Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 821 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Nareszcie laba

piątek, 29 kwietnia 2011 15:14

    Dotrwałem jakoś do piątku. Żołądeczek wrócił do równowagi, jelitówka odeszła w niebyt, a z kibelka korzystam zgodnie z moim biologicznym zegarem. Nie powiem, jestem deczko zmęczony i mam zamiar sobie wypocząć co nieco. Ba, nawet mam już wyznaczony kolejny termin egzaminu, choć wydłużony wekend nieco mi go przedłużył w czasie. Nic to, więcej sobie potrenuję, a to mi na zdrowie wyjdzie. A jak zdam, to nie bój żaby Stef, możemy się spotkać gdzieś w okolicach Karpacza, albo na zamku w Bolkowie. Bo mnie tam rybka odpalić swojego szrocika, zatankować bak do pełna i hajda w drogę. Oczywiście Sharo, że chodzi o te nasze Leszno, wielkopolskie, a nie o jakieś Górne, Dolne, czy uchowaj Boże warszawskie. Bom ja Sharo chłopak w Lysznie rodzony. A ty mi Vojstek ściemy nie uskuteczniaj i nie rżnij głupa, że nie wiesz co to "jelitówka". To taka grypa jelitowa,która się sraczką, rzyganką i gorączką objawia, i trwa trzy dni. Przechodzi sama, ale co wymęczy, to wymęczy i osłabi na dodatek. Grunt, że wróciłem do równowago jelitowej i sił nabieram.

     Miałem pisać o beatyfikacji, a wyszło jak zawsze... sraczkowato. Ale do rzeczy. Nie ukrywam, że beatyfikacja JP II, to wielkie przeżycie duchowe i emocjonalne dla większości naszego społeczeństwa. Już jadą autokary z pielgrzymami, politykami i ciekawską gawiedzią na tą uroczystość. Ci ci nie pojadą, mogą ogladać uroczystości w telewizorach. Ja tam się do Rzymu nie wybieram i nie zamierzam się katować godzinami ralacją w TVP. Jednak parę ciekawych zajawek sobie zobaczę, bo co tu dużo ukrywać, szanowałem polskiego Papieża. Ale żeby przez cały dzień, to nie, bo mój potencjał wytrzymałości i pokory na tego typu uroczystości znajduje się w dolnej strefie stanu niskiego. Coś jak w Niedoni i Zawichoście. Ale to wolny kraj i można sobie ogladać skolko ugodno.

     Bardziej mnie śmieszy komercyjna oprawa beatyfikacji i różne firmy "JP2", co to produkują jak najęte różne okolicznościowe gadżety i pamiątki - obrazki, fotki, breloczki, posążki i inne kiczowate szkaradki. Nic to, że na wielu tych "dziełach"  nasz Papa bardziej przypomina gen. Świerczewskiego, Dalaj Lamę, czy miejscowego proboszcza. Ważne, że ciemny lud w swojej papamanii i tak to kupi, aby mieć pamiątkę na wieki wieków. Omijam takie pamiątki i gadżety szerokim łukiem. Wolałem sobie kupić okolicznościowe 2 złote na pamiątkę do swojej kolekcji. Nawet nasza regionalna gazeta obdarowała nas stosownym medalikiem - z jednej strony JP II, a z drugiej Matka Boska. A co mi tam, niech i on zasili moje bardziej niż skromne zasoby dewocjonaliów.

    Jedno jest pewne, a mawiał o tym mój ulubiony feldkurant Otto Katz, u którego Szwejk za pucybuta robił - odkąd ludzie wymyślili Pana Boga, to można na nim niezłą kasę zarabiać. Co trawestując po mojemu - odkąd wybrano Karola Wojtyłę na papieża, to różni cwaniacy niezłą kasiorę na nim trzepia. A już jak świętym zostanie, to się dopiero zacznie biznes. A co!

     Ciekawe jak Jaro Kaki i PiS połączą swoją żałobę, katastrofę smoleńską z beatyfikacją Jana Pawła II, bo, że ją też wykorzystają w swojej kampanii wyborczej jest wiecej niż pewne. Bo to silniejsze od nich. 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zaczęło się fatalnie

wtorek, 26 kwietnia 2011 17:14

    Mój ostani dyżur w Miłkowie przebiegał z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony miłe uczucie, że zamykam kolejny rozdział mojego życia i nareszcie będę miał więcej czasu dla siebie i swoich marzeń. A z drugiej strony żal, że zostawiam moich podopiecznych, którzy otrzymali ode mnie wiele ciepłych słów i terapeutycznego wsparcia. Wiem, że wielu z nich żałuje mojego odejścia, bo mi to otwarcie mówili. Tych prawie dwu lat nie da się, ot tak sobie, wyrzucić z pamięci. To przecież 22 miesiące mojego życia, a biegnie ono już coraz szybciej i coraz wiecej figli płata. Pożgnałem ich od sercem i z żalem. Rozbroili mnie zdjęciami wielu obecnych i byłych pacjentów, których znałem i ostatnim grupowym zdjęciem na pożegnanie. Robił je Jarek, który jest biegły w fotografowaniu. O mi też je przegrał na płytę, którą dostałem na pożegnanie w prezencie. To było bardzo miłe. Nie oparłem się w domu pokusie, aby ich nie obejrzeć.

                          *

Moja pamiątkowa płyta z dedykacją. Bo to co mam w sercu, to trudno opisać.

                           *

        

Nic więc dziwnego, że swoje uczucie pożegnania mam wypisane na twarzy

    Z Miłkowa zabrał mnie do Głogowa jeden z moich klietów, który specjalnie, tak sam od siebie, po mnie przyjechał, gdy się dowiedział, że autobus nie kursował w Wielką Sobotę. To też było bardzo miłe.

     Święta w gronie rodzinnym, a były wszystkie moje dzieci, zięciowie i wnuki, przebiegły w rodzinnej atmosferze. Stół był obfity i zdawać się mogło, że nic do szczęścia mi nie powinno zabraknąć, gdyby nie pewna złośliwość losu. Złapałem pewnie od wnuka Miłoszka tzw. "jelitówkę", która od soboty zaczęła mnie rozkładać, a rozłożyła zupełnie na same święta. Czas więc dzielilem na poskubanie święconki i innych potraw, a pewnym przybytkiem, gdzie król piechotą chadza, no i na polegiwaniu na szezlągu, bo z głodu i "wrażeń" osłabłem deczko. Teraz rozumiem męki Tantala, który cierpiał z pragnienia, bo ja cierpiałem męki łasucha na widok pyszności na stole, których nijak nie mogłem wziąźć do ust, bo na samą myśl, mój niesforny żoładek dostawał kręćka. Dopiero dzisiaj, po wielu lekach apetyt mi powoli wraca.

    Jakby tego było mało, to z uwagi na moją "kondycję" fizyczną, musiałem przełożyć swój egzamin na prawko, który miał się dzisiaj odbyć. Bałem się bez kibelka jechać do Leszna, a tego nie dało rady zabrać ze sobą. Co to też byłby za egzamin ze ściśniętą dupą, ze stanem podgorączkowym i rajbujacym żołądkiem. Gdy zadzwoniłem do Leszna, to pani z biura obsługi powiedziała mi, że i owszem, egzamin mi przesuną, ale jak zapłacę na ich konto karę 56 złotych, co też dzisiaj przelewem internetowym zrobiłem. Jutro powinny być już na ich koncie, więc będę mógł ustalić kolejny termin. I tym sposobem nie otworzyłem nowego rozdziału mojego życia. Ale...

    Mój Miłoszek bardzo odchorował swoją jelitówke, brał nawet kroplówki na odwodnienie, a ja go pocałowałem przed wyjazdem na pożegnanie, bo żal mi się zabiedzonego szkraba zrobiło. Na szczęście w święta był już zdrowy i nadrabiał głodówkę przy stole, gdy dziadek cierpiał męki Tantala.

     Moja jelitówka, to pewnie znak od Bozi, abym spowolnił i zajął się mniej wyczerpującymi marzeniami. Do tej pory taka przypadłość mnie się nie imała. Wszyscy wkoło mogli srać, rzygać, a ja byłem twardy jak Sybirak. Ale do czasu. Wiek robi swoje, a i ja muszę z pogodą ducha przyjmować to, co lata niosą...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Idą święta

środa, 20 kwietnia 2011 22:37

Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych składam wszystkim przyjaciołom, znajomym i nieznajomym wiele radości, zdrowia, szczęścia, pomyślności i obfitego stołu. No i mokrego dyngusa. I oby nam się dobrze działo.

                          *

     Niewiele się działo, więc nie było o czym pisać. Mam jednak dobrą wiadomość. Jadę jutro na dyżur do Miłkowa, gdzie będę do soboty, bo muszę być w domu na święta. Nie wyobrażam sobie, aby przy świątecznym stole nie być razem z rodziną - żoną, dziećmi, zięciami i wnukami. Najważniejsze, że jest to już mój ostatni dyżur w Miłkowie. Nie ukrywam więc, że cieszę się z tego, bo już jestem bardzo zmęczony tymi dyżurami.

     Teraz będę miał wiecej czasu na doszlifowanie jazdy i na egzamin. To teraz dla mnie sprawa priorytetowa i postaram się go zdać w najbliższym czasie. Mam nadzieję, że mi się uda.

    Przepraszam, że nie wpisuję Wam komentarzy, ale siedziałen nad pracą magisterską córki - wygładzałem ją, poprawiałem literówkę, interpunkcję i styl. Cóż, córka jest uzdolniona plastycznie, ale nie literacko. Poprawić 120 stron, to niezły wysiłek, ale mam nadzieję, że się opłaci.

    A cała reszta to betka i nie ma takiej rury na świecie, której nie mozna odetkać... Na zdar rebiata.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Gul mi skacze...

piątek, 15 kwietnia 2011 15:56

     Powiadają, że jak ktoś ma pecha, to mu w drewnianym kościele cegła na łeb spadnie i jeszcze wpierdol zarobi. Właśnie ja mam takiego pecha i to wczesną wiosną. Niby pogoda się klaruje, bara bara, albo bunga bunga można na łonie natury uskuteczniać, zdrowie jak u samuraja, czyli jako tako, z finansami też nienajgorzej. Podpisałem nową polisę ubezpieczeniową na życie, PIT-a wysyłam po niedzieli wraz z małą dopłatą dla fiskusa, opony w samochodzie wymieniłem na wielosezonowe i to znacznie poniżej kosztów, Karolinka zdrowa, Miłoszek dawno o operacji zapomniał i rozrabia, moja Renia była u swojego onkologa do kontroli i jest spoko, czyli jednym słowem powinno być galato, ale jak pech, to pech. 

    Myślałem, że w tym tygodniu zdam prawko i ruszę na polskie drogi, a tu dupa blada. Moja koleżanka z pracy zachorowała i ma zwolnienie od tego wtorku do świąt, więc muszę za nią pracować. Jakby tego było mało, to kolejna koleżanka bierze urlop od poniedziałku, więc zostaje nas jeno dwoje na poradnię i oddział. Jak się pewnie domyślacie, kolejny raz przełożyłem termin egzaminu. Jak dobrze pójdzie, to uskutecznię go po świętach, bo wczesniej o wolnym mogę zapomnieć. Więc pozostało mi jeno czekać i cwiczyć, kurwa, ćwiczyć... Na szczęście swoim samochodem.  Na dodatek obiecałem żonie, że wytapetujemy pokój stołowy, ale z tych samych przyczyn tapetowanie się opóźni. Egzamin to moją sprawa i mój ból, ale tapetowanie przedświatecznie, to już sprawa i ból mojej ślubnej, a z kobitą lepiej nie zadzierać, bo jak coś sobie wbije do głowy, to spierdalajcie narody. Na dodatek jakoś stała się małomówna, z byka też na mnie spoziera i minę ma raczej marsową, a i słuch na moje miłe słówka też jakby jej mocno  się przytępił. A mnie jest z tego powodu, jak mawiał rosyjski poeta Lermontow - skuczno, grostno i niet komu nawet ruku pożat, gdy go za karę za Kaukaz, do zapyziałego garnizonu zesłali.  Ale Lermontow był wesołkiem, okrutnym hulaką i lubił się pojedynkować z oficerską bracią, więc decyzję cara batiuszki można jakoś zrozumieć, a ja za co? Biedny, najmarniejszy z marnych robaczek Boży z pechem na dodatek. Więc z pokorą grzecznie pytam - za jakie grzechy zasłużyłem na taki dopust Boży?

     Jakoś nie znajduję na to odpowiedzi, bo moja bujna wyobraźnia tego jakoś nie ogarnia. Na szczęście przeżyłem bez zawału serca i udaru mózgu "uroczystości" katastrofy smoleńskiej w wykonaniu Jaro Kaki i jego konfratrów. A, że mam lekkiego cykora, więc gwoli wspomnień....

                       *

          

Zdjęcie z serii "ocalić od zapomnienia, czyli dwaj byli (mam nadzieję, że to se ne vrati) wicepremierzy w całej swojej okazałości. No to na zdar rebiata. I oby nam się dobrze działo.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Coś z Orwella

wtorek, 12 kwietnia 2011 15:21

    Jestem zniesmaczony rocznicą katastrofy smoleńskiej. Dlatego piszę o tym dzisiaj, gdyż musiałem się przespać z emocjami. Negatywnymi emocjami, które miałem ogladając migawki z tych obchodów w wykonaniu Jaro Kaki, PiS-u i jego miłośników. To nie była żałoba, to były pełne nienawiści, błota i kalumni manifestacje polityczne. Jaro Kaki tak "kocha" swego brata, że nawet nie miał czasu przerwać tej żenującej hucpy, aby udać się na Wawel i położyć kwiaty na sarkofagu brata i bratowej. Wolał seanse nienawiści w Warszawie. Wolał rzucać kalumniami, zamiast w ciszy i skupieniu pomodlić się nad grobem brata i bratowej. Nic dziwnego, że szybko uciekałem od tych seansów nienawiści żywcem skopiowanych z Roku 1984 Gerge'a Orwella. Uciekałem, gdyż boję się kaczej Polski, Polski totalitarnej w której "Jeden Wódz, Jeden Naród, Jedna Partia i Jedna Pięść". Boję się Polski, w której nie będzie miejsca dla mnie i wielu milionów ludzi z naszego społeczeństwa. Nie będzie, bo ja już jestem za stary na zmianę orientacji politycznej i wzbudzenia dozgonnej miłości do Jaro Kaki i jego apologetów. Boję się, gdyż oportunizm i kunktatorstwo są mi obce. Boję się Polski z kultem Lecha Kaczyńskiego, który jako prezydent był słaby, mierny i niczym szczególnym się  nie wyróżnił. No może wetowaniem ustaw i miłością do jednej partii swego brata, a nie dla całego społeczeństwa. Boję się Polski, w której obraża się inaczej myślących, Ślązaków, Kaszubów, że o innych Polakach z "nieprawego łoża" nie wspomnę. Boję się ludzi zaczadzonych nienawiścią.

                         *

   

Boję się 97 ofiary katastrofy smoleńskiej.

     Na szczęście mogłem wrócić do równowagi oglądając obchody rocznicy, które zorganizował Rząd. Obchody z należytym szacunkiem dla ofiar katastrofy, pełne zadumy i kultury tych, którzy przemawiali z tej okazji.

    Mam mieszane uczucia, gdy zobaczyłem zamianę tablicy na kamieniu w Smoleńsku. Z jednej strony jako patriota, a z drugiej jako zdrowo myslący człowiek. Mój patriotyzm nakazywał mi być wściekłym na rosyjskie władze, ale zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że zdjęta tablica była przytwierdzona bez zgody i akceptacji smoleńskich władz na zasadzie "jakoś to będzie i może się uda". Nie udało się.  Boli mnie, że polski MSZ też sprawy wczesniej nie załatwił, mimo, że rosyjskie władze wielokrotnie monitowały w tej sprawie. MSZ nie załatwił, bo bał się reakcji PiS i jego akolitów i wolał stosować strusią metodę chowania glowy w piasek. Metodę ludzi obarczonych syndromem raba (niewolnika), który pozostał w nich po komunie. Bo boi się tylko człowiek, który nie wyzwolił się ze zniewolenia. Dlatego do Ziemi Obiecanej weszli tylko ci, którzy zrodzili się podczas ucieczki z Egiptu, ludzie nieobarczeni syndromem zniewolonego niewolnika.

     Dobry obyczaj, dyplomacja i zwykła ludzka przyzwoitość nakazują zapytać o zgodę gospodarza, zwłasza gospodarza innego kraju.

    Gdyby jakieś stowarzyszenie próbowało bez mojej zgody zamocować najbardziej nawet prawą tablicę na mojej własnej działce, to bym złapał za motykę i pogonił ich na zbity pysk razem z tablicą. Rosjanie w tym przypadku okazali się bardziej wyrozumiali i mniej porywczy.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 903  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490903
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości