecieki. Wczoraj Ewelina pojechała już do domu, gdyż Odra zaczęła opadać i bezpośrednie zagrożenie minęło. To jest dobra wiadomość, a zła jest taka, że Ewelina była u okulisty, zrobiła badania i wyszło, że ma poczatek jaskry. Dobra to ta, że wdrożono już leczenie i przepisano krople, które będzie zakraplać do końca życia. Rokowania są raczej dobre, bo na razie na operację laserem się nie zanosi.
    No więc sami widzicie, że nie mam nastroju minorowego i nie mam weny na pisanie dowcipnych komentarzy. No i czasu ostatnio nie było, bo komunia i praca, której mam coraz więcej, bo koleżanka już trzeci tydzień jest na zwolnieniu. No i Miłków, gdzie mam co prawda dostęp do internetu, ale mój potencjał pokory z czekaniem na otwieranie profili sie już wyczerpał. Bowiem Miłków jest już poza granicą zasięgu tego operatora i nieraz się włączy, a nieraz nie. Pewnie od wiatru zależy i od pogody, a ta ostanio nas nie rozpieszczała.
     Mam nadzieję, że będzie lepiej, a ja wrócę do efektynego życia blogowego. Na razie wybaczcie Rebiata za komentarze. Najważniejsze, że czytam wasze blogi.
    Kampani wyborczej nie oglądam i totalnie mi zwisa kalafiorem, kto zostanie preziem - Jar Kaczor, czy Komorowski, choć wolę tego drugiego. Jarek mi powiewa, bo nie wierzę w jego przemianę i boję się kolejnej IV RP, w której o 6 rono kolbami w drzwi łomotali i do aresztu wydobywczego brali bez żadnych dowodów. Wierzcie mi, że za komuny się nie bałem, bo wiedziałem czym ryzykuję, ale to był mój świadomy wybór. Za IV Kaczej RP jeno pyskowałem i się nabijałem z PiS, i przystawek, a bałem się kurwa jak zając pod miedzą. Bo komuna była złem, a IV RP to stalinowska bolszewia w złagodzonej formie.
    Ja widzę w telewizorze durną mordę tego obwiesia Leppera, co mu się stolec prezydenta Najjaśniejszej RP marzy, to aby nie puścić pawia z obrzydzenia przeskakuje na inny kanał. Dobrze, że mam ich 60.
                              *
            Dla Eli Malarki i Pięknej Dziewczyny

                  Bo ja jestem taka rasa
                 Że mam kumpla katabasa
        I choć mam watpliwości, co do istnienia Boga
               Wierzę głęboko, że mi pomoga


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

KOMUNIA KAROLINKI

niedziela, 23 maja 2010 15:17

     Tydzień temu moja wnuczka Karolinka była u Pierwszej Komunii. Uroczystość odbywała się w kolegiacie głogowskiej u mojego serdecznego kolegi proboszca ks. kanonika Rafała Zendrama. Nie będę pisał dlaczego w kolegiacie, a nie w naszej parafii, ale było super. Już wcześniej pisałem o Rafale, nietuzinkowym proboszczu, który ma wspaniały kontakt z młodzieżą i dziećmi. Ba, i jest odbudowniczym głogowskiej kolegiaty, której odbudowę i probostwo przejął od ks. prałata Ryszarda Dobrołowicza, któremu cieżka choroba przerwała te zbożne dzieło.
    Lubię Rafała, który wspaniale spełnia swój duszpasterski obowiązek i dobrze radzi sobie z odbudową. Gdy w piątek dzieci miały ostatnie spotkanie, to rodzice sprzątali kościół, a po zakończonej pracy w nagrodę wszyscy wdrapali się na wysoką wieżę kolegiaty, aż po same dzwony. To było dla nich niezapomniane wrażenie. Podobnie jak sama uroczystość, która była wielkim, ale niestresującym przeżyciem dla dzieciaków i rodziców. Po komunii, gdy ks. Rafał zamykał małą procesję dzieci zauważył mnie, podszedł i się przywitał: Witaj Michałku. Fajnie, że jesteś. A ja: Cześć Rafałku. Dziękuję. Nie powiem, czułem się wyróżniony.
                        *
    
         Karolinka jeszcze w domu.
                        *
    
Wnuczek Miłoszek siedział przy mnie i też przeżywał komunię kuzynki.
                         *

Po kumunii - od lewej córka Ewelina chrzestna, chrzestny Andrzej, babcia  Tola z Kożuchowa, Aurelia - żona chrzestnego z synem i Ania, moja najstarsza córka i mama Karolinki, no i Karolinka na pierwszym planie. Ojciec Karolinki podobnie jak i ja robił zdjęcia.
                            *

        Karolinka z ojcem, mamą i chrzestnymi.
                             *
      
Ołtarz i odbudowane prezbiterium z pięknymi witrażami.
                             *
      
Po południu - ks. Rafał wręczył obrazek Karolince.
                          *

W bocznej nawie jest ołtarz poświęcony ofiarom tragedii w Smoleńsku.
                              *
      
Makieta machiny oblężniczej do której były przywiązane dzieci głogowskich notabli oddane jako zakładnicy. Machina w bocznej nawie upamiętnia 900 rocznicę bohaterskiej obrony Głogowa przed wojskami niemieckimi.
                           *
     
Trzy pokolenia - kanonik Rafał, Karolinka z mamą, którą Rafał uczył religii w ogólniaku. 
                            *

      Dzieci komunijne modlą się przed ołtarzem.
                           *
      
Karolina z wujkiem Sebastianem (moim zięciem).
                          *
     
Karolinka z ciocią Basią, moją najmłodszą córką.
                          *
     
   Wychodzimy już z kolegiaty. Nawa główna.
                              *

 Karolinka w domu ogląda przezenty i pamiątki komunijne.
                              *
       
Dawać obiad, czy nie? Babcia Renia i moja żona zarazem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

KL GROSS ROSEN

piątek, 14 maja 2010 16:17

     W powrotnej drodze z Książa skręciliśmy w Rogoźnicy (wieś między Strzegomiem, a Jaworem) do dawnego obozu koncentracyjnego KL Gross Rosen. Jest on dla mnie szczególnym miejscem, gdyż siedział w nim mój dziadek Michał Kopeć, żołnierz AK obwodu "Lelek" w Lesznie. Aresztowano go wraz z wielma akowcami po dużej wsypie za sprawą konfidenta. Osadzony w tym obozie otrzymał numer 65154 z winklem z czerwonym "P" - więzień polityczny. Dziadek przeżył obóz, wytrzymał ewakuację transportem śmierci w lutym 1945 r. do KL Mittelbau-Dora w Saksoni. Z Dory już niestety nie wrócił i nie wiadomo nawet jak zginął. Sąd Grodzki w Lesznie w 1947 na podstawie zeznań swiadków uznał dziadka za zmarłego. Dlatego ja mam imię Michał. Imię po dziadku, gdyż rodzina postanowiła, że pierwszy powojenny potomek płci męskiej otrzyma imię dziadka. Zawsze byłem i jestem dumny z tego imienia. Dlatego czniam na J. Kaczyńskiego, który za moje przekonania umieścili mnie tam, gdzie stało ZOMO, odbierając mi  tym samym prawo do patriotyzmu. Potwierdzili brak tego prawa prawicowe oszołomy w czasie narodowej żałoby.
                             *

Droga do bramy obozowej z napisem "ARBAIT MACH FREI" . Wiele razy mój dziadek ją przechodził w drodze do pracy i z pracy. Żegnała i witała ich obozowa orkiestra. Zawsze ich mniej wracało, bo niektórzy umierali, albo rzucali się z rozpaczy i załamania w przepaść kamieniołomu.
                              *

Pomnik upamiętniający morderczą pracę więźniów w kamieniołomach. Za nim schody prowadzące do kamieniołomów.
                             *

      Szubienica obozowa na placu apelowym.
                             *

Fundamenty baraków obozowych po prawej stronie drogi obozowej. Baraki nie przetrwały, gdyż zostały rozebrane przez miejscową ludność na materiał budulcowy. Rosjanie gdy zdobyli te tereny zastali pusty obóz i puste baraki. Mieszkali w nich przez kilka dni, a potem... Długo nikt się nie interesował obozem.
                             *

Wejście do łaźni obozowej. Na 100 więźniów musiały wystarczyć trzy płócienne ręczniki i kostka szarego mydła. Golono ich na sucho tępymi brzytwami....
                              *
            
Obozowy czas wyznaczał dzwon na tej wieżyczce.
                           *

Mauzoleum z prochami wieźniów spalonych w krematorium.
                             *
        
Krzyż na obelisku na końcu obozowej drogi. W głębi za krzyżem w małej dolince było tzw. "Małe Auschwitz" - podobóz przeznaczony do więźniów ewakuowanych z KL Auschwitz. Obecnie jest restaurowane.
                                 *
        
Polowe krematorium. Palono w nich zwłoki, gdy krematorium miejskie w Legnicy nie mogło sprostać "pracy". Później obok wybudowano trzy stałe piece, które "wyrabiały" plan.
                              *

Polowe krematorium z boku. Przed paleniskiem stoi specjalny pojemnik do popiołu po spalonych zwłokach. Przed nim widać fundamenty stałych pieców krematoryjnych, które nie przetrwały próby czasu i ludzkiej ciasnoty umysłu.
                             *

Tablica przy krematorium upamiętniająca przeniesienie prochów więźniów do Mauzoleum.
                               *


A to Ściana Śmierci z wieloma tablicami upamiętniającymi śmierć wielu więźniów z całej Europy. W KL Gross Rosen zamordowano ponad 70 tysięcy wieźniów.
                                 *

Kamieniołomy - miejsce katorżniczej pracy. Panuje tam przejmująca cisza i nie słychać, ani nie widać ptaków. I pomyśleć, że za komuny jeszcze wybierano tam kamień. Dopiero protesty byłych więźniów z całego świata spowodowały, że komunistyczni decydenci  przerwali ten proceder i kamieniołomy zamknięto.
                                *

           Budynek muzeum w dawnym kasynie SS.
                              *


       Płaskorzeźba na ścianiew holu budynku muzeum.
                              *

    Makiety dawnego obozu w muzealnym budynku.
                              *

Obozowa droga. Po jej obu stronach stały baraki mieszkalne, warsztaty, kuchnia, etc... Esesmani mieszkali przed bramą główną.
                              *

    Moja żona na tle bramy obozowej od strony obozu.
                                 *

Pożegnanie KL Gross Rosen - kamieniłomy już za siatką.
                               *

Strona tytułowa listu dziadka z obozu do rodziny w Niemczech.
                             *


Ostatni list dziadka do mojej babci. Babcia z całą rodziną po aresztowaniu dziadka została wywieziona na roboty do Niemiec. List musiał być pisany po nimiecku - dziadek znał go dobrze. Wiem z opowiadań więźniów, którzy przeżyli obóz, że pisał też listy swoim kolegom, którzy niemieckiego nie znali.
                               *

Pismo do mnie z muzeum, gdzie szukałem wiadomości o dziadku.
                                *
     Przez Kl Gross Rosen przewinęło się ponad 140 tysięcy więźniów wielu narodowości. Siedzieli też tam pospolici kryminaliści niemieccy, którzy pełnili funkcje kapo i inne.
     Od wielu lat obóz jest odrestaurowywany z funduszy Unii Europejskiej. Przy jego odbudowie pracowała też młodzież polska i niemiecka.
     Gdy byłem w nim pierwszy raz, to spotkałem niemiecką rodzinę. Widziałem ich wzrok pełen współczucia i zakłopotania, gdyż widzieli jak pracownica muzeum dawała mi kserokopie dokumentów z obozowych zapisów dotyczących mojego dziadka. Widocznie domyślili się, że jestem z rodziny byłego więźnia.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

NON OMNIS MORIAR

wtorek, 11 maja 2010 22:09

                              *
            
   
    Ze smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci wybitnego aktora Macieja Kozłowskiego. Tym bardziej ta wiadomość mnie poruszyła, że znałem go osobiście. Poznałem go na X-lecie Konkursu Lierackiego im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej, gdzie pan Maciej był honorowym gościem, bo przecież z Kargowej pochodził. Porozmawialiśmy sobie w kawiarni, pożartowaliśmy trochę z jego roli Jaroszego w "M - jak miłość". Pytałem go, czy doprawi rogi Markowi z Hanką. Maciej się roześmiał i powiedział, że nie. Pokpiwałem z jego roli Holendra w "Plebani", który rżnął przygłupa, a wykręcił Tracza jak naiwne dziecko. Później od jego koleżanek dowiedziałem się, że choruje na śmiertelna chorobę. Fakt, był wychudzony, ale miał niesamowite poczucie humoru i widać było po nim ogromną wolę życia. Słowem się nie poskażył gdy czytał fragmenty prozy Paukszty, choć wiedziałem od jego znajomych, że bardzo cierpi. Wracał wtedy ze szpitala z Łodzi i z planu filmowego "Ojca Mateusza". Promował  też w kargowskim kinie film "Generał Nil", w którym grał jedną z ważnych ról. 
    W czasie naszej rozmowy wyczułem, że jest fajnym i miłym Człowiekiem, otwartym na innych i chętnie pomagającym innym. Tym właśnie zasłużył się dla swojej małej miejscowości i na zawsze zapisał się w pamięci kargowian.
     Nie sprawiał wrażenia gwiazdora, bo takie uczucie było mu obce. 
   Za parę dni oglądałem w telewizorze rozmowę z nim, w której opowiadał o swoim życiu i chorobie. Podziwiałem jego poczucie humoru i ciepło, którym nas obdarzał.
    Zastanawiam się do dziś, jak taki miły, ciepły i wrażliwy Człowiek grał przeważnie twardzieli i szwarccharaktery. On grał takie role, bo taki był jego zawód, choć w życiu był zupełnie innym Człowiekiem. I dlatego podziwiałem i podziwiam jego kunszt aktorski.
     Żegnam Cię Macieju...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 184  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487184
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl