Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 823 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

To se ne vrati

czwartek, 25 lutego 2010 10:16

      Znowu dzisiaj jadę do Miłkowa deczko popracować, a że za oknem słońce i odwilż, postanowiłem wpisać coś bardziej wiosennego. Coś na poprawę nastroju i ku pokrzepieniu serc skołatanych. Nic się wielkiego nie wydarzyło w tygodniu, więc postanowiłem sięgnąć do wspamnień i to bardzo odległych.
     Teraz mamy już armię zawodową dla miłośników karabinów, musztry, onuc i rozkazów, czyli już bez powszechnego poboru. Jak wiadomo, pobór dla większości chłopaków był horrorem, a służba wojskowa idiotyczną niewolą, więc dobrze się stało, że do wojska idą ochotnicy, co to chcą ginąć za wolność waszą... Dla mnie wojsko zawsze było instytucją, w której kończyła się wszelka logika. A więc popuśćmy wodze wspomnień.
  
  W kamasze
     Żyłem wiec sobie w błogiej nieświadomości, że nad moją głową zbierają się czarne i groźne wojskowe chmury. Wyjechałem nawet sobie na wczasy w góry, gdzie się nieźle bawiłem. Wracając w różowym humorku do domu nie przypuszczałem nawet o niespodziance, która na mnie czeka. Gdy przekroczyłem w południe próg domu zobaczyłem na stole kartę powołania do wojska. Była ona zarazem biletem do jednostki. Byłem załamany i zdruzgotany, gdyż wszystkiego mogłem się spodziewać, nawet wieści o dziecku, które mogłem gdzieś zmajstrować, ale nie tego, że mam pójść do wojska. Byłem bowiem przekonany, że generałów do wojska nie biorą, a moja ojczyzna ma dość znacznie godniejszych kandydatów do tak zaszczytnej służby, aby takiego mizernego robaczka w kamasze brać.
     Z całym przekonaniem mogę przysiąść, że się do tej pieprzonej instytucji nie nadawałem, bo jestem z przekonania pacyfistą i brzydzę się przemocą. Mało tego, to na dodatek mam humanistyczne zacięcie i bliższe są mi teatry, muzea, spotkania literackie, a nie kamasze, onuce, plecak i karabin, że już o zafajdanej  menażce nie wspomnę. 
       
       Dlatego do wojska jechałem w stanie „wskazującym" na solidne przygotowanie do odbywania "zaszczytnej" służby na tym ważnym dla państwa odcinku. Wcześniej załatwiłem w zakładzie pracy niezbędne formalności i na koniec pobrałem z kasy odprawę finansową, która wraz z wypłatą wynosiła 250% moich poborów. Z taką kasą mogłem należycie pożegnać się z kolegami i jechać do armii. Moje pożegnanie nieco się przeciągnęło i do jednostki trafiłem dzień później i to na niezłym rauszu. Może bym trafił jeszcze później, ale z malowniczej knajpy wyciągnął mnie patrol wojskowy z milicjantem, gdy wraz z alkoholową bracią śpiewałem „Marsz rezerwistów". Podczas sprawdzania moich dokumentów, które z pijacką fantazją im okazałem,  bez trudu odkryto moją książeczkę wojskową i kartę powołania. Wtedy już bez ceregieli zapakowano mnie do gazika i odwieziono do jednostki, a ja im po drodze śpiewałem o rezerwistach, na których czekały dziewczyny z dzieckiem na ręku i kamieniem w ręku.
     W jednostce oficerska komisja orzekła, że jestem zbyt zalany, aby ze mną dyskutować i kazali mnie odprowadzić do aresztu, gdzie miałem wytrzeźwieć.
        Co było na drugi dzień to szkoda gadać, wszyscy się na mnie darli, wyzywali od pijusów, którzy lekceważą wojskową instytucję. Ja z miną niewiniątkę w pozycji na chwiejne baczność powtarzałem sakramentane TAK JEST, czym bardzo wkurwiałem komisję. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Lekarz stwierdził, że mam wadę wzroku i obniżył mi kategorię zdrowia z A na C, a komisja zamiast do szkoły podoficerskiej skierowała mnie na kurs sanitariuszy wojskowych. Jak widać opatrzność boska czuwała i nie pozwoliła mi sczeznąć na poligonie i placu apelowym.  Tylko przez miesiąc dostawałem w tyłek, bo okres unitarny każdy musiał przejść, nawet taki mizerny robaczek jak ja, nawet gdy był kandydatem na sanitariusza.    
     Po ukończeniu kursy sanitarnego, już jako pełnoprawny sanitariusz zostałem skierowany do obsługi kompanii polowych w OTK. Muszę przyznać, że przydział do tej jednostki przyjąłem z niekłamaną radością. Bowiem kompanie polowe, to był wspaniały wymysł MON-u, bo trafiał do nich sam „kwiat" młodzieży, czyli - kryminaliści, tępaki po szkołach specjalnych, cały asortyment nieuków, którym się nie chciało dźwigać tornistra, żonaci, dzieciaci, poborowi z obniżoną kategorią zdrowia, dekownicy, oraz ci, którzy się w cywilu postarzeli (ja do nich należalem) i jakimś cudem uniknęli kilku poborów. Do pełnego kompletu w naszej menażerii brakowało  tylko wyznawców woo-doo, Rastafarian i świadków Jehowy.

 
Widać po mojej minie, że poligony, pepeszki i dowódcy nie były mi straszne. Ja po prawej z moim dowódcą drużyny Stasiem na unitarce.
                             *

Unitarka, czyli moja zacna drużyna wiarusów. Ja na klęczkach pośrodku. Ten olbrzym po lewej, to Miś Yogi, szkoda, że mu się zmarło na zawał. Ciekawe jak się potoczyły losy moich kolegów z wojska?

No to do spotkania w niedzielne popołudnie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Przemyślenia

poniedziałek, 22 lutego 2010 9:38

    Muszę na wstępie odpowiedzieć Eli (motyl) odnośnie hasła na blogu. Abym mógł wejść na Twój blog muszę znać hasło, bo bez niego mogę sobie jedynie pogwizdać. Zazwyczaj swój blog hasłują osoby, które piszą dla siebie i o sobie w dość intymny sposób. Wtedy podają hasło jedynie swoim dobrym znajomym, którym ufają. Twój blog jak mniemam jest raczej otwarty, gdyż prezentujesz na nim swoje obrazy, którymi warto się pochwalić. Zahasłowanie spowoduje, że nikt ich nie zobaczy. Aby zapobiec ich kopiowaniu możesz w ustawieniach to zrobić. Ja na swoim nie mam takich zabezpieczeń, bo i po co. Jeśli ktoś ma ochotę, to może sobie kopiować wszystko skolko ugodno. Lepiej więc zlikwiduj hasło, albo podaj je znajomym, najlepiej pocztą mailową.
     Gdy oglądam telewizor, to wkurzają mnie wszechobecne reklamy, które robią z nas idiotów. Pal licho banki, samochody, telefony komórkowe, etc..., ale już te pseudomedyczne doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Bo jaka przyjemność w tym, że ktoś nam wmawia, iż nasze piękne panie cierpią bez przerwy na comiesięczną dolegliwość i w związku z tym serwuje im się coraz to bardziej odlotowe podpaski, jakieś czopki, czy jak się toto nazywa. A jak już się nasze panie z tą przypadłością uporają, to dla odmiany wmawia im się, że cierpią na wzdęcia, czy różniste zaparcia, które w cudowny sposób miną po.... Cholera, kiedyś wystarczył zdrowy pierd, zwany też bąkiem i szlus. Panom dla odmiany reklamowi terroryści wmawiają prostatę i problemy z oddawaniem moczu. Po ich specyfikach każdy facet będzie lał jak z cebra i na dodatek stanie się seksualnym macho. Dla młodych zawsze jest jakiś napój energetyzujący, który doda im skrzydeł. Młodzież i nie tylko, żłopie red bule, ale jakoś latajacych orłów na nieboskłonie nie widzę. Mógłbym wiele serwować takich reklam, ale po co. Stawiam na nasz zdrowy rozsądek i odporność na wszelkie wmawianie dziecka na plecach.
    Na koniec zostawię swoje wrażenia z wyjazdu do Miłkowa. Nie byłem tam ponad miesiąc i miałem jedynie kontakt telefoniczny. To co zobaczyłem na miejscu przerosło moje oczekiwania. Uformowała się (choć w bólach) fajna grupa, której nie trzeba poganiać do zajęć, a punktualność staje się wartością. Trzon grupy stanowi trzech dawnych klietów, którzy występują o reszydenturę i nadają "szczypiorkom" pozytywne wzorce. W takiej fajnej atmosferze mogłem ciekawie pracować i przemyśleć pewne sprawy. Szkoda tylko, że nie zabrałem aparatu ze sobą, bo zdjęcia z komórki nie są najlepszej jakości - przynajmniej te z mojej komórki za złocisza.
     Muszę Wam podziękować za ciekawe i miłe komentarze. Po przemysśeniu doszedłem do wniosku, że życie nie jest usłane różami, a znajomości mają to do siebie, że prędzej lub później się kończą. Rzadko które zmieniają się w przyjaźń i dlatego powiedziałem sobie - NIC TO. Było, minęło, a łaska pańska na pstrym koniu jeździ, podobnie jak Boże miłosierdzie chadza krętymi dróżkami. Każdy też ma prawo do tych gorszych dni i wybujałych emocji, ale o tym jako terapeuta powinienem wiedzieć. A że coś nieraz w sercu zaboli... Zawsze będzie pod ręką apap, renigas, jakieś inne znieczulacze i odprężacze, których nie używam, no i wyjazd w góry, który polecam na spokojność i wyciszenie. Zawsze też można sobie z kimś życzliwym pogadać, albo fajne zdjęcia, wpisy, wiersze i ładne obrazy (Motylku błagaam) na innych blogach pooglądać, bo to też uspokaja i pozwala wierzyć, że są jeszcze mili i wrażliwi ludzie, i nie pora jeszcze umierać. Bo świat ze mną, czy beze mnie nie będzie ani gorszy, ani lepszy. On będzie istniał nadal.
                            *
 
Przywitały mnie Karkonosze w zimowej krasie. Gdzieś tam w chmurach stoi dumnie Śnieżka pokryta śniegiem.
                                 *
 
     Jak widać śniegu nasypało, więc dla narciarzy raj.
                             *
 
  Zachwycił mnie zachód słońca, a te w górach bywają piękne.

     Szkoda, że w niedzielę rano nie zrobiłem dla odmiany zdjęcia wschodu słońca. Wspaniale na bezchmurnym niebie wyglądała Śnieżka pokryta śniegiem. Bateria w komórce mi padała i wolałem nie ryzykować, ze mi padnie.
    Karkonosze to nie Bieszczady, ale co tam, to też góry, które swoich miłosników mają.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

PERSONA NON GRATA

środa, 17 lutego 2010 12:04

     W dosłownym tłumaczeniu "persona non grata" oznacza - osoba niemile widziana. Zazwyczaj takie określenie stosuje się w dyplomacji i na salonach, bo w życiu raczej mówi się nieco inaczej i bez zbędnej kurtuazji.
     Niestety stałem się taką osobą dla dwóch blogowiczek. Jeśli chodzi o pierszą, to jej nie wymieniem, albowiem zrobiła to po angielsku i bez szumu. Po prostu usunęła mnie ze swoich gości, zbanowała, abym nie mógł komentować, a na koniec zmieniła hasło. Nie sądzę, aby ktoś na to zwrócił uwagę. Nie ukrywam, że nie wiem czym się naraziłem. Natomiast w drugim przypadku odbyło się to po polsku, czyli z lekkim hukiem i informacją w moich komentarzach, że jestem łobuzem, który rzuca obelgami, stosuje prawo odwetu, etc...
     Zabolało mnie to, gdyż daleka jest mi mściwość i zemsta, bo z natury jestem spolegliwy, nie obrażam się, a uczucie nienawiści i mściwości jest mi po prostu obce. Gdybym był inny, to nie mógłbym pracować w zawodzie. Przecież trafiali do mnie klienci, z którymi kiedyś piłem i tacy, co mnie okradli, oszukali, bądź dali w dziub. W takiej sutuacji musiałem schować swoje odczucia, aby zająć się pomaganiem. Ponad ćwierć wieku pracy w tym zawodzie nauczyło mnie pokory, zrozumienia i nieobrazania się.
     Prywatnie  jestem  dość wrażliwy i łatwo mnie zranić, a w szczególności wtedy, gdy ktoś mi zarzuca czyny których nie popełniłem. A tak się stało w tym drugim przypadku, ale do rzeczy.
    Na blogu  "Powolniak" zamieściłem żartobliwą rymowankę o walentynkach, licząc w swojej naiwności na poczucie humoru blogowiczki. Do poniedziałku nie było komentarza. Napisałem kolejny wpis, w którym trochę, bo pisałem o czymś innym, przejechałem się po tym amerykańskim święcie. Wpis swój opublikowałem o 10.56, nie mając zielonego pojęcia, że na poprzednim wpisie o godzinie 10.52, czyli cztery minuty wcześniej, pojawił się komentarz Dośki broniący tego święta. Sprawdziłem jedynie czy mój nowy wpis fajnie wyszedł i czy zdjęcia są równo ustawione, po czym się wylogowałem i  zabrałem się za gotowanie obiadu. 
     Na blog wszedlem po 20, gdy wróciłem z pracy i zobaczyłem komentarz na blogu z informacją jak wyżej. Zdębiałem, bo nie wiedzialem o co chodzi, o jaki odwet i na jaki komentarz. Wtedy cofnąłem się do poprzedniego wpisu i zobaczyłem ten komentarz. Natychmiast napisałem w komentarzach na "powolniaku" wyjaśnienie, nie licząc zbytnio na odpowiedź, bo już byłem non grata, którego "obelżywych" komentarzy się nie czyta i na nie odpowiada. Można to sprawdzić i ocenić. Można dać wiarę, lub nie, ale konia ze złotym rzędem temu, kto w ciągu czterech minut napisze "odwetowy" wpis, skadruje i wklei zdjęcia, oraz zapisze to wszystko na blogu. Teraz doszło do mnie, że był to jedynie wydumany pretekst do zerwania znajomości, bo jakoś wcześniej nie zwróciłem uwagi na "lodowate" pozdrowienia w komantarzach. I nie jestem w tej ocenie odosobniony. Oczywiście retorsje blogowiczek poszły dalej, bo nie jestem też ich znajomym na "Naszej Klasie" - mściwość, czy małostkowość? Cóż, łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Nic to. Przeżyję.
    Ja nigdy nie ukrywałem swojego stosunku do walentennek jako obcego mi święta, o czym pisałem też rok temu. Nie lubię, gdyż nie bawi mnie amerykańska estetyka szmiry i komercji. Nie rozumiem też, że ktoś stawia na równi zarabianie na walentynkach z zarabianiem na świetach Bożego Narodzenia, czy Wiekiej Nocy, które są od wieków w naszej tradycji, tak świeckiej, jak i religijnej.
     Na poprawę nastroju "uciekłem" w Bieszczady, aby podziwiać rzeźby i obrazy z galerii Zdzisia Pękalskiego, który jako materiału używa "darów" natury i ludzi. Pewnie są i tacy krytycy, którym taki styl nie pasuje, ale mnie się podoba. A z gustami się nie dyskutuje.
                         *

Podziwiałem ostatnią wieczerzę namalowaną na starym blacie stołu ślusarskiego, gdzie aureole apostołów są z podków końskich.
                           *
            
Ten "spalony" Anioł symbolizuje przecież jakąś ludzką tragedię.
                      *
        
Czyż nie jest piękny w swojej prostocie św. Piotr namalowany na starych drzwiach do chlewika.
                          *

Bieszczady mogą być piękne nawet w deszczu. A może nawet piękniejsze.
                           *

Coś się kończy, czyli zbliża się zachód słońca nad bieszczadzkimi połoninami. 

    Jakoś mi się polepszył nastrój od tej wycieczki, a może też pomogło wygadanie się. 

18.02.2010.
 Sorki. Za dwie godziny jadę w góry do pracy. Wracam w niedzielę w południe. Jak złapię trochę słońca, to i myśli będą weselsze.  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

Robieni w bambuko

poniedziałek, 15 lutego 2010 10:56

     Muszę wyjaśnić moim ulubionym blogowiczom, że w swojej pisarskiej fantazji pozwoliłem sobie na mały żart. Nawet nie żart, a małą, spacerową zgadywankę. Prawdą jest, że wszystkie te miejsca odwiedziłem i podziwiałem ich piękno, i magię. Bujaniem ( w obłokach) był ten mój rzekomy spacer na piechotę. Nawet Zatopek by nie zrobił tyle kilometrów przed śniadaniem, gdyż między Mchawą, przez Hoczew, Polanę, a Michniowcem jest kilkadziesiąt kilometrów. Bukowe Alenki jest w Mchawie, rzeźby Biesów, kapliczki, czaszka "mojego przodka" i diabliki znajdują się w galerii u Zdzicha Pękalskiego w Hoczwi, bieszczadzki Bahus jest przed turystycznym barem w Polanie, podobnie jak te rzeźby, które są przed domem mojego znajomego leśnika Władka Podrazy. Natomiast cmentarzyk bojkowski i krzyże, podobnie jak urocza drewniana cerkiew znajdują się w Michniowcu. Prawdą było zdjęcie dymu z wypału węgla drzewnwego, ale nie u Alenki, tylko w dolinie przy potoku w Mchawie i to po innej stronie niż dom Alenki. Tylko zdjęcie sprzątającego Jędrusia odpowiadało prawdzie, bo faktycznie wieczorem zrobiliśmy ognisko z pieczeniem kiełbasy.
    Bardzo łatwo można zmanipulować, ale nie miałem takiego zamiaru, a tylko pokazać kawał Bieszczadu i odbyć wraz z Wami kolejną wirtualną wędrówkę, aby pokazać ich urokliwe piękno i niespotykaną magię. Bo świętą prawdą jest, że jak dobre bieszczadzkie duszki Czady rzucą sympatyczny urok na człowieka, to on zawsze będzie w Bieszczady wracał. Na mnie Czady rzuciły urok, gdy późną wiosną 71 roku wyszedłem z wagonu aresztanckiego w Uhercach na bocznicę kolejową i zobaczyłem Bieszczady osnute spływajacą z nieba mgłą.
                              *

   Bo i jak można było tych pięknych i tajemniczych gór nie pokochać.

    Kocham Bieszczady i lubię ludzi, którzy w nich mieszkają. Cenię i szanuję ich bezinteresowną gościnność,  otwartość i czas na podzielenie się dobrym słowem i ciekawymi opowieściami. A dobre słowo z serca płynące bywa droższe niż wszelkie ziemskie dobra.
                             *

Dobre słowo można usłyszeć w Atamanii Rysia Szocińskiego, barda Bieszczadu i za parę złotych nabyć dusiołki, madonny bieszczadzkie, biesy, czady, Jezusiki Frasobliwe i tomiki jego poezji.
                            *

Dobre słowo, a w zasadzie potok słów można usłyszeć w galerii Zdzisia Pękalskiego w Hoczwi, no i nabyć jedynie po kosztach wydawcy ciekawe książki, i  albumy Bieszczadu. 
                         * 
  
Wiele dobrych słów i ciekawych wspomnień można usłyszeć w Władka Podrazy, emerytowanego leśniczego w Polanie.                  
    Bo dobre słowa zapadają w naszej pamięci i tylko je zabierzemy że sobą na ten drugi, enigmatyczny brzeg po drugiej stronie Styksu. Wszelkie dobra doczesne pozostawimy na tym łez padole i oby nie stały się one powodem waśni, i skłócenia rodziny. 
     Fajnie, że obce mi kulturowo i duchowo niejakie walentynki przeszły bezboleśnie i bez katowania mnie jakimiś idiotycznymi serduszkami. Bo ja jestem tradycjonalistą i wolę jeśli już, ochodzić Noc Kupały, bo w ciepłą świętojańską noc czerwcową można znależć kwiat paproci, posłuchać treli słowików i szeptać czułe słowa swojej wybrance serca. A tylko idiota będzie to robił w środku zimy z glutem pod nosem. Niehigieczne to i niezdrowe, ale kasowe dla wielu cwaniaków, którzy nam wmówili te anglosaskie święto zakochanych. Podobnie jak coraz bardziej kretyńskie angielskie nazwy i określenia. Co to za idiotyczne wooow, zamiast staropolskiego wyrazu podziwu o jejku jejku, albo bardziej swojskiego "o kurwa".
     Swoje uczucia do ukochanej osoby powinniśmy wyrażać codziennie dobrym słowem, gestem, pogłaskaniem, wysłuchaniem, czy posiedzeniem razem w ciszy...
                              *
 
Tak jak Alenka i Jędrek w starej bojowskiej cerkiewce, perełce Bieszczadu w Smolniku. Bo ta chwila pobycia razem bez słowa stała się dopełnieniem miłości dwóch połówek serca, które długo siebie szukały, aby wreszcie się odnaleźć i skleić w jedno wielkie serce. Ja prze chwilę byłem niemym świadkiem tego dopełnienia, po czym po pstryknięciu zdjęcia po cichu się wycofałem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Spacerkiem po Bieszczadzie

wtorek, 09 lutego 2010 17:28

      Któregoś miłego dzionka postanowiłem dla poprawy samopoczucie i nabrania apetytu przejść się na spacerek po okolicy Bukowego. Miałem małą zagwozdkę bo pomysłów na spacer miałem sporo i nie bardzo wiedziałem jaką trasę wybrać, aby na śniadanie się nie spóźnić. Bo po śniadaniu wyruszaliśmy całą ferajną na kolejny wypad w Bieszczady. Jak przystało na zakapiora postanowiłem wzorem Hamleta zapytać swoich przodków:
                          *
 
           Być albo nie być, oto jest pytanie?

     Wyszło, że być to musi być coś dla ciała i duszy, ale wolałem jeszcze pokłonić się duchom Bieszczadu, aby mi szyków nie popsuli i drogi nie zmylili. Zacząłem więc od...
                           *
      
Od Biesa oczywiście, bo on potrafi być cholernie złośliwy.
                           *
     
    Musiałem też się ułożyć z dusiołkiem, czyli takim bieszczadzkim diablikiem. On, nie powiem, wiele może pomóc, ale też i zaszkodzić może jak się go zignoruje.
                         *
 
Nie mogło być inaczej, aby pominąć bieszczadzkie kapliczki i pokłonu im nie złożyć... Pewnie na zasadzie Panu Bogu świeczkę, a diabłu zegarek.
                              *
            
    Po drodze wstąpiłem do przydrożnego baru aby wszamać loda i coś zimnego z bąbelkami wypić. Stuknąłem się z bieszczadzkim Bachusem, po czym...
                             *
 
Odwiedziłem znajomego leśnika  i podziwiałem jego rzeźby przed domem.
                           *
 
Idąc dalej pokłoniłem się krzyżom na starym cmentarzu bojkowskim i podumałem na bezimiennymi mogiłami, które zarośnięte trawą dawały świadectwo bieszczadzkiej ziemi.
                         *
 
Po czym upajałem się pięknym widokiem starej cerkiewki, która niejedno pamięta i wiele mogłaby opowiedzieć.
                             *
 
    Uduchowiony postanowiłem wrócić do Bukowego, aby śniadanko wkuszać. Będąc na wzgórzu połonin zobaczyłem w oddali kłęby białego dymu.
-  Ki diabeł - pomyślałem sobie.
- Czyżby Alenka zbudowała mielerz, albo sprowadziła jakąś retortę do wypalania węgla drzewnego i zaczęła go wypalać? Jednak trudno mi było uwierzyć, aby z Jędrusiem zostali węglarzami, bo przecież zakapiorstwo jest mniej pracochłonne i wyczerpujące. Ale niepokój w duszy pozostał, a  za fachmana od wypału węgla nie chciałem rabotać. Bo tylko ja z naszej ferajny miałem o tym jako takie pojęcie.
                            *
 
    Rzeczywistość okazała się bardziej prozaiczna. Nie był to żadem mielerz, ani żadna retorta do wypału węgla drzewnego, ale sam Książę Jędrek wziął się za sprzątanie obejścia, gdyż wieczorem planowaliśmy spotkanie przy ognisku i pieczenie kiełbasy. Rozweselony i pełen wiary w przyszłość poszedłem sobie na śniadanie, aby nie przeszkadzać Jędrusiowi w tym zbożnym dziele.*

* Mam pytanie - czy dużo nałgałem pisząc relację z pieszego spaceru? Czy możliwe było, abym pieszo przed śniadaniem tyle zobaczył?  A jeśli nie, to dlaczego?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 906  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490906
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości