Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 213 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Święto Matki

niedziela, 27 maja 2007 17:43

    

 Jak to na działce...  

     Zrobiliśmy sobie na działce z całą moją rodziną dzień matki. Porobiłem kilka zdjęć na moim nowym aparacie, który dopiero rozgryzam. Stąd jakaś stara data na fotkach. Dopiero dzisiaj mi zięć ustawił wszystko jak należy. Może mi się uda parę wkleić do bloogu.

    Udało się, choć niezbyt wprawnie, ale zawsze coś.

    

    Na zdjęciu moja żona, najstarsza córka (mama wnuczki) i moja wnuczka Karolinka. Szykują kiełbasę na grilla. 

                                                   

    To ja w całej swojej okazałości - ma się te warunki (moja jest woda obok papierośnicy, a nie piwo).

 

 Mój zięć Sebastian, córka Ania i córka Ewelina (żona Sebastiana)

Zasłonięta gałęzią wiśni Agnieszka (dziewczyna mojego syna), mój syn Piotrek, córka Basia, Łukasz i Karolinka tyłem.

 

 

   Córka Basia i Łukasz.

 

Moja wnuczka Karolinka tańczy Makarenę

 

 

Syn Piotrek z Agnieszką

 

Moje nastarsze córki Ania i Ewelina

 

    Warto mieć liczną rodzine. Zawsze to weselej i przyjemniej. Nie czujemy się chociaż samotni. Ale dają nieraz popalić - tato, mamo - daj. A ja co! Na Rockefellera wygladam? A żona na księżną Monaco?


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Do Wędrowca

czwartek, 24 maja 2007 19:49

  

Jest to fragment mojej nowej książki, ale nie o Bieszczadach:

                                                 SENNY  KOSZMAR

      Piję już trzeci dzień, tylko nie rozumiem skąd  znalazłem się w Wschowie. Czyżby w moim rodzinnym G. zabrakło knajp? Siedzę na jakimś fotelu z tęgim kacem, łeb ciąży jak tona ołowiu i sprawia wrażenie, że za chwilę jakaś straszna  rozerwie go na kawałki. Do tego w mej skołatanej głowie słyszę przeraźliwy tupot setek białych mew. Tupot, który przypomina upiorny werbel wybijający takt przed egzekucją. Chce mi się rzygać i siłą zmuszam moje trzewia do równowagi. Wypijam prosto z butelki  setkę wódki i siłą zaciskam usta by mój przepity żołądek utrzymał tę odrobinę życiodajnej substancji. Jeszcze chwila zmagania z własnym żołądkiem i czuję ulgę. Potem  druga seta na poprawkę i mój umysł zaczyna jaśniej pracować przywracając mi  chęć do życia. Zapalam papierosa i zastanawiam się co robić. Muszę przecież wrócić do domu i jakoś wytłumaczyć się żonie z mojej trzydniówki. Boże! Jak jej  powiedzieć, że znowu piję po dwudziestu latach trzeźwości. Cholera! Co powiedzieć kolegom, szefowej w pracy i tym wszystkim, którzy znali mnie trzeźwego. A może nic nie powiem? Może jakoś dojdę do siebie  i wrócę jakby nigdy nic się nie stało? Co ja do diabła kombinuję, przecież moje pijaństwo i tak się wyda. Co ja do cholery robię w tej Wschowie i dlaczego znowu piję. U kogo ja właściwie jestem?              

      Budzę się w środku nocy z mokrym od zimnego potu czołem. Przez chwilę zastanawiam się gdzie jestem. Chce bardzo mi się pić, więc po omacku sięgam po szklankę z wodą mineralną. Wypijam tęgi łyk i zaczyna mi wracać świadomość. Jestem w swoim łóżku  we własnym domu. Na fotelu  pochrapuje mój stary pies, obok mnie cicho śni żona, dzieci śpią w swoich pokojach, a w powietrzu unosi się lekki zapach książek, perfum żony i mojej wody kolońskiej. Nie czuć odrażającego zapachu tanich papierosów, trawionego alkoholu i odoru spoconego, niemytego ciała. A więc to był tylko senny koszmar. Koszmar, który  wraca, mimo, że już od dwudziestu lat nie miałem alkoholu w ustach. Zły sen, który będzie mi najpewniej towarzyszył do końca życia i przypominał, że miałem kiedyś problem z alkoholem.                                                                                                                           Nie potrafię zasnąć. Zaczynam więc myślami wędrować w przeszłość i  przypominać sobie pewne epizody z mojego kilkunastoletniego alkoholowego życia. Pamięć jednak bywa wybiórcza, gdyż w mojej pozostały mniej wstydliwe wspomnienia. Może te bardziej drastyczne, te za które powinienem się wstydzić tkwią, gdzieś w mojej podświadomości i odezwą się przy innej okazji. A może nigdy nie dadzą mi znać o sobie. A może już tak jest, że wolimy pamiętać o tych przyjemniejszych przeżyciach. Kto to wie?  

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Dla Wędrowca...

czwartek, 24 maja 2007 19:22

   

     Jest to fragment mojej pierwszej książki:

                                               

                            PRZEBUDZENIE           

     Najtrudniej było znosić poranne kace, które stawały się normą i były naturalną konsekwencją wcześniejszych uciech, podlewanych obficie alkoholem. Kace jak przystało na rasowego pijaka leczyło się klinem – czyli kolejną dawką alkoholu – najlepiej piwa. Pół biedy, gdy miało się na parę piw po przebudzeniu, ale gorzej było wtedy, gdy w kieszeni była pustka, a wczorajsi koledzy, którzy pili na nasz rachunek jakoś nie pamiętali o nas. Wtedy należało uruchomić swoją elokwencję i repertuar wypróbowanych sposobów na zmiękczenie bliźniego, który mógłby nas finansowo poratować w potrzebie. Na szczęście naiwnych o miękkim sercu nie brakowało. Najgorszym moim okresem, w którym wielokrotnie przekraczałem dopuszczalne normy picia był czas, gdy opuściłem mury jednostki wojskowej  i rzuciłem się w wir alkoholowych uciech, aby sobie z nawiązką zrekompensować stracony czas. Chyba mi każdy przyzna racje, że okres pobytu w wojsku jest czasem bezpowrotnie straconym i to na zawsze. Nic wiec dziwnego, że długo jeszcze odreagowywałem sobie stracone  w wojsku dwa lata.

    Pijak ma taką mentalność, że każe zapicie, każdą alkoholową balangę potrafi sobie i innym racjonalnie wytłumaczyć. Podobnie było ze mną. Okres odreagowania wojska nazywałem żartobliwie: „W poszukiwaniu straconego czasu”. Oczywiście, że moje poszukiwania nie miały nic wspólnego z znanym siedmiotomowym dziełem Marcelego Prousta, no, może tylko tyle, że składały się z wielu opowieści knajpianych, które tworzyły pewien cykl. Warto jednak wspomnieć, że każda z tych opowieści kończyła się permanentnym kacem, w którym samopoczucie i stan ducha mógłby stać się tematem nowej powieści psychologicznej. Powieści na wzór napisanej kiedyś przez Francoise Sagan – „Witaj smutku” i to pod warunkiem, że znalazłby się ktoś, kto chciałby zrobić tej znanej autorce konkurencję i wysłuchiwać bełkotu zmaltretowanego psychicznie i duchowo pijaczka.

    Dumając smętnie nad kuflem piwa nieraz myślałem ja się wydostać z tego zaklętego kręgu  -  kręgu picia, leczenia kaca, trzeźwienia i.... picia, leczenia kaca i trzeźwienia. Jednak jeszcze kilka lat dojrzewałem do podjęcia decyzji radykalnej zmiany, męcząc siebie i innych. Ile trzeba było doświadczyć zła, ile zła musiałem uczynić bliźnim nim się opamiętałem.

    Olśnienie przyszło po rozmowie z moim przyjacielem, do którego zwróciła się moja żona, zaniepokojona moimi wyskokami alkoholowymi. Szczerze mówiąc nie stroniłem wtedy od kieliszka, ale też nie piłem ciągami jak inni alkoholicy. Upijałem się, to prawda, ale nie robiłem w domu awantur i na swój sposób dbałem o dom i dzieci. Myślałem wtedy, że każdy mężczyzna musi się napić i nie rozumiałem żony, która mi w tym przeszkadzała. Być może uległem filozofii moich kolegów, którzy twierdzili, ze skoro oddaje pieniądze na dom i nie robię awantur, to wszystko jest w porządku. Nie rozumiałem, że  moja żona chce męża trzeźwego, a moje dzieci zaczynają się wstydzić za mnie, gdy wracam z pracy na bani. Nie rozumiałem wielu rzeczy, a powody swoich problemów umieszczałem daleko od siebie i zawsze szukałem winnych. Bo przyznać się przed samym sobą do własnej winy graniczyło z cudem i było niemożliwe. Pijane myślenie blokuje samokrytycyzm i logiczne myślenie.

    Mój kolega, który sam jest alkoholikiem i pracuje jako znany terapeuta, szybko wybił mi takie myślenie z głowy. On wyczuł, ze jestem pijakiem, którym wystarczy mocno wstrząsnąć, by sprowadzić go na ziemię. Boże! Jak on mnie wtedy opieprzył Jednak otworzył mi na tyle oczy i zgodziłem się na terapię. Nim zrozumiałem co mnie tak naprawdę dręczyło minęło trochę czasu. Wreszcie coś załapałem z terapii i ruszyłem do przodu. Później już poszło z górki i od kilkunastu lat nie piję.

    Powtórne przebudzenie przyszło za kilkanaście lat, gdy zawał serca wyeliminował mnie z zawodowego życia. Ocierając się o śmierć zrozumiałem, że ważne w życiu jest zupełnie coś innego, niż mi się dotychczas wydawało. Leżąc w szpitalu, gdy powoli dochodziłem do siebie, dokonałem swoistego przewartościowania mojego dotychczasowego życia. Nie było to łatwe, gdyż trudno wyrzec się pewnego schematu myślenia i zrezygnować z dawnych planów życiowych. Jednak udało mi się zrozumieć, że pogoń za pieniędzmi, awansami nie jest najważniejsze, bo ani pieniędzy, ani żadnych dóbr, czy kariery zawodowej nie zabiorę ze sobą w ostatnia podróż czółnem Charona przez Styks. Dotarło do mnie, ze warto jeszcze coś w życiu zobaczyć i przeżyć, bo tylko nasze przeżycia i zakodowane w umyśle obrazy zabiorę ze sobą na drugi brzeg. Ale o tym jeszcze napiszę.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Upał, upał, upał...

czwartek, 24 maja 2007 19:11

 

  Trudno mi się myśli, gdy upał doskwiera. Szare komórki gorzej pracują. Ale ciesze się, że kolejną książkę skończyłem i szukam już sponsorów na jej wydanie.

    16 maja miałem swój wieczór autorski, który wszystkim się podobał - mi również. Nic w tym dziwnego, skoro profesjonaliści go przygotowali. Było sporo osób, tak, że krzesła donoszono. Parę ksiażek sprzedałem przy tej okazji (dobrze, że kilkanaście egzemplarzy mi jeszcze zostało na takie nieprzewidziane okazje).

    Wczoraj kupiłem za niewielkie pieniądze drukarkę ze skanerem i kopiarką, która prosto z aparatu zdjecia wydrukuje.

    Dzisiaj odebrałem córki nagrodę w konkursie ekologuicznym (II miejsce). Jest to aparat cyfrowy, który od niej odkupiłem, bo ona chciała coś innego. Dzieciom się nie odmawia.

   Mam prośbę do Wędrowca, aby mnie oświecił jak wkleja zdjęcia z aparatu do swego blooga. Tylko, żeby to było proste i łatwe, bo ja nie jestem komputerowcem.

    Jak skończę autokorektę, to umieszczę jeszcze ze dwa fragmenty mojej nowej książki z Bieszczad. Może też na skutek przeżycia z pewnego opisu Wędrowca umieszczę taki bardziej drastyczny, aby ta osoba nie czuła się sama w swoich problemach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Cd mojej książki...

sobota, 19 maja 2007 17:50

    

    Oto kolejny fragment mojej książki. Jest to opowiadanie myśliwskie, którym uraczyłem gości przy ognisku u Władka Podrazy:

 

       Strzelba, odyniec  i  św. Hubert

      Powiadają, że myśliwi są niepoprawnymi bajarzami ustępujący miejsca jedynie wędkarzom. Coś z tego musi być na rzeczy, gdyż jak opowiadają swoje niesamowite, lecz najprawdziwsze z prawdziwych historie o  złowionych, czy upolowanych okazach, najczęściej brakuje im rąk i słów do określenia wielkości zdobyczy. A ile przy tym przysięgania się na wszystkie świętości, na głowy matek i dzieci. Jednak lubię słuchać tych mrożących krew w żyłach opowieści, a jeśli jest ku temu  sposobny czas i magiczne miejsce, to mogę ich słuchać godzinami. Ponieważ każdy coś opowiadał to i na mnie przyszła kolej. Nie byłem myśliwym jak większość zebranych. Chodziłem jednak w nagance na polowaniach i coś niecoś z tamtego okresu pamiętałem. Były to jakieś mało znaczące strzępy zasłyszanych na koniec polowań historyjek. Jednak najbardziej mi utkwiła w pamięci przeżyta historia na polowaniu na dziki z kuzynem Romkiem z Wolsztyna.           

     Romek był wtedy młodym jeszcze myśliwym, który pierwsze kroki w myślistwie stawiał z radziecką jednorurką. Nie było go stać na lepszą strzelbę, więc kupił ją z drugiej ręki od kolegi z koła łowieckiego. Miał już co prawda na swoim koncie kilka dzikich kaczek, parę zajęcy, dwa lisy i jelenia z niezbyt imponującym wieńcem. Brakowało mu do szczęścia jedynie (choć skromnego) dzika. Jednak wierzył, że i do niego się szczęście uśmiechnie, a św. Hubert nie pozwoli mu sczeznąć na polowaniach z ruską flintą. Tak też się stało, a uratował go wujek z Francji, który też był zapalonym myśliwym. Widząc, że myślistwo krewniaka nie było słomianym ogniem, potrząsnął trochę kiesą i kupił mu  wspaniałą strzelbę. Była to kniejówka, dwunastka o pięknie wygrawerowanej osłonie zamka, górnej części kolby i komorach nabojowych. Istne cudo sztuki rusznikarskiej, a jak dobrze leżała w rękach. Choć ładna miska jeść nie daje, to z ładną strzelbą  człowiek się lepiej prezentuje – powiadał kuzyn. Nie o prezencję mu jednak chodziło.

     Oj nie mógł się Roman doczekać na pierwsze łowy, bo przestrzelanie broni na strzelnicy, to  nie jest to samo co polowanie. W jego mniemaniu wymarzona strzelba była jeszcze w dziewiczym stanie.  

      Gdy w ich kole organizowano polowanie na dziki, to on dał mi znać, abym do niego przyjechał i wziął w nim udział jako jeden z naganiaczy. Od razu wiedziałem, że jego troska o mnie wynikała z chęci pochwalenia się nową kniejówką, ale co mi tam.

     Miałem jeszcze parę dni urlopu do wykorzystanie, a druga połowa sierpnia pasowała mi jak ulał, więc z  chęcią odwiedziłem kuzyna. Gdy już dostatecznie długo zachwycałem się jego nowym nabytkiem i nawet strzeliłem z niej z łodzi do stada wron nad jeziorem, nadszedł czas polowania. Jak mnie zapewniał, nie będzie to ot takie sobie zwykłe polowanie, choć miedzy Bogiem, a prawdą gospodarze z ich obwodu strasznie naciskali na leśniczego i łowczego w jednej osobie, aby wreszcie zrobił porządek z tymi dzikami, co to ich pracy i plonów nie uszanują, buchtując na polach bez opamiętania. Wiem, że Roman był lubiany przez swoich kolegów z koła, a i oni życzyli mu „Darz Bór” w upolowaniu pierwszego dzika.  Polowanie miało być jak się patrzy:Z całym ceremoniałem i odgrywaniem na rogu wszelakich sygnałów dla myśliwców i zaganiaczy. I z bigosem myśliwskim na koniec łowów”. Nie mogło też na nim zabraknąć psów posokowców, co dojdą za farbą postrzelonego zwierza.                                   

     Zaczynało dnieć, gdy z trzema myśliwymi przepłynęliśmy łodzią na drugi brzeg jeziora. W sierpniowym brzasku, wśród wznoszących się oparów widać było inne łodzie, którymi płynęli pozostali myśliwi na miejsce zbiórki. Nie ukrywam, że po raz pierwszy płynąłem na polowanie łodzią. Domyślałem się, że ich obwód jest na drugim brzegu jeziora. Po drodze kuzyn tłumaczył mi z grubsza co oznaczają wygrywane sygnały i dodał, że będę szedł w pobliżu doświadczonego naganiacza,  który będzie miał mnie na oku. Było mi to na rękę, gdyż nie znałem dobrze tych terenów. Wcześniej wysłuchałem opowieści o dużym odyńcu – samotniku, który okrutnie buchtuje gospodarskie pola, po czym zalega na podmokłym terenie, porośniętym olszyną, trzcinami i dużymi kępami tataraku. Te bagniska nie były zbyt bezpieczne i  rzadko kto próbował na nie się zapuszczać. Wielu się zasadzało na tego samotnika, ale nikomu nie udało się go spotkać, ani dojść na odległość strzału. Nawet łowczemu, który miał uprawnienia selekcjonera i wieloletnie doświadczenie myśliwskie. Szczerze mówiąc  wątpiłem w istnienie takiego ogromnego odyńca, którego ponoć widziano z oddali, ale nigdy z bliska. Jednak nie mówiłem głośno o swoich wątpliwościach. Nie chciałem po prostu  urazić zacnych myśliwych - byłem przecież ich gościem.              

    Łowczy sprawnie przeprowadził odprawę, określił mioty, rozlosował stanowiska myśliwskie w poszczególnych miotach i ustawił naganiaczy. Wreszcie zatrąbił sygnał na początek polowania. Po sygnale ruszyliśmy ławą do przodu, a ja uważałem by nie stracić z pola widzenia mojego opiekuna. Szliśmy od pól w kierunku sosnowego młodnika, który majaczył w oddali w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. W pewnej odległości za młodnikiem, na linii lasu stali myśliwi. Widziałem z oddali jak kilka wypłoszonych dzików ucieka do młodnika. Pewnie parę z nich padnie od kul myśliwych - pomyślałem sobie w duchu i z niecierpliwością czekałem na pierwsze strzały.

     – Ciekawie jak się poszczęści Romanowi – myślałem, życząc mu w duchu powodzenia. Po głośnej palbie, gdy zabrzmiał sygnał zwiastujący koniec miotu strzały ucichły. Wiedziałem, że możemy już dojść do myśliwych i podziwiać ich zdobycze. Zmartwiłem się, że kuzynowi nic nie weszło pod lufę. On nadrabiał miną i pocieszał się, że poszczęści mu się w następnym miocie. Podświadomie czułem, że by się zadowolił nawet skromnym przelatkiem. Zrobiliśmy jeszcze parę miotów, a Romanowi ciągle się nie wiodło. Głowy bym nie dał, ale znając jego porywczy charakter i gorącą krew, domyślałem się, jak on psioczy w duchu na św. Huberta, który nie daje mu ustrzelić dzika, by tym samym pozbawiać dziewictwa nową strzelbę. A może myślał, że św. Hubert chce go ukarać go za pychę z powodu ładnej strzelby. Był jednak niepocieszony, choć starał się tego nie okazywać. Mimo tych zabiegów domyślałem się jak się  czuje.

      Nadszedł ostatni miot i widziałem po jego minie, że nie przypadło mu do gustu krańcowe  stanowisko w tym miocie. Nie wiem jak on, ale ja nadal wierzyłem, że mu  św. Hubert odpuści i naprowadzi pod lufę dorodnego przelatka, albo nawet odyńca.

      Nie znam się zbyt dobrze na sztuce łowieckiej, ale myśląc na chłopski rozum jego stanowisko nie było najgorsze.  Za  świerkowym młodnikiem zaczynały się już moczary, które były ostoją i azylem dla uciekających dzików, gdzie leczyły lekkie postrzały i rany spowodowane ucieczką przez zarośla i kolczaste krzewy.

      Zabrzmiał ostatni sygnał i ruszyłem z naganką przez ostatni miot. Było jak w poprzednich miotach – najpierw cisza przerywana naszym pohukiwaniem, potem trzask łamanych krzaków i gałęzi w oddali.  Z daleka widziałem migające  rapety dzików gdy długimi susami uciekały przed siebie, wyrywając rapciami kawałki darni i grudki ziemi. Później słychać było strzały padające z różnych stron, by na koniec usłyszeć donośny dźwięk sygnałówki zwiastujący koniec miotu. Nastała chwila ciszy, gdy nagle usłyszałem jak Romek trąbi na lufie i przywołuje kolegów. 

     - Ki diabeł – pomyślałem sobie, gdy z daleka zobaczyłem rozgorączkowanego kuzyna, jak wymachiwał rękami tłumacząc coś zawzięcie kolegom. Gdy podszedłem do niego usłyszałem, że postrzelił jakiegoś ogromnego odyńca, który nie padł na miejscu, tylko uszedł w młodnik. Widziałem niedowierzanie w oczach kolegów, a Jasiu – największy wesołek i żartowniś z koła, dla wygłupu zatknął Romanowi sosnowy złomek za wstążkę kapelusza. Widziałem, że jest mu markotno. Zauważył to nawet łowczy i rzekł z powagą: - Spokojnie Roman – opowiedz od początku jak to było.

     - Stałem coraz bardziej zawiedziony obok drzewa i z gasnącą nadzieją wpatrywałem się w krzaki przed sobą – zaczął swoje opowiadanie. - Wcześniej widziałem niedużego odyńca i parę przelatków jak uciekali w stronę jeziora. Za daleko jednak byli i za krótko to trwało abym zaryzykował strzał. Gdy oczekiwałem już tylko na odtrąbienia końca miotu, to nagle z naprzeciwka wyłonił się duży odyniec i zastygł w oczekiwaniu. Nie wyczuł mnie, bo stałem pod wiatr. Przez głowę przebiegła mi jedna myśli, - Boże! To chyba ten legendarny samotnik. Żeby tylko ustawił mi się na strzał. Nagle, co wydaje się mało prawdopodobne, ale różne dziwactwa zdarzają się w przyrodzie, ten spokojnie pochylił łeb jakby chciał buchtować. – Nic tylko zwariował – przebiegło mi przez myśl. – Nie mogłem jednak zaprzepaścić takiej szansy i złożyłem się do strzału. Dałem ognia. Widziałem jak się zakurzyła szczecina na jego grzbiecie. Boże nie trafiłem! A może go tylko zraniłem! Myśli biegły szybko i życie stanęło mi przed oczami, gdy pomyślałem, że zacznie na mnie szarżować. Dla pewności spojrzałem na drzewo. Widzę jednak, że ten bydlak tylko się otrząsnął, groźnie fuknął, po czym zrobił zwrot w lewo i... Wtedy wykorzystałem moment i posłałem mu drugą kulę. Jestem pewien, że poszła na komorę. Odyniec, jak mi się wydaje zaznaczył, bo na moment ugięły się pod nim rapety, ale za chwilę dał takiego susa, że tylko rapcie wyrzucały ziemię jak zmykał – dokończył opowieść. Po czym dodał - tam musi być przecież jakiś ślad, jakaś farba, gdyż jestem pewien, że dostał – zakończył swój monolog.

      Szybko udaliśmy się w to miejsce i faktycznie widać było ślady dużych racic i powyrywaną darń z ziemią. Łowczy odkrył kilka kropel posoki na ziemi więc przywołał psa , by poszedł za śladem. Pies złapał wiatr i ruszył w kierunku ucieczki odyńca.  Na krzaku, gdzie się on otarł była mała smuga krwi. Jednak najbardziej dziwiło mnie, że nie było  farby, co po strzale na komorę nie wydawało się prawdopodobne. – Może cholera poszło na miękkie, albo był przestrzał – biadolił Romek. Przestał, gdy za parę minut pies głośnym szczekaniem dawał znak, że coś znalazł. Mimo, że nam adrenalina wysoko skoczyła, musieliśmy pozostać na miejscu. 

      Z tonu łowczego wywnioskowałem, że żarty się skończyły. On załadował sztucer, a Roman strzelbę i powoli zaczęli iść w kierunku ujadającego psa. Skryli się w młodniku, a nam się czas zaczął dłużyć niemiłosiernie. Podskoczyliśmy, gdy usłyszeliśmy głos łowczego: - Święty Hubercie! Dlaczego? Po chwili nas zawołał. Gdy podeszliśmy na miejsce, zobaczyliśmy ogromnego odyńca, który dokończył swojego żywota pod młodym świerkiem. Zamarliśmy z wrażenia, ale tylko na chwilę, bo zaraz zaczęły się gratulacje dla Romka, który stał się niekwestionowanym królem polowania. Tylko łowczemu było markotno, że to nie on powalił tego samotnika. Bo nie miał żadnej wątpliwości, że to był on. Żartowniś Jasiu jak niepyszny wyjął złomek Romanowi z kapelusza, unurzał go w posoce i tym razem na poważnie udekorował swojego młodszego kolegę, podziwiając  jego mistrzowski strzał.              

       Romanowi nie dawała jednak spokoju ta niewielka ilość farby. Przecież widać, że strzał był na komorę. Tajemnica wyjaśniła się bardzo szybko. Po otwarciu jamy brzusznej wylało się z wnętrza wiadro posoki. Pocisk poszedł na wysoką komorę, a gdy odyniec uciekał, to serce pompowało krew do środka nim ostatecznie padł. Ot i cała tajemnica.                    

     Myśliwski bigos skropiony paroma kieliszkami nalewki leśniczego smakował jak ambrozja, a schłodzone w lodowni piwo, też było wyśmienite. Tak zakończyła się historia o legendarnym samotniku, którego nikt nie mógł dojść, a zaczęła się nowa, o polowaniu.             

      Romanowi zostały na pamiątkę fajki i szable, które dał sobie oprawić na specjalnej podkładce. Mi pozostały wrażenia i smak smażonej wątroby z dzika, którą ciocia na drugi dzień po mistrzowsku przyrządziła.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 219  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487219
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl