Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 211 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

IN VITRO

środa, 25 lutego 2009 11:45

    Poczęcie i macierzyństwo uważam za dar Boży, za pewną łaskę, która służy rozmnażaniu się człowieka. Ja doświadczyłem ojcostwa pięciokrotnie, a raz rozpaczy i żalu, gdy mój synek zmarł mając dwa miesiące. Wiem co oznacza dla kobiety bycie w ciąży i poród, bo zawsze byłem przy żonie na dobre i złe. Dlatego poczęcie, macierzyństwo i urodzenie dziecka uważam za pewna łaskę. Jednak wiem, że nie wszystkim jest ona dana. Niezbadane są przecież wyroki Boskie. Jednak dobry Bóg, który stworzył nas na obraz i podobieństwo swoje, oraz obdarzył rozumem, nakazał nam ten rozum wykorzystywać na chwałę swoją. Wielu tak robi i dlatego jest radość i pokój.
     Pewna grupa ludzi ma jednak problem z niepłodnością, co nie oznacza, że mają się poddawać. Wielu z nich się latami leczy, a gdy to nie pomaga szukają alternatywnych metod poczęcia, aby wspomóc łaskę Bożą. Ja w przeciwieństwie do wielu oszołomów wierzę, że łaska Pana nie przychodzi na zasadzie cudu, ale, że należy jej pomagać. Bowiem przez łaskę rozumiem spotkania z ludźmi, którzy nam pomagają, za łaskę uważam naukę, która wydłuża nam życie, czyni je lepszym i wygodniejszym, daje nadzieję na macierzyństwo. Dlatego każdą metodę, która służy łasce poczęcia uważam za godną i sprawiedliwą.
     Cóż z tego, skoro wielu księży i biskupów w purpurach myśli inaczej. Poraża mnie ich ciasnota umysłu, oszołomstwo rodem ze średniowiecza i pospolita hipokryzja. Przerażają mnie ich słowa, w których głoszą, że metoda in vitro jest cichą aborcją, bądź realizowaniem ideii Frankensteina. Przeraża mnie ich myślenie, które każe nazywać dzieci urodzone dzięki tej metodzie dziećmi konsumpcyjnymi, gorszymi i z nieprawego poczęcia. Niech się jeden z drugim czarnosukienkowy palnie w zdrowy rozsądek i nie pieprzy głupot jak się na tym nie zna. Niech prowadzi swoje owieczki do nieba, choć ja się tam nie wybieram, bo wierzę w reinkarnację i w to, że swoim obecnym życiem szykuję sobie lepsze w kolejnym wcieleniu.
     Nie znam się na dogmatach kościelnych, które są po to, aby trzymać za twarz owieczki i aby się odróżniać od innych wyznań czrześcijańskich. Jednak znam Boblię na tyle, że rozumiem słowa Jezusa, który pochylał się nad każdym potrzebujacym, nawet gdy był on grzesznikiem. Nasi panowie w sutannach inaczej jednak rozumieją swoje posłanie. W swojej nieskończonej ciasnocie umysłu bredzą jak Piekarski na mękach i obrażają maluczkich. W swojej hipokryzji lansują jakąś tezę o "mordowanych" zarodkach przy metodzie in vitro. Walnijcie się we własne piersi panowie purpuraci i powiedzcie mea culpa. Ile bowiem zdrowych plemników poszło w kanał od was samych i waszych współbraci w czasie masturbacji, gdy popęd seksualny dawał o sobie znać, a przy tym chciało się dotrzymać ślubu celibatu. Niech się uderzą w piersi ci księża, którzy mają po cichu dzieci i współżyją z kobietami. Ja ich nie potępiam, ja ich rozumiem i współczuję. Współczuję, gdyż nigdy nie doświadczą łaski bycia "legalnym" ojcem, ani uczucia trwania przy swojej partnerce przez całą ciążę, urodzenie i wychowanie dziecka. Dlatego niech nie zabierają głosu w sprawach, o których nie mają pojęcia.
    Bóg obdarzył nas rozumem i wolną wolą. Dlatego należy ten rozum wykorzystywać godnie i sprawiedliwie, a nie jak apologeci przeciwników in vitro. Nie tak, jak niejaki prof. Bogdan Chazan, który pieprzy jak potłuczony i wmawia niepłodnym kobietom, że zbyt wcześnie zaczęły współżycie i zbyt wielu miały partnerów. Ten błazen z wyżyn swojej katedry obraża wszystkie uczciwe kobiety, które są niepłodne, a tych jest większość.
     Dlatego przemilczę projekt ustawy niejakiego posła Gowina, która pozbawi większość kobiet daru macierzyństwa. I dlatego mam gdzieć Gowinów, biskupów i księży, którzy ponoć słyszą krzyk zamrożonych embrionów, a nie słyszą radosnego śmiechu dzieci, które urodziły się dzięki in vitro. Bo bycie matką i ojcem jest darem i łaską Bożą.

PS. Nie mówię, że to kara Boska, ani brak łaski, ale że to wina WP. Mam (inni pewnie też) bowiem duże problemy z dokonywaniem komentarzy na wielu blogach, a u Mazureczki i Geluni, czu Klouzi stało się to niemożliwe.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Mój wieczór autorski

piątek, 20 lutego 2009 13:11

      Koniec z waleniem tynków, a już nowe słodkości. Wiadomo, tłusty czwartek, pączki chrusty, zwane też faworkami i nagły napływ kalorii. Mnie tam rybka, gorzej paniom, które muszą się odchudzać. Ale raz do roku można sobie pofolgować "małym" co nieco.
    Na szczęście od stołu z chrustami i pączkami wezwałały mnie obowiązki względem moich przyjaciół i znajomych. Stowarzyszenie Literackie, którego jestem członkiem zorganizowało mi wieczór autorski połączony z promocją mojej ostatniej książki "Usłyszałem pukanie od spodu". Spotkanie zorganizował i prowadził mój przyjaciel i preses GSL poeta Krzysiu Jeleń.
     Było to już kolejne w tym roku, ale najmilsze spotkanie, gdyż przyszli na nie ci, którym moje pisanie się podoba. Nie powiem, miałem lekką tremę, bo  publika była wymagajaca i obyta w literaturze. Choć za oknem Klubu "Pegaz" padał śnieg i lekko mroziło, tak temperatura spotkania była ciepła. No a ja miałem okazję spalić tłustoczwartkowe kalorie. Doświadczyłem podwójnej radości, gdyż było paru moich dawnych pacjentów, co świadczy, że lekcje duchowości nie poszły na marne.
                               *
       
Jeszcze przed spotkaniem. Ja z moją dawną pracownicą i uczennicą Arletą, którą znam od urodzenia.
                                 *
              
Krzysiu Jeleń rozpoczyna spotkanie od przeczytanie fragmentu mojej książki.
                                  *
        
             Potem Krzyś usiadł i zaczęło się....
                                *
       
Nie brakło też gości, którzy byli ciekawi mojej twórczości.
                               *
       
  Zaczęło się odpytywanie, a Krzysiu to potrafi, że ho, ho.
                                *
        
Goście słuchali z zaciekawieniem, tylko Karolinka "na dzięcioła".
                               *
       
 Podpisuję swoją książkę Jurkowi Popielowi i jego żonie Basi (poza kadrem) - głogowskim fotografikom, którzy robili stosownie zdjęcia. 

      Było bardzo miło, a po spotkaniu poszliśmy do mojej córki Basi, która mieszka obok Pegaza. Na chrusty oczywiście. Spalone kalorie należało przecież uzupełnić.
      Teraz czekam na podobną relację Olesi, która wypływa na szerokie wody. Ale o tym niech ona sama napisze. Nie mogę zdradzać przecież jej planów i marzeń.

       


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Walę tynki

poniedziałek, 16 lutego 2009 12:01

     Myślałem, że będzie ostrzejsza reakcja moich pięknych znajomych blogowiczek, na moje targnięcie się na święto zakochanych, zwane Walentynkami od św. Walentego.
     Aczkolwiek nic nie mam przeciw temu zacnemy Walusiowi, który świętym został i zrobiono go patronem epileptyków i świrów wszelakiej maści. Nie bardzo wiem dlaczego do tej plejady ludzi chorych dołożono Walentemu zakochanych. Domyślam się jedynie, że w czasach, w których lansowana była asceza, umartwianie, że o samobiczowaniu się nie wspomnę, miłość dwojga ludzi uważano za wszeteczeństwo i rodzaj świra. Jak wynika z historii, chrześcijaństwo uważało miłość, ale jedynie do Boga, albo kleru, bo już normalna miłość dwojga ludzi pachniała schizmą i inkwizycją. No i tym sposobem Waluś dostał zakochanych pod swoją opiekę. A co!
    Na szczęście walentynkowy show mamy za sobą, a handlowcy i inni macherzy liczą zarobioną kasę na naiwnych, którym wmówiono jankeskie święto jako nasze rodzime i słowiańskie. Ja tam jednak wolę Noc Swiętojańską, która jest obchodzona w różnych częściach naszego kraju. Tak wynika z komentarzy, co mnie bardzo raduje. Swojakiem jestem i nic co nasze nie jest mi obce.
  Obawiałem się, że moja żona zacznie się domagać jakiejś "walętynki", a ja zacznę się zastanawiać, czy aby w miłosnym uniesieniu nie obiecałem małżonce remontu mieszkania. Nie mogłem tego uczynic po pijaku, bowiem ponad ćwierć wieku temu nie pijam napojów wyskokowych i mamrotów wszelkiej maści. Żona stanęła na wysokości zadania i wszystkim nam kupiła po czekoladowym serduszku, aby Big Brother z USA się nie obraził.
     Nie sądzę, aby moja żona gloryfikowała kosmonautkę Walentynę Tiereszkową, której z racji swojego wieku nie znała i na jej cześć kupiła te serduszka w czerwonym złotku. Choć kolor czerwony i Walentyna Tiereszkowa miały się do siebie jak najbardziej.
                          *
     
    Walentynkowa pogoda za oknem. W sam raz na kochanie się na łonie natury i wyznawanie sobie miłości pomiędzy jednym aaapsik, a drugim. Po wytarciu gluta rękawem oczywiście.

PS. Klouzi daj mi szansę na zobaczenie Twojego blogu i miłe komentarze. Podaj mi hasło na moją pocztę. Jeśli to możliwe oczywiście.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Walentynki

piątek, 13 lutego 2009 11:31

    Od wczoraj trwa w moim radiu walentynkowe szaleństwo, którego nie rozumiem. Pewnie się narażę moim pięknym i wrażliwym blogowiczkom, a nawet kochanej Ciapie, która nagrody walentynkowe kosi, ale co mi tam, nie takie rzeczy przechodziłem w życiu.
    Nie rozumiem tego święta zakochanych, które dzięki marketingowi i nieodwzajemnionej miłości dla jankeskiego Big Brother'a, zostało przetransformowane do Polski. Bo przecież walentynki, to anglosaskie święto, a nie słowiańskie. Pomijam już fakt, że kupa cwaniaków na nim zarabia.

     Jakoś zapomnieliśmy o Nocy Kupały, zwanej Nocą Świętojańską, która przypadala na noc z 23 na 24 czerwca, a u nas na najkrótszą noc z 21 na 22 czerwca. Ta noc była świętowana przez Słowian bardzo uroczyście. Ba, nawet opowieści o kwiecie paproci, który zakwita tylko raz w Noc Świętojańską, mają swój niepowtarzalny urok. A co mamy w lutym?

    Gówno mamy, nie licząc kataru, grypy i zielonego gluta pod nosem. Co to za przyjemność w chlapie, czy na mrozie wyznawać na przydechu och, ech, miłość smarkającej wybrance. Przecież żadna to atrakcja tak na powietrzu, a siedzenie w knajpie nie ma już takiego uroku co...

     Noc Świętojańska, gdy jest ciepło i gwiazdy na niebie, a romantyczny nastój tworzą nam słowicze trele. Spacer po parku, w lesie, albo wyznanie "Kocham Cię" na zielonej łące kwieciem umajonej, gdzie w oddali cieniste gaiki, szemrzące strumyki, bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała...
     Dlatego bronię Nocy Świetojańskiej zwanej przez naszych praprzodków Nocą Kupały i chciałbym, aby zakochani wtedy świętowali. Bo to i taniej i zdrowiej. Nie wspomnę, że w taką noc poznałem swoją pierwszą, wielką miłość Renię na kwiecistej łące w czasie zlotu PTTK. W takim samym czasie poznałem moją ostatnią miłość, też Renię, z którą zacny Bóg nas połączył na dobre i na złe, aż do śmierci. Co prawda moją ślubną poznałem w sklepie, ale nie bądźmy drobiazgowi. Za to później też były łąki zielone, gaiki i słowicze trele.
    Nie dajmy się więc zwariować i świętujmy stare słowiańskie święto - Noc Kupały, czy Noc Świętojańską. Bo przecież św. Jan, czyli Jaśko, nie wypadł sroce spod ogona i w niczym nie jest gorszy od jakiegoś św. Walentego. Mało, że nie gorszy, to bardziej zdrowszy i mniej komercyjny.
     Ale póki co, to niech ten Walenty wam darzy i w miłości wspomaga piękne blogowiczki. Ale pamiętajcie też o naszym Jasiu. I o tych łąkach umajonych... I słowiczych trelach.

PS. Sowku i Wiesiu, czy książka już doszła? Niepokoję się tym milczeniem.
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

Old Rewolucjonista

wtorek, 10 lutego 2009 11:53

    Dostało mi się od mojego kolegi Patryka, że niby kpię z jego rewolucjnego zapału. Ba, nawet powątpiewa, że idę nadal pod prąd. Otóz Patryk ja ciągle idę pod prąd idiotyzmu, hipokryzji, nietolerancji, bigoterii i czego tam Bazia nie wymyśliła. Piszę o tym na blogu, w swoich książkach, etc... Oczywiście, że nie robię rewolucji na ulicach. Nie robię, bo swoje lata mam, a i zdrówko deczko szwankuje. Pomijam zupełnie fakt, że mam pewną wadę, a mianowicie taką, że chciałbym jeszcze trochę pożyć na tym łez padole. Dlatego wolę poruszać się w świecie wartości, cieszyć się chwilą i drobnostkami w swoim pisarskim idaho, czyli małej niszy.

     Oczywiście, że jak byłem młody, to było inaczej. Była wtedy komuna, której nie trawiłem, był PRL, w którym usiłowałem jakoś żyć, a przynajmniej na tyle, na ile mi "towarzysze" pozwali. Dlatego z radością przywitałem upadek komuny i powstanie III RP. Nie jest ona doskonała i wiele jeszcze brakuje w niej do znośnego życia. Jednak walkę o radykalne zmiany pozostawiłem młodym, takim zbuntowanym Patrykom, których cenię i szanuję za pewną ideę, w którą wierzą.

    Teraz jest łatwiej walczyć, bo kaczyzm na szczęście upadł, czekista Ziobro poszedł na zieloną trawkę i szlaja się po sądach. Nawet Jarkaczka zmienił swój image i zapałał do swoich dawnych przeciwników i wrogów miłością bliźniego swego. Teraz policja już nie bije z byle powodu, nie strzela i nie zamyka w kozie profilaktycznie. Czyli marzenie Ziobry się nie ziszczyło.
     Gdy ja wojowałem z komuną, to ona jakoś nie zapałała miłością szlachetną i czystą jak lelija do opozycji. Ba, zamiast pałać, to nas pałała, ale metrowymi pałami rekąmi synów swoich, czyli ZOMO. Dla niekumatych wyjaśniam, że ZOMO, to było zbrojne ramię PZPR, które mogło obić i obijało nas równo, czyli pałali do społeczeństwa miłością socjalistyczną. A pałać, to oni potrafili pięknie, wręcz artystycznie.
    Teraz Patryk wolę "iść pod prąd" słowem i piórem, bo deczko poobijany byłem za młodu, no i trochę siedziałem. Dwu lat odsiadki w Bieszczadach nie żałuję, bo tyle wczasów za państwowe pieniądze w zdrowym klimacie i wśród życzliwych ludzi, to nie w kij pierdział. Dlatego walkę rewolucyjną pozostawiam młodym, czupurnym i zbuntowanym.
    Jednak nadal wierzę, że Polskę należy zmieniać, a hołotę napiętnować i na śmietnik historii odstawiać. Ale tę walkę pozostawiam Tobie zacny mój druhu Patryku. Ja mogę być jedynie już doradcą z racji pewnych doświadczeń opozycyjnych. Ale póki będę żył, to zawsze swoim piórem będę wytykał antywartości  wszelakiej hołocie, która nas mami świetlaną przyszłością niczym odnowiony Kaczorek.
                                  *
      
      Zamiast wojować, wolę się wnuczkiem zajmować.

PS. Masz racje Ciapa, że jestem chyba bardziej pokręcony, czyli kopnięty niż Ty. Bo Ty się zmieniłaś niemożebnie na lepsze. Uważaj tylko, aby Cię tramwaj, lub samochód nie przejechał na drodze. Twój Anioł Stróż może Cię po prostu nie rozpoznać.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 171  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487171
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl