Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 823 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

ŻEGNAJ STARUSZKU

niedziela, 30 grudnia 2007 10:58

                Stary Rok z głowy       

     Nie bardzo wiem co napisać, gdyż mijający rok był dla mnie dziwny, śmieszny i straszny. Nie osiągnąłem żadnych sukcesów finansowych, gdyż nie jestem typem biznesmena i nie param się żadnymi interesami. Jestem skazany na zarobki pracownika najemnego, a te są uwarunkowane wieloma czynnikami. Etat, oprócz zadowolenia nie dał mi żadnych profitów, albowiem w służbie zdrowia nie było podwyżek, tylko zadymy i buńczuczne obietnice polityków. Dotychczasową reformę służby zdrowia uważam za bubel do entej potęgi, którą o kant d... rozbić.      

     Nieco lepiej mi się wiodło na tzw. „umowach-zleceniach”, które wymagały większej i bardziej wytężonej pracy, ale pozwalały mi na pewne negocjacje finansowe. Te uważam za raczej udane.      

    W sferze kulturalnej i duchowej nie było najgorzej. Zdobyłem III nagrodę w konkursie literackim, napisałem parę fajnych tekstów i haseł do EZG, skończyłem pisać kolejną książkę i dokonałem jej autokorekty. Od stycznia ruszam na poszukiwanie sponsorów i liczę na „starych”, którzy mi pewnie nie odmówią. Przeżyłem kilka ciekawych spotkań, odwiedziłem fajne imprezy i zobaczyłem parę ciekawych miejsc. Przeczytałem też wiele ciekawych publikacji i książek. Otworzył dwa blogi i zdobyłem wielu wirtualnych przyjaciół i komentatorów. A to się liczy.      

     Choć moja stara książka o Głogowskiej Solidarności nadal „pułkownikuje”, to jednak nie zapominam o niej, podobnie jak moi zaprzyjaźnieni dziennikarze, którzy korzystali z mojej wiedzy z okazji święta „S” i ogłoszenia stanu wojennego. Z uporem naiwnego dziecka wierzę, że ją opublikuję, choć obecna „S” to jakaś pokraka, która niszczy pamięć i etos tej pierwszej i jedynej dla mnie. Na dodatek chyba mnie nie lubi i raczej nie wesprze finansowo wydania.      

    Były też i smutne momenty. Pochowałem swojego przyjaciela i wygłosiłem stosowne pożegnanie nad grobem. Duchowo uczestniczyłem w pogrzebie żony mojego przyjaciela, który mieszka od lat w Wuppertalu.

       Muszę jednak, choć z obrzydzeniem, otrzeć się odrobinę o  politykę. Niewątpliwym majstersztykiem był upadek Kaczorów, PiS i szemranej koalicji, która była moralnym zerem, bandą kryminalistów i miłośników „płaskiej ziemi”. A kysz! Zgiń, przepadnij maro piekielna. Cieszę się, że niejaki pater Rydzyk, czy jak mu tam, dostał finansowego przytyczka w nos i koło niego mu przejdą finanse unijne i rządowe. Zachciało się nawiedzonemu mnichowi budowy term cieplnych i zawłaszczenia terenów zalewowych. Ale i tak mu na moherowy berecik wystarczy. Martwi mnie retoryka niektórych biskupów w sprawie stopni z religii, matury z niej, Unijnej Karty Praw Podstawowych i ich kłamliwe stanowisko wobec in vitro. Więcej pokory katabasi w purpurach i przestudiowania zapisów konkordatu. W zachwyt mnie wprawił wyrok TK i upadek lustracyjnych hunwejbinów, którzy chcieli dawne elity wyciąć w pień, a zastąpić je tzw. „elytami” z PiS, LPR i Samoobrony. O mój Boże!

 Wiele było takich „kwiatków” ale spuszczam na nie zasłonę miłosierdzia. Nie warto się nimi brudzić i podniecać.

        Najważniejsze jednak, że żyję i że zdrowie mi jakoś jeszcze dopisuje, aczkolwiek w tej materii mogłoby być lepiej, bo i lepiej bywało. Ale cóż – „Przyjmuję z pokorą to, co lata niosą”. I oby do wiosny.... 

                                     *

 Z okazji Nowego Roku 2008 wszystkim moim przyjaciołom życzę spełnienia wszystkich marzeń, zdrowia i wszelkiej pomyślności, a i nieprzyjaciołom swoim tylko zdrowia, bo na rozum już chyba za późno.

                            *


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

WIGILIJNE WSPOMNIENIA

czwartek, 27 grudnia 2007 17:13

*

   Byliśmy już po wigilii. Żona z córkami sprzątały i zmywały naczynia, a ja  szykowałem ciasto. Zadzwonił telefon - pewnie ktoś ze spóźnionymi życzeniami - pomyślałem sobie, gdy syn poszedł go odebrać. Po chwili przeszedł i powiedział, że to do mnie od kolegi z Niemiec. Rzeczywiście był to Józek, którego nie widziałem ponad trzydzieści lat. Ostatnio z nim rozmawiałem przez telefon parę miesięcy temu, gdy mu żona zmarła (pisałem o tym na blogu). W kiepskiej był formie, bo nie może się pogodzić ze śmiercią żony z którą przeżył 42 lata. Starałem się mu jakoś pomoc, ale nie bardzo wiedziałem jak, bo co innego pomagać swoim pacjentom z którymi nic mnie nie łączy, a co innego komuś bardzo bliskiemu. Komuś, z kim się spędziło wiele czasu i wiele przeszło.

     Znaliśmy się od szkoły podstawowej i byliśmy z tych samych stron - z Wielkopolski. Nic dziwnego, że się polubiliśmy skoro nadawaliśmy na tych samych falach. Czytaliśmy te same książki, chodziliśmy razem na biwaki i wycieczki, jeździliśmy auto-stopem. Przejechałem z nim całą Polskę wzdłuż i wszerz. Zwiedziliśmy wiele miast, ciekawych miejsc, muzeów i wystaw. Mieliśmy swoje marzenia. Razem chodziliśmy w kawalerkę...

    Byłem u niego na ślubie i weselu. On się wcześniej ożenił.  Historia jego żeniaczki była bardzo romantyczna. Ba, nawet otarła się o rapt, gdy porwał swoją ukochaną i uciekł z nią na krótko przed wyjazdem jej całej rodziny do Niemiec w ramach łączenia rodzin (byli oni autochtonami). Cóż mieli zrobić jej rodzice. Oni wyjechali na stałe, a ona została w Polsce. Krótko po ślubie wyjechali do Sulechowa, gdzie on dostał pracę w swoim zawodzie kominiarskim. Z czasem zdobył dyplom mistrza i dostał swoje mieszkanie. Urodził się im syn Edwin.

    Bywałem u niego w Sulechowie, aż mnie wzięli do wojska, a po wojsku miałem odsiadkę za "wydarzenia grodniowe w Szczecinie w 1970 roku. Później ja się ożeniłem, owdowiałem za 1,5 roku, a gdy mnie status wdowaca zmierził, ożeniłem się drugi raz. Mijały lata i jakoś nie było okazji odwiedzić swojego kumpla.

    Po stanie wojennym dowiedziałem się, że on z żoną i dzieckiem wyjechali do Niemiec odwiedzić jej rodzinę, a gdy wybuchł stan wojenny, to tam pozostali na stałe. Poczatkowo myślałem, że pozostali na pochodzenie żony, ale jak się okazało, to Józek też miał niemieckie pochodzenie (po matce i dziadku). Od tej pory straciliśmy kontakt.

    Latem tego roku Józka ojciec kupił moje książki, aby mu je wysłać. Przegadałem z nim parę godzin o starych Polakach, powspominaliśmy jego żonę, która już parę lat temu zmarła. Opowiedział mi o śmiertelnej chorobie Irki - żony Józka. Pokazywał mi zdjęcia Józka z jego wycieczek po świecie, bo on się pasjonował fotografiką. Stanęło na tym, że mi dał jego adres i poprosił, abym sam mu książki wysłał, bo dla niego pójsć na pocztę było wysiłkiem. Książki wysłałem priorytetem i...

     Za parę dni wieczorem Józek do mnie zadzwonił i pogadaliśmy ponad godzinę. Trochę powspominaliśmy stare dzieje, ale bardziej go pocieszałem, aby się nie załamał chorobą żony. Miała raka wątroby z przerzutami. Nie miałem złudzeń, ale pocieszałem kumpla jak tylko potrafiłem...

    Za parę tygodni zadzwonił ponownie i gdy szedłem do telefonu, to nie miałem złudzeń, że Irka zmarła. Popłakaliśmy sobie przez telefon, pogadaliśmy o niej... Wspierałem kolegę jak tylko potrafiłem, bo i coż mogłem wiecej zrobić.

    Wigilię Józek spędził z synem, ale co to była za wigilia, gdy dwóch chłopów ją szykowało, a żaden z nich nie był biegły w gotowaniu. Co to za nastrój wigilijny, gdy w pamięci jest jeszcze niedawna śmierć żony i matki. Poźniej Edwin pojechał do rodziców swojej dziewczyny, aby poznać jej rodzinę, a Józek zadzwonił do mnie...

    Ja moja żona obliczyła przegadaliśmy ponad dwie godziny (ciekawe ile telefony u nich kosztują?). Wspominaliśmy stare czasy, znajomych i miejsca w których bywaliśmy. Jednak doszliśmy do wspólnego wniosku, że tych miejsc już nie ma, albo zmieniły się nie do poznania, tak jak i my się zmieniliśmy. Pozostały tylko nasze wspomnienia. Obiecałem, koledze, że jak się ociepli, to go odwiedzę w Wuppertalu. On sam raczej nie może ptzyjechać, bo choć ma samochód, to i tak go nie może prowadzić, gdyż bardzo źle widzi. Cóż, jego choroba, źle rozpoznana i nie leczona w Polsce pogłębiła się. Można ją jedynie spowalniać, ale wyleczyć już nie. Żal mi mojego przyjaciela...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

WIGILIA I BOŻE NARODZENIE

sobota, 22 grudnia 2007 12:55

 Wigilia  tułaczy      

     Pociąg wlókł się niemiłosiernie. Dychawiczna lokomotywa sapała, prychała obłokami pary ciągnąc wagony pamiętające czasy świetności przedwojennej PKP. Kiepsko ogrzane przedziały do których wchodziło się wprost z peronu, oświetlone były lampami gazowymi, które z zapadnięciem zmroku zapalał konduktor. Podróż z Leszna do Głogowa była dla mnie  ogromną frajdą. Za oknami widać było pokryte śniegiem lasy, które w postępującym mroku stawały się bardzo tajemnicze. Kolejne stacje na których ktoś wsiadał i wysiadał zostawały powoli w tyle. Wreszcie jakiś most i kłębowisko ruin z wybijającą się wieżą  zniszczonego kościoła. Za chwile drugi most nad Odrą i powolny wjazd na stację Głogów. Na peronie czekał ojciec, który wcześniej przyjechał jakąś ciężarówką z demobilu z rzeczami i starymi meblami, które udało się rodzicom skompletować. Byłem zachwycony. Nic to, że wędrowaliśmy ulicami wśród wypalonych domów, że z rzadka świeciły  latarnie, że niewielu było przechodniów. Ważne, że byliśmy u siebie w nowym mieście w którym nasza rodzina miała zapuścić swoje korzenie. Szedłem obok ojca, który niósł na rękach najmłodszą latorośl, a mama prowadziła za rękę moją młodszą siostrę. Dla mnie w tej wędrówce było coś wspaniałego i tajemniczego, a mijane ruiny z  ciemnymi oczodołami okien nęciły, oj nęciły, gdyż zapowiadały nową przygodę. Byłem pewien, że pokocham swoje nowe miasto do którego rzucił nas los i spodoba mi się nowe mieszkanie, którego tak nam brakowało w Lesznie. Wreszcie weszliśmy w ulicę przy której stały cztery bloki z których jeden był zamieszkały, dwa pozostałe w ruinie, a w czwartym jedynie dwie pierwsze klatki były wyremontowane i czekały na nowych lokatorów.  Doskonale pamiętam radość matki, która głośno wołała: O Boże!, jakie ładne pokoje, jaka duża kuchnia, jaka ładna łazienka i ubikacja, jaki przedpokój. 

    Rozumiałem radość matki z nowego mieszkania, gdyż doskonale pamiętałem ciasne, przerobione z podwórkowej pralni mieszkanie do którego wchodziło się prosto z podwórza, brak łazienki i wychodek w rogu podwórka z serduszkiem na drzwiach. Pamiętam kąpiele w balii, postępujący chłód, gdy  „koza” przygasała. Ja też cieszyłem się z nowego lokum, mniej może z faktu jego posiadania, ale bardziej z możliwości zwiedzania okolicznych ruin w których można coś ciekawego przeżyć, albo znaleźć jakiś skarb. Nie przejmowałem się, że byliśmy pierwszymi lokatorami na klatce schodowej, gdyż wiedziałem od ojca, że w ciągu paru dni sprowadzą się inni z dziećmi w moim wieku. Faktycznie w ciągu tygodnia miałem już nowych kolegów, którzy podobnie jak i ja lubili zwiedzać okoliczne ruiny i wypalone domy.

       Święta Bożego Narodzenia przyszły szybko i zwiastowały  zieloną choinkę, smaczne pierniki, prezenty, bigos i dużo innych wspaniałości jakie mama przyrządzała. Święta to również pasterka o północy w kościele, do którego będziemy wędrować nocą ścieżkami wśród ruin. Nie mogłem się doczekać wigilii, wspólnie śpiewanych kolęd i prezentów od św. Mikołaja. Wreszcie nadszedł ten magiczny dzień. Było dużo radości ze słodyczy i prezentów, które zrobił sam ojciec, a miał on niesamowite zdolności manualne. Potrafił robić piękne i funkcjonalne zabawki, których w tamtym okresie nie można było kupić. Ładnie też śpiewał i to on pierwszy intonował coraz to inne kolędy. Wreszcie wymarsz na pasterkę z ojcem i siostrą, bo mama musiała zostać w domu z najmłodszym bratem, który dopiero raczkował. Jaka wspaniała była to wędrówka wśród ośnieżonych gruzów i wypalonych ruin domów. Jakie wspaniałe uczucie tak sobie maszerować obok ojca, który oświetlał latarką drogę. Ja również dostałem wymarzoną latarkę na baterię od świętego Mikołaja, ale wolałem  oświetlać puste okna ruin niż drogę. Z przodu i z tyłu widać było takie wędrujące niczym błędne ogniki na bagnach światełka, które z różnych stron kierowały się do kościoła. Słychać było przyciszone głosy rozmów, to znak, że inne dzieci zasypywały pytaniami swoich rodziców. A było o co wypytywać. Te migające w bożonarodzeniową noc latarki musiały chyba niezwykle wyglądać z lotu ptaka. Jak całe roje świetlików, które zmierzają do jednego miejsca, a raczej do dwu miejsc po przeciwnych stronach miasta. Nie wiadomo dlaczego część ludzi z tej samej ulicy chodziła do klasztoru, a pozostali do kaplicy. Może dlatego, że klasztor był otwarty dla wiernych szybciej niż kaplica, a ci co byli tu wcześniej zdążyli się do niego przyzwyczaić. Z dala słychać było dźwięki dzwoneczków, których echo niosło się w tę mroźną noc. Był to sygnał, że na pasterkę przybywają saniami ludzie z okolicznych wiosek.

    Wreszcie jesteśmy w kościele. Czuć ciepło, zapach palonych świec i kadzidła, słychać jak ktoś intonuje kolędę: Bóg się rodzi moc truchleje, którą podchwytują setki gardeł, by za chwilę śpiew ludzi wypełnił cały kościół, aż po jego sklepienie. Byłem wpatrzony szopkę z małym Jezuskiem w żłobku, nad którą wznosiła się  gwiazda betlejemska. Ktoś obdarzony słuchem łatwo odróżnił w śpiewie ludzi akcent kresowy, poznańskie zaciąganie, czy twardą nutę autochtonów i ludzi z pogranicza. To był wspaniały śpiew. Śpiew, który połączył na dobre i złe wszystkich osadników z okolic Głogowa. Po pasterce nastąpiła powrotna wędrówka do domu na gorący bigos, który perkotał w dużym garnku na piecu w kuchni. 

*

WSZYSTKIM WĘDROWCOM, KTÓRZY TRAFIĄ NA MÓJ BLOG ŻYCZĘ ZDROWYCH, WESOŁYCH I DOSTATNICH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA

*

    Iwonko, moje wspomnienia o bieszczadzkiej wigilii były znajome, gdyż czytałaś je w mojej książce. Obecny wpis był parę lat temu opublikowany w Gazecie "Wyborczej" w wrocławskim dodatku i też może być znajomy dla blogowiczów z Dolnego Śląska.

*


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

ROZWAŻANIA O WOLNOŚCI

środa, 19 grudnia 2007 16:38

*

BYĆ WOLNYM

    W Deklaracji Niepodległości USA są takie znamienne słowa: Każdy rodzi się Wolny, Równy wobec prawa i ma niezbywalne prawo do Szczęścia. Podobne hasła głosiła Rewolucja Francuska. Warto się więc zastanowić nad sensem tych słów.

    Mieć niezbywalne prawo do szczęścia oznacza, że szczęścia nie można zagwarantować ustawowym zapisem, a jedynie stworzyć takie warunki, aby każdy Człowiek mógł o szczęście zabiegać. Nie będę się rozwodził (na razie) co to jest Szczęście, gdyż wielu przyjaciół z blogów o tym często pisze. Dla mnie sczęście jest stanem naszej duszy i uczuć. Dlatego warto o nie zabiegać i nie odwracać się od niego. Czekanie na szczęście nie ma sensu, gdyż samo nie przyjdzie. Warto też pomyśleć o własnej przyzwoitości i wyznawanych wartościach, bo gdy są one zdrowe i klarownee, to i o szczęście łatwiej.

    Co znacza być równym wobec praw, nie muszę nikomu tłunaczyć, gdyż znaczy to , że każdy człowiek i to bez względu na pochodzenie, wyznawaną religię, status społeczny podlega pod te same prawa. Prawa, które można też egzekwować w sądzie korzystając z tych samych ustaw i paragrafów. Oczywiście, że bogaty i wyżej postawiony ma łatwiejszą drogę sądową, niż biedny, szary człowiek. Niemniej jednak i prezydent, i taki szaraczek jak ja ma prawo do tej samej konstytucji i kodeksów.

    Natomiast o Wolności można by wiele pisać, ale zarówno senatorom USA, jak i Francuzom chodziło o to, że żaden Człowiek nie może być niczyją własnością i to niezależnie od koloru skóry, wyznawanej religii, czy statusu społecznego. I o tym chciałbym trochę porozważać.

    Parę lat temu byłem na Letniej Szkole Rozwoju Duchowego, która była poświęcona Wolności właśnie. Wysłuchałem wielu ciekawych wykładów (Jacka Kuronia, Krzysztofa Zanussiego. Marka Nowickiego i Wiktora Osiatyńskiego). Każdy z nich mówił o wolności w tej dziedzinie w jakiej był specjalistą. Zanussi o wolności tworzenia, kulturze i sztuce. Nowicki o wolności w sferze praw człowieka, Kuroń dzielił się wiedzą o wolności na bazie swoich własnych doświadczeń, a Osiatyński o wolności konstytucyjnej.

    Wszyscy mówili jednak o wolności zewnętrznej i wewnetrznej. Wolność zewnętrzna jest regulowana Konstytucją, ustawami, kodeksami i przepisami. Oczywiście, że ona jest najbardziej narażona na ograniczanie i to za sprawą polityków. Nieważne z jakiej opcji, bowiem wszyscy z nich, gdy tylko nieco okrzepną (czyli zobaczą gdzie są konfitury schowane) w sejmnie, to natychmiast próbują nam Wolność ograniczać. Jednak  demokracja, wolne media i niezawisłe sądy nie pozwalają zanadto brykać temu rozochoconemu bractwu i wolność nam ograniczać. Mieli o tym okazję dość boleśnie przekonać się Kaczyńscy i ich apologeci. Bowiem wygrała demokracja. To My głosując w wolnych wyborach powiedzieliśmy temu bractwu - spadajcie na zbite ryło.

     Nieco inaczej jest z wolnością wewnetrzną, czyli naszymi wartościami, upodobaniami, wyznawaną religią, umiłowaniem określonej twórczości, czy wolnością słowa. Wolność wewnętrzną nie można ograniczyć ustawami, czy kodeksami. Nie można bowiem w wolnym państwie nakazać komuś co i jak ma wyznawać, co ma mówić, jaką religię praktykować, czy jakie sztuki, filmy oglądać, bądź jakie książki ma czytać. Nie można nikomu nakazywań jaką ma mieć orientację seksualną, albo z kim i jaki ślub ma zawierać.

    Nie oznacza to jednak, że wolność wewnętrzna nie podlega żadnym ograniczeniom. Skoro nie można jej skodyfikować, to jak ją trzymać w bezpiecznych ryzach, aby nie doszło do anarchii, wynaturzenia, czy fałszywego rozumienia owsiakowego "Róbta co chceta". W tym miejscu kłania się filozof i nauczyciel Seneka, który kiedyś powiedział znamienne słowa: "Gdy prawo nie zabrania, pozostaje zawsze sumienie". Tak, bo to my sami musimy sobie zakreślać granice, których nie możemy przekraczać. Stąd wniosek, że im człowiek bardziej przyzwoity z jasnym i klarownym systemem wartości, im bardzie duchowy i uczciwy, to tym granice jego wolności wewnetrznej będą jasno i klarownie określone.

     Bardzo mi się podobały powiedzenia: Inteligenckie - Jęśli nie wiesz jak się zachować, to na wszelki wypadek zachowuj się przyzwoicie. I ludowe - Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie musiał płakać. Zaiste piękne te słowa, bowiem niezależnie od pochodzenia i wykształcenia mówią o tym samym.

    I dlatego właśnie w przedświąteczej gorączce znajdźmy chwilę czasu na zadumę, aby się zastanowić jak żyć przyzwoicie. Aby znaleźć jasny drogowskaz, który niczym gwiazda Betlejemska zaprowadzi nas bezpieczną drogą do celu, tak, jak doprowadziła do stajenki i nowonarodzonego Jezusa trzech Mędrców.

    Bowiem Człowiek, to Brzmi Dumnie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Beszczadzka wigilia

sobota, 15 grudnia 2007 11:21

 

              Pierwsze święta w Bieszczadach       

    Zatęskniłem ostatnio za Bieszczadami, a że zbliżają się święta, postanowiłem napisać o moich pierwszych świętach w Bieszczadach i to w dość nietypowym miejscu.    

    Święta Bożego Narodzenia nadchodziły bardzo szybko, a na tydzień przed nimi przyszły pierwsze paczki od rodzin. Po paczki jechaliśmy traktorem w asyście klawisza do Czarnej, gdzie była poczta. Najbardziej skorzystali ci, co nie mieli talonów, bo ci z talonami mieli paczki pięciokilowe – tak jak Bóg przykazał i więzienny regulamin nakazywał. Pozostałe paczki, też bez talonu  miały w większości znaczną nadwagę.  Rekordzistka przekraczała 12 kilogramów (moja miała ponad siedem). Jak to klawisz zobaczył to zdębiał, ale cóż miał zrobić. Nie był on złym człowiekiem, wiec machnął ręką i kazał nam je ładować na przyczepę, cedując problem na komendanta. Komendant jak zobaczył te ogromne paki to trochę się wkurzył, ale odpuścił nam, bo jak już wcześniej wspomniałem miał dobre serce...    

    Udało nam się wszystkim paczki z domu otrzymać i to jakie paczki! Tylko jeden, który siedział za żonę i alimenty nie mógł liczyć na pomoc z domu – żona miała go gdzieś, a i rodzina też się nim zbytnio nie interesowała. Czułem, że jest mu przykro, ale sam sobie przecież zgotował taki los i mógł mieć pretensje tylko dla siebie. Nie został jednak na lodzie, gdyż w  wigilię i święta zawsze go któryś z kolegów więziennym zwyczajem poczęstował.     Na wigilię był tradycyjny czerwony barszcz, pierogi z kapustą i kawałek pieczonego dorsza.  Wcześniej przynieśliśmy z lasu kilka choinek, aby tradycji stało się zadość. Największą postawiliśmy w świetlicy, a  mniejsze znalazły swoje miejsce w pokojach. Przynieśliśmy też dla komendanta i klawiszy, bo  oni też mieli święta z dala od swoich rodzin. Święta, a najbardziej wigilia są dniami bardzo szczególnymi w więzieniu, gdyż tworzy się wtedy dość specyficzna atmosfera. Dawne i świeże urazy ulegają zapomnieniu, a ludzie stają się dla siebie bardziej mili niż zwykle. Mimo świątecznego nastroju każdy z nas był trochę w głębi duszy zasmucony. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż nawet największy kryminalista tęskni za rodzinną atmosferą przy wspólnym stołem wigilijnym.    

    Aby stworzyć namiastkę rodzinnego ciepła i wigilijnego nastroju  każdy w ten wieczór wystawiał coś dobrego z paczki na stół i dzielił się z innymi. Dzieliliśmy się też opłatkiem który dostaliśmy w listach i paczkach. Gdy usiedliśmy za stołem i odśpiewaliśmy „Cichą Noc” wielu z nas miało łzy w oczach, a szczególnie ci, którzy spędzali w więzieniu swoje pierwsze święta. Gdy zaśpiewaliśmy pastorałkę „Hej maluśki, maluśki”, to wszystkim szkliły się oczy. Chyba te wstydliwe i nieporadnie skrywane łzy spowodowały, że złe emocje odchodziły razem z nimi. Wtedy kolejny raz zrozumiałem, że na takie podniosłe chwile nie było mocnych i najwięksi nawet twardziele po cichu  uronili niejedną łezkę.

    - To już moje drugie święta Bożego Narodzenia w kryminale – pomyślałem sobie, gdy pomagałem zastawiać wigilijny stół w pokoju. Jednak podświadomie czułem, że  będą one o niebo lepsze, niż te poprzednie, spędzone  w areszcie milicyjnym, bez paczki z domu i wypiski. Tu było świątecznie i spokojnie. Nie było krat w oknach, wysokich murów z wieżami strażniczymi. 

    Za oknem w mroku nocy widać było rozgwieżdżone niebo, a od blasku migocących gwiazd srebrzyły się pokryte puchowym śniegiem połoniny, strzeliste sosny, buki i graby. Nawet klawisze przy wieczornym apelu, który wyjątkowo odbył się przed kolacją złożyli nam życzenia. Im się również udzielił świąteczny nastrój, bo  oni też przecież byli samotni i z dala od swoich rodzin. Choć golnęli sobie dla kurażu i lepszego samopoczucia, widać było, że  alkohol nie przyniósł im ulgi. Mimo wszystko mieli jednak lepiej od swoich kolegów w macierzystych więzieniach, których stawiano w czasie świąt w stan podwyższonej gotowości. 

                                     *

Kuba! O sprawach politycznych na tym blogu nie pisze. Zapraszam na: http://Michalc30.blog.interia.pl 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

wtorek, 21 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  490 919  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 490919
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9604
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3857 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości