Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 211 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Historia cerkwi w Chyrzynce

czwartek, 30 kwietnia 2009 15:00

    Cerkiew pod wezwaniem. Szymona Słupnika w Chyrzynce obrządku, greckokatolickiego została zbudowana w 1857 z fundacji hrabiego Adama Starzyńskiego. Po wysiedleniu ludności w 1947 została wykorzystywana przez pewien czas jako owczarnia. W latach 90. XX w. naprawiono dach i zakonserwowano ściany.
    Cerkiew ma wspaniałą architekturę. Zbudowana jest z drewna, ma konstrukcję zrębową. Trójdzielna: prezbiterium zamknięte trójbocznie z szerszą, kwadratową nawą główną z prostokątnym przedsionkiem. Nad każdą z tych części są osobne dachy kalenicowe, kryte blachą, zwieńczone baniastymi kopułami z pseudolatarniami i żelaznymi krzyżami.
    Niestety czas robi swoje i nad przedsionkiem pozostał złamany krzyż, a nad prezbiterium, niestety jest brak krzyża i została uszkodzona latarnia. W południowej ścianie nawy otwory okienne są bez okien, w północnej ścianie otwory okienne zabito deskami. Drzwi wejściowe są urwane, a wewnatrz brakuje podłogi.
    Wewnątrz są stropy płaskie. Na ścianach i stropie polichromia o motywach figuralnych i architektonicznych, wykonana w 1911 przez Andrzeja Demkowycza. Wśród zachowanych malowideł jest wizerunek Boga Ojca w prezbiterium, scena Zmartwychwstania w otoczeniu postaci czterech Ewangelistów, Chrzest w Jordanie i Pokłon Trzech Króli. W zachodniej części nawy jest chór muzyczny, wsparty na dwóch słupach.
  Unikalnym elementem architektonicznym jest zrębowa przegroda ikonostasowa pomiędzy nawą a prezbiterium. Rozwiązania takie spotkać można tylko w najstarszych cerkwiach drewnianych w Polsce z XVI i XVII wieku, np. w Radrużu i Gorajcu. Ściana taka stanowiła element konstrukcji budynku a zarazem umieszczano (lub malowano) na niej elementy ikonostasu. W późniejszych czasach już taka zabudowa nie występowała w cerkwiach a ikonostas montowano na ażurowych ramach z listew drewnianych. Przypuszcza się, że ekipa ciesielska wzorowała się na rozwiązaniu z poprzedniej cerkwi. Przegroda ma trzy wejścia: centralne, carskie wrota i dwoje bocznych, niższych wrót diakońskich. Wszystkie zamknięte półkoliście, z węgarami po bokach. W górnej części przegrody wycięty jest duży otwór, stylizowany na ośli grzbiet, przez który widać z nawy malowidła na stropie prezbiterium. W przejściu z przedsionka do nawy jest prostokątny portal z napisem fundacyjnym i datą budowy, pisaną cyframi arabskimi i cyrylicą.
    Obok cerkwi jest posadowiona murowana, kryta blachą dzwonnica, ale już bez dzwonów.
                                 *
          
                    Drzwi wejściowe do cerkwi...
                                  *
         
                  Powyżej Jezusa św. Marek
                                  *
         
                       Pokłon Trzech Króli.
                                 *
         
                        Chrzest w Jordanie.

    Niestety, takie cudowne polichromie i freski niszczeją. Łza się w oku kręci. Warto jednak zrobić wszystko, aby cerkiewkę ocalić od zapomnienia.

PS. Cholera, zapomniałem, że mi dwa lata blogowania minęło. Niby drobna rzecz, a cieszy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Niszczejąca cerkiew

czwartek, 30 kwietnia 2009 12:51

     Do napisania tego wpisu skłonił mnie mój kolega z "NK" Janusz. Jest on podobnie jak ja miłośnikiem starych cerkiewek, które w zapomnieniu niszczeją. Nie muszę dodawać, że mam ogromny żal do władz lokalnych, które dopuszczają do takiego barbarzyństwa i mają gdzieś własne dziedzictwo kultury. Być może taka niefrasobliwość wynika z przekonania, ze cerkwie są "innowierców", więc pies im mordę lizał. A może chodzi o dawne zaszłości z czasów, gdy UPA mordowała Polaków, a oni wiadomo - grekokatolicy, lub prawosławni. Mimo wszystko tak być nie powinno, gdyż to my jesteśmy spadkobiercami kultury i jednocześnie spadkodawcami dóbr naszej kultury. Powinniśmy więc ją wzbogacać i zadbać o nasze dziedzictwo, bo jeśli zabytki zniszczeją, to następne pokolenia nam tego nie wybaczą i uznają nas za zwykłych barbarzyńców i pospolitych buraków.
     Taką niszczejącą jest grekokatoliucka cerkiew pod wezwaniem Szymona Słupnika w Chyrzynce pod Przemyślem. Znam ją tylko ze zdjęć i krótkiej wzmianki w internecie. Ala zafascynowała mnie jej polichromia, konstrukcja i resztki ikonastasu. Bo ja w przeciwieństwie do Emilki (Klouzi) mam chysia na punkcie starych kościółków, cerkwi, synagog, monumentalnych kościołów, czy zamków. I dlatego nie nudzi mnie ich zwiedzanie, ba, nawet mnie duchowo uskrzydla. Przecież nie można się wyrzec mojego dawnego zawodu - renowatora zabytków.
                               *
      
           Cerkiew w Chyrzynce - widok z boku.
                               *
      
     Bóg Ojciec - polichromia na stropie prezbiterium.
                               *
      
  Scena Zmartwychwstania, po bokach święty Mateusz i Anioł z ewangelią - polichromia na stropie nawy głównej.
                              *
      
Portal z przedsionka do nawy głównej z napisem fundacyjnym i datą.

     Myśle, że warto zrobić wszystko, aby cerkiew ta nie niszczała, a jej fundator - Kazimierz Starzyński, który w 1857 roku ją ufundował, spał sobie snem wiecznym i nie przewracał się w grobie.
     W nastepnym wpisie napiszę o niej więcej.

PS. Emilko (Kluozi) na Boga, daj mnie szansę komentować u Ciebie, więc podaj mi hasło, bo stare nie działa!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

Cerkiewki bieszczadzkie...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009 11:41

     Było wiele drewnianych cerkiewek w Bieszczadzie, które stanowiły swoiste poerełki architektury. Niestety czas, polityka władz PRL i ZSRR sprawiły, że je rozebrano, spalono, lub w zapomnieniu zniszczały. Ich wspaniałe ikonostasy (ikony) rozszabrowano. Tylko nieliczne ikony uratowano. Łzy się same cisną do oczu na myśl, że zniszczono cerkwie na Paniszczewie, Skorodnem, Lutowiskach i w innych wsiach, które istnieja tylko z nazwy. Niektóre cerkwie odremontowano i przekształcono w kościoły katolickie. Niektóre rozebrano, a z pozyskanego drewna zbudowano domy, albo kościół w stylu góralskim w Dwerniku (drewno z cerkwi w Lutowiskach). Mógłbym takie przykłady mnożyć, ale nie wróci to już do życia cerkiewki. Podobny los spotkał ikony, ale niektóre pozostały, gdyż ktoś się nimi zaopiekował (księża katoliccy).
     Jedną z takich ikon jest Madonna Łopieńska (obecnie w Polańczyku). Była ona w nieistniejacej już wsi Łopienka, która w XIX wieku byłu dużym ośrodkiem kultu maryjnego w Bieszczadach. O tej madonnie napisał wiersz Andrzej Potocki.

Łopieńska Madonna

Złociły się chresty
na cerkiewnych baniach
W lipcowym słońcu
pątników tysiące
Szły do Ciebie
łopieńska carowo
łaskiś pełna
z matczyną czułością
wsłuchana w ludzkie troski

Któregoś dnia
po górach
dolinach
przepadła Twoja sława
Carowałeś nad ruiną
ze swoją Dzieciną
aż się chłopi zlitowali
na furze
z pustej wioski zabrali

Nauczyli Cię polskiej mowy
pokornymi prośbami
Polańczycka Królowo
zmiłuj się nad nami 

    Dlatego właśnie parający się dłutem i pędzlem bieszczadzcy zakapiorzy tak chętnie tworzyli swoje Madonny, aby kult maryjny przetrwał. Jednym z takich twórców był niewatpliwie Jędrek Połonina. Madonny były różne, rzeźbione, malowane w korytach, na starych drzwiach domów i obór, czy na starych deskach ze zniszczonych cerkiewek.

                       *
     
Madonna w lipowej koronie dłuta Jędrka Połoniny.
    
     Szkoda, że w taki bezmyślny sposób zniszczono wiele cerkwi, ikon... Ale pamięć o nich przetrwała w ludziach, przewodnikach turystycznych i w dziełach zakapiorów.
 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (27) | dodaj komentarz

Wspomnienie

piątek, 24 kwietnia 2009 11:45

    Każde miejsca mają swoją historię i swoich ludzi, często cudaków, którzy dodają im kolorytu. Podobnie było w Bieszczadach, którym koloryt nadawali Zakapiorzy, czyli tacy z porypanym życiem rozbitkowie. Czesto to byli wrażliwi artyści, którzy szukali natchnienia, weny i wsiąkli w Bieszczady. Często to byli skłóceni z rodziną, prawem, z samym sobą, którzy szukali miejsca na niczym nieokiełznaną wolność. Byli to też poszukiwacze przygód i amatorzy łatwych zarobków, co to szukali swojej Arkadii. Bo Zakapiorzy, to ci, którzy wsiąkli na zawsze w te góry na dobre i na złe. Najczęściej na złe, bo los i twarda rzeczywistość bieszczadzka ich nie oszczędzały. Większość z nich już nie żyje, bo nikt nie jest wieczny, a wielu z nich alkohol śmierć przybliżył. Przybliżył, bo najczęściej był on jedyną pocieszycielką dla ciała i skołatanej duszy.
     Tych paru zakapiorów, których poznałem, bądź znam z opowiadań, co jeszcze żyją, postaram się odwiedzić, aby powspominać stare, dobre czasy. Pewnie kupię jakieś ksiązki u Rysia Szocińskiego, albo jakąś rzeźbę u Zdzisia Pękalskiego. Może w jakimś kiosku spotkam Madonnę Zakapiorów Bieszczadzkich, to ją kupię i dołączę do swojej bieszczadzkiej kolekcji. No i  koniecznie dusiołka na szczęście i dłuższe życie.

Madonna bieszczadzkich zakapiorów

W grzechu
w pośpiechu
siekierą rzeźbiona
z bukowego bierwiona
pastą do butów poczerniona
będzie za Nią gorzała
i ferajna zuchwała
będzie balowała

Madonna
bieszczadzkich zakapiorów
jest jak wspomnienie
matczynej czułości
czystej pościeli
i wigilijnej kolacji
przy rodzinnym stole

Będzie za Nią gorzała
żeby dusza nie bolała
A jutro od nowa
drżące dłonie
siekiera i kłoda bukowa
Komu Madonnę
komu
Kupcie
bo Ona chce do domu
                         *
         

     Nic to, że niektórzy moi przyjaciele nie byli w Bieszczadach. Nie zawsze nam się uklada tak, jak byśmy chcieli. Czasem na przeszkodzie stoją inne priorytety, czy względy. Nie każdy też musi lubić góry, tak jak ja. Dlatego za parę tygodni, gdy wrócę z Bieszczadów, opublikuję zdjęcia i wspomnienia. Może kogoś zachęcę do ich odwiedzenia, albo po prostu pokażę ich piękno.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

Bieszczadzkie wspomnienia

wtorek, 21 kwietnia 2009 19:48

Powrót w Bieszczady
(...) Nic więc dziwnego, że na wakacje dostałem od lekarza dziesięć dni zwolnienia razem z sugestią, abym zmienił klimat i otoczenie. Nie zastanawiając się długo spakowałem plecak, pożegnałem się z mamą i pojechałem w Bieszczady, które były mi bardzo bliskie. Licząc w swoim optymizmie, że moi dawni znajomi - bieszczadzka brać i opatrzność Boska nie pozwolą mi sczeznąć na Połoninach.
Gdy wysiadłem z autobusu w Polanie pierwszym, którego spotkałem był Karol, nasz gajowy i BHP-wiec, który ucieszył się na mój widok i zaproponował mi nocleg w swojej gajówce. Przegadaliśmy pół nocy „o starych Polakach". Dziwiłem się jak mnie poznał, gdyż zmieniłem swoja fizjonomię - zapuściłem brodę i długie włosy, zgodnie z ówczesną modą.
- Ciebie poznałem po sylwetce i sposobie chodzenia, a na dodatek nie sprawiałeś wrażenia cepra, który pierwszy raz jest w Bieszczadach - powiedział Karol, gdy go zapytałem jak mnie poznał.
Podobnie było u następnych spotkanych leśników - noclegi i „nocne Polaków rozmowy". Wszyscy byli ciekawi jak żyję i jak sobie radzę po kryminale. Byli też ciekawi wieści ze „świata", od których w ich mniemaniu Bieszczady były odcięte. Całkiem niesłusznie, bo w Bieszczady wieści dochodziły, no może nieco wolniej, ale przecież samo życie w tych stronach toczyło się wolniej i spokojniej. Nie było pośpiechu, wielkomiejskiego gwaru i obojętności. Tu się wszyscy znali i mogli na siebie liczyć. 
                           *
     Jest to mały fragment z mojej książki "Skazany na Uherce". Umieściłem go, bo naszła mnie jakaś tęsknota za Bieszczadami, a to za sprawą Alenki Zakapiorki. Alenka jest aktualnie w swojej posiadłości w Bieszczadzie, ale żyje bez internetu i telewizora. Jednak kontaktujemy się esemesami. Ona mi pisze jak pięknie jest tam teraz, a ja wiem, bo przecież dwie wiosny tam przeżyłem. Czyta też moje książki, a ostatnią już drugi raz. Miło mi z tego powodu. Bardzo jej zazdroszczę, że tam sobie pomieszkuje jak ma ochpote...
     Ponieważ zaprosiła mnie z żoną, to do niej pojedziemy w czerwcu na parę dni. Mieszka w takim miejscu, z którego widać Połoniny, Chryszczatę, a z drugiej strony Otryt. Już się nie mogę doczekać na wyjazd. a gdy tam zajadę.... Bedzie o czym pisać, bo jak się zakapiorzy spotkają, to muszą sobie pogadać i pochodzić po górach. No i zdjęcia też będą.
                              *
      
     Moje pociechy na Ostrem przy hodowli koni huculskich. 
 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 154  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487154
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl