Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 212 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Ciężki tydzień.

sobota, 29 listopada 2008 18:31

     Mam już z głowy. Pewnie wielu z Was się domyśliło, a niektórym pisałem, że złapała mnie choroba.Jakieś wredne zapalenie korzonków nerwowych, które wyzwoliło niesamowite bóle krzyżowo-lędźwiowe. Kto to miał, ten zrozumie. Zostałem unieruchomiony w łóżku, a siedzenie przed kompem choć 10 minut graniczyło z ogromnym zamozaparciem desperata. Leki, środki p-bólowe, zastrzyki spowodowały, że mój umysł pracował w czwartym wymierze Tyminskiego i dlatego wolałem wiele nie pisać, aby nie wyjść na kretyna. Tak samo opuściłem mój blog i przyjaciół, co nie oznacza, że na niego nie wchodziłem. Odwiedzałem też blogi wiernych znajomych i czytałem je na tyle uważnie, na ile pozwalał mi czwarty...
    Nie tylko cierpiałem, ale poniosłem wymierne straty duchowe: Nie byłem na ciekawym wykładzie o kościele Bożego Ciała i jakby tego było mało, musiałem opuścić wspaniałe spotkanie z moim kolegą - Krzysiem Jeleniem znanym głogowskim poetą. Krzyś świętował swoje XXX-lecie twórczości, na którym promował swój najnowszy tomik poezji, który się ostanio ukazał. Jeśli jest mi czegoś żal, to właśnie tych spotkań. Historię kościoła z grubsza znam, Krzysia też, ale strawy duchowej nikt mi nie zwróci. Nie mówiąc już o kawałku jubileuszowego torta. Tomik z dedykacją będę miał, ale to najważniejsze przeszło mi koło nosa i se ne vrati.
    Gdy bolałem nad marnościami mego chorego żywota, zadzwonili z wydawnictwa, że mogę swoje najnowsze książki odebrać. Powiedziałem, że w piątek je odbiorę (a był czwartek). Byc może radość okazała się zbawienna, bo choroba zaczęła mnie powoli opuszczać i w piatek o godzinie piatej rano, czułem się na tyle dobrze, że wiedziałem, iż książki odbiorę i rozliczę się z wydawnictwem. I odebrałem, znieczulony jakimś silnym zastrzykiem. Dobrze, że mój przyjaciek Heniu Adamczyk (ten od Psalmów), który robił mi korektę litaracką pomógł mi się zabrać swoim samochodem z paczkami. Zawiozłen umówioną liczbę egzemolarzy głównemu sponsorowi, który mnie najbardziej naciskał, a resztę złożyłem w domu. Po południu zaliczyłem jeszcze Przemków, bo umowa, to umowa. Przy okazji sprzedałem parę egzemplarzy, to znaczy ten, który miałem na pokazanie, ale pare osób zapłaciło mi z góry i otrzymają je w następny piatek. Dobrze, że choć moi klienci i reszta sponsorów mi ufają. To dla mnie bardzo ważne.
     Teraz wracam do zdrowia i siadłem do komputera, aby straty odrobić. Reszte odrobię jutro.
     Dlatego, że dostałem strasznie w dupę bólem, życzę wszystkim zdrowia i jeszcze raz zdrowia i broń Boże zapalenia korzonków i bóli lędźwiowo krzyżowych.
                              *

         

PS. Kto chce mieć moją książkę, proszę o kontakat na moją pocztę. Procedura taka sama. Starczy dla wszystkich - nie ma obawy. Przysyłajcie też swoje adresy, bo poprzednie skasowałem po załatwieniu sprawy, a nie czułem się upoważniony do ich przechowywania.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (30) | dodaj komentarz

Ta nasza młodość...

czwartek, 20 listopada 2008 10:48

Ten szczęsny czas....
     Młodość mamy już co niektórzy za sobą, a przed sobą jesień życia i w perspektywie starość. Dorosłość to nasz najproduktywniejszy okres życia. To zakładanie rodziny, płodzenie dzieci i ich wychowywanie, dorabianie się, aby osiagnąć lepszą lub gorszą stabilizację. Ja już spłodziłem syna, posadziłem wiele drzew i wiele domów wybudowałem, choć mój budował ktoś inny.
   Lata lecą i ani zauważymy jak wkroczymy w dostojną jesień życia. Pozostaje pytanie - jaka będzie ta jesień? Czy będzie zdrowa i radosna, a może schorowana i smutna. Nie mam watpliwości, że na jesień pogodną musimy sobie zapracować swoim życiem. Gdy będzie ono jałowe, w ciągłej pogoni za dobrami materialnymi, bez postrzegania bliźnich, a za to z rozpychaniem się łokciami, to jesień życia będzie fatalna. Nie chodzi mi o to, że będzie lepsza ekonomicznie. Bo dla mnie dobra materialne nie były i nie są dominującym czynnikiem życia w dorosłości. Choć nie ukrywam, że życie w biedzie nie jest twórcze i dobre.
     Pamiętam słowa dziadków i rodziców, abym żył tak, żeby nikt z mojej przyczyny nie płakał. Później sobie postawiłem drugie zadanie - żyj tak, abyś przy goleniu mógł bez obrzydzenia spojrzeć na siebie w lustrze.
     Czy tak żyłem? Starałem się, ale z paru rzeczy nie jestem dumny, z paru się wstydzę, ale w generalnym rozrachunku mój bilans dobra i przyzwoitości góruje nad zachowaniem wstydliwym i niegodziwym. Dobre i to, choć mogło być lepiej.
     Buddyzm powiada, że możesz wierzyć w co chcesz, możesz w nic nie wierzyć, abyś tylko czynił dobro. Dlatego wiele lat je czyniłem i nadal czynię, bo wierzę w reinkarnację i w to, że moje następne wcielenie będzie tym lepsze, im lepiej sobie na nie zapracuję w obecnym życiu.
    Tak, jestem chrzescijanem  z wyboru rodziców, jestem też agnostykiem z własnego wyboru. Jestem, gdyż potrafię myśleć i nic co ludzkie nie jest mi obce. Jestem, bo nie mogłem znieść wszechobecnej hipokryzji, pozłotki, blichtru i zakłamania. Jestem więc kim jestem i nikomu nic do tego. Zwłaszcza, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, a na dodatek Stwórca nas obdarzył rozumem i wolną wolą.
     Wchodzę powoli w jesień życia, która nie zapowiada się najgorzej. Nie mając wygórowanych ambicji i nierealnych marzeń, wiem, że to co mi w duszy gra potrafię zrealizować. Wiem, że nie muszę podbijać świata, bo tyle jest pięknych miejsc w Polsce, których jeszcze nie widziałem, a chcę zobaczyć. Jest też parę ksiażek, które chcę przeczytać. W głowie kołacze mi pomysł na kolejną książkę. Mam paru przyjaciół i wielu serdecznych znajomych. Czyli nie jest źle i oby zdrowie dopisało.
     Nie czas jeszcze chować swoje marzenia do szafy. Czas założyć liliowy kapelusz, wyjść z domu i użyć świata. Używając go, opóźnimy starość.
    Nie boję się starości, ale boję się starczego zniedołężnienia. Boję się, bo Polska nie jest krajem przyjaznym ludziom zniedołężniałym. Nie jest, bo polityczna hałastra myśli, że ich starość nie czeka. Dlatego w duchu proszę Boga, aby mnie powołał do siebie we śnie wtedy, gdy będę już cieżarem dla siebie i innych.
      Nie proszę przecież o wiele...., ale póki co, to raduję się Miłoszkiem.
                                       *
    
                      Babcia, dziadek i wnuczek.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (44) | dodaj komentarz

Było wesoło, czyli spoko...

poniedziałek, 17 listopada 2008 11:45

    Jak mówi córka. Po dziesiątej przyjechał po nas zięć z tortem i zabrał nas do siebie. Targaliśmy się z sałatkami i rybami, które żona przyrządziła na ucztę po chrzcie, oraz z  prezentami dla wnuka. Chrzestna trzymała torta na kolanach, bo się do kartonu nie zmieścił. Dojechaliśmy cali i szczęśliwi, a wcześniej dziadek gestem emeryta wsunął do pamiątki nowe, szeleszczące banknoty na chwałę Bożą i dobry humor Miłoszka. Aczkolwiek jemu to pewnie dyndało. Co innego kolorowa karuzela...
   Miłoszek spał sobie smacznie, ale gdy nastała pora ubierania go w białe ubranko troszkę grymasił i popłakiwał. Nie powiem, mieliśmy trochę pietra, że da w kościele koncert i zagłuszy Alleluja wiernych. Obawa była o tyle zasadna, że jego tatuś, a mój zięć, jak wynika z relacji jego rodziców, dał w czasie swojego chrztu taki koncert, że musiano go do zakrystii eweakuować, żeby ksiądz mógł mszę odprawiać. Z duszą na ramieniu wędrowaliśmy opłotkami do kościoła, gdzie o dziwo wnuczek zachował stoicki spokój i smacznie sobie spał. Nie obeszło go wyciąganie z wózka i wszystkie obrządki, które wielebny czynił. Przy polewaniu wodą święconą tylko się lekko skrzywił i dalej kimał snem sprawiedliwego. Widocznie potraktował to jako nadprogramową kąpiel. Gdy po chrzcie, ksiądz go uniósł do góry, a parafianie klaskali na przyjęcie nowego członka parafii, Miłoszek godnie spojrzał na parafian i nawet się nie skrzywił. Widać ma godność po dziadku, a aplauz miejscowej socjety przyjął jak na Miłosza przystało. Z godnością i wyniosłością. Bo przecież górował nad nami w krzepkich rękach kapłana. Do końca mszy był spokojny, wysłuchał ogłoszeń parafialnych i dzielnie pozował do pamiątkowej fotografi.
    W domu też było fajnie. W salonie kominkowym u rodziców zięcia dziadkowie z obu stron usiedli przy końcu stoła, aby nie przeszkadzać szczęśliwemu tatusiowi w podawaniu obiadu. Bo zięć, choć logistyk, spedytor, dyspozytor transportu i prawie inżynier, ma gotowanie we krwi. Najpewniej będzie najlepszym inżynierem wśród kucharzy, i najlepszym kucharzem wśród inzynierów.
    Dopiero pod wieczór, gdy zbliżała się pora kąpieli Miłoszek zaczął marudzic i popłakiwać, co było normalne u dziecka. Co się dziwić, skoro i ja czułem już zmęczenie. Pełni dobrych wrażeń wieczorem wróciliśmy do domu, choć córka nas namawiała, abyśmy jeszcze posiedzieli. Łatwo jej mówic jak była w domu, ale my mieliśmy do niego parę kilometrów. Nie mogłem przecież wymagać od zięcia, czy jego rodziców, aby sobie odmówili kieliszka wina na zdrowie Miłoszka, by nas później odwieżć. A po kieliszku się nie siada za kierownicą.
    I tak minąl kolejny, ale bardzo przyjemny dzień emeryta.
                              
                                   *
                    
               Miłoszek przyjęty do grona parafian.
                                     *

Moje pociechy - córka Ewelina, zięć Sebastiam i wnusiu Miłoszek  przy  chrzcielnicy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Jesienne nastroje

sobota, 15 listopada 2008 11:52

     To już kolejny jesienny wekend. Za oknem słoneczko zza chmur wygląda i jakoś się raźniej robi na duszy. Bo od promieni słonecznych radości przybywa i chyba weny. A co na innych blogach?

    Żaba ciągle remontuje i na Zaba psioczy, Dośka ma nadal powolniaka i milczy, ale za to inni przyjaciele trzymają dobry kurs, co mnie podwójną radością napawa. A mam się z czego radować. Oj mam.

    Jutro są chrzciny mojego wnuczka Miłoszka, który zmieni swój stan z pogańskiego na chrześcijański. Żona tworzy jakieś delicje na poczęstunek, córka, czyli mama wnuka też coś tworzy, jej teściowa piecze ciasta, a fajnie piecze. Zięć Sebastian też organizuje i dogląda, a ja? A ja uszykowałem takie nowiutkie, szeleszczące banknociki do pamiątki z chrztu. Ciekawe tylko, czy Miłoszek w czasie tej ważnej ceremonii nie zechce głośno "śpiewać" aleluja, gdy farorz go będzie wodą polewał i olejkiem namaszczał, przed oddaniem boskiej woli. Cóż, dzieci to dzieci i nie wszystko muszą rozumieć i niewątpliwą "radość" wyrażać w spokoju i ciszy.
     Zawodowo też się spełniam, bo grupy zwiększają liczebność, a tym samym mi wiary w Człowieka przybywa. Kończę też autokorektę czwartej książki i sam się śmieję z niektórych opisów sytuacji w kaczyźmie, bo to o tym mrocznym okresie będzie moja kolejna książka. Ma ona bowiem ocalić od zapomnianie rządy kwakaczy, lepperowych buraków, giertychowskich kreacjonistów i weszpolaków. Niby z ulgą przyjęliśmy odejście tego bractwa, ale warto o tym pamiętać, żeby ludziom znowu nie odbiło i przypadkiem...
     Związkowcy opuścili okupowane biuro Tuska i przenieśli się na z góry upatrzone pozycje, gdy jego załoga wyniosła się do innego lokalu. Coś mi się zdaje, że tuskowe nie ustąpią z pomostówkami i wyjdzie sytuacja patowa. Jakoś nie wierzę, że związkowcy wyprowadzą miliony na ulice, albo zrobią strajk generalny. Cóż można sobie pokrzyczeć - jesień nasza, zima wasza, a wiosna Muminków! A co!
    Prezio Lech zamiast spotkać się z Sarkozym woli walić pokłony boskiemu niegdyś cesarzowi Japonii. Pewnie chce wzorem innego Lecha dokończyć budowanie drugiej Japonii w Polsce, a co rady cesarkie, to nie w kij pierdział. 
    Na zakończenie mam pytanie? Jak poliglota Lech Kwa-kwa  wymawia Barack Obama? ..... Barek Odrana moi kochani. I to byłoby tyle na dzień dzisiejszy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Jest mi przykro

wtorek, 11 listopada 2008 13:45

     Parę dni temu odbyła się demonstracja związkowców w obronie emerytur pomostowych. Po raz pierwszy w tej walce związki wszelakie się zbratały w jeden organ i protestowały. Nie jestem przeciwnikiem emerytur pomostowych, ani wcześniej nabytych przywilejów. Nie jestem, choć rząd SLD mi taki przywilej odebrał (terapeuci mogli iść na emeryturę od 60 lat, gdy mieli 15 lat przepracowane w zawodzie). Żeby było śmieszniej, ten sam rząd odebrał mi rentę i to krótko po zawale serca. Wyszły bowiem postkomuszki z założenia, że skoro pracuję, to mi się renta nie należy. Pracowałem, bo renta była wysoka... 500 złotych zaledwie, a same opłaty wynosiły 900 złotych, że o utrzymaniu rodziny nie wspomnę. Pracowałem, bo miałem takie prawo i moralny obowiązek. Co tam, z komuszkami zawsze wychodziłem jak Zabłocki na mydle. Było, minęło, a i "Paragraf 22" też czytałem.
    Wracając do pomostówek i praw nabytych, uważam, że jest wiele zawodów, którym się one należą. Zawodów, a nie branż. Inna bowiem jest praca maszynisty kolejowego, nauczyciela, nastawniczego, manewrowego i innych cieżkich zawodów, od pracy kasjerek, czy sprząteczek ( z całym szacunkiem do tych profesji). Dlatego uważam, że przywileje należy zweryfikować w mądry sposób. W tej chwili jesteśmy jedynym państwem w Unii, które ma tak szeroko rozbudowane przywileje. Pozostaje więc pytanie? Czy nas na nie stać? Nie znam takiej odpowiedzi patrząc na bizantyjski styl życia naszych polityków i ośrodków władzy.
    Mam młodego kolegę, który z racji późnego urodzenia nie może pamiętać PRL i jego "dobrodziejstw". Ale jest on lewicowcym rewolucjonistą (patrz blog w moich ulubionych), zwolennikiem Che i innych zmieniaczy świata. Dlatego protestuje. Na swoim blogu wyraził swój sprzeciw wobec rządów PO (mnie też ten rząd zwisa) i jego reformie pomostówek. Napisałem do tego wpisu komentarz i...
    Oberwało mi się niemożebnie, ale na argumenty Patryka byłem przygotowany. Jednak mój przyjaciel zranił mnnie, wypominając mi emeryturę na mocy ustawy zrównującej wiek kobiet i meżczyzn. Ba, napisał również, że ja pracowałem za biurkiem, czyli w jego mniemaniu jestem pierdzącym w stołek urzędasem, który w przypływie dobrego humoru załatwi interesanta, a w przypadku złego, odeśle go w diabli. I tu mi gul skoczył. Nigdy się nie czułem urzędnikiem, a moja praca polegała na pomocy ludziom zagubionym, wykoślawionym moralnie i społecznie, wyrzuconym na rafy (śmietnik) życia. Pomagałem też ich rodzinom, aby zniosły swój krzyż pański i nie zwiariowały. Nie była to lekka praca, bowiem ja nie tylko pracowałem głową, ale i sercem, więc tym samym brałem na siebie część cierpienia tych ludzi. Życzyłbym sobie takich urzędników.
     Na emeryturę przeszedłem po 43,5 latach pracy, z czego 25 lat przepracowałem na budowach, w kopalni i hucie na stanowiskach ogniowych. Decyzję podjąłem z dwu powodów. Pierwszy - poczułem się potwornie zmęczony fizycznie i psychicznie. Czułem, że jestem bliski kolejnego zawału - być może już ostatniego. Powód drugi, to obawa przed możliwością odebrania nam tego przywileju przez rząd platformesów, rząd, który nie liczy się z prawami wcześniej nabytymi. Dla równowagi powiem, że pisiory też nie są lepsze, że o lewicowcach nie wspomnę. 
     Dlatego Patryk poczułem się zraniony. Nie obrażony, bo do tego przywykłem ale zwyczajnie po ludzku zraniony. Mam w dupie Patryk moje "kombatanctwo" i przepracowane lata w złych warunkach, bo to był mój wolny wybór. Tak samo moim wyborem był obecny zawód. Jednak nie życzę sobie, aby ktoś mnie porównywał do tępych urzędasów. Porównując mnie do nich plujesz brachu na etos mojego zawodu i dziesiątki ludzi, których uratowałem od śmierci, bądź od dalszego upadlenia. O ocalałych rodzinach już nie wspomnę. Dlatego jest mi bardzo przykro Patryk.
     Zbyt stary jestem, aby się bawić w rewolucję i zmieniać świat, na który nie mam wpływu. Ale jestem przerażony rewolucyjnymi zapędami wielu młodych ludzi, którzy widzą jedynie dwa kolory - czarny i biały. Nie jest ważne, czy są to lewacy, lewicowcy, prawicowi integryści, czy prawicowcy bardziej cywilizowani. Ja bowiem nauczyłem się dostrzegać jeszcze inne kolory, a w najgorszych nawet "wykolejeńcach"* - Człowieka.
     Moim marzeniem jest robienie tego co lubię, pozostając jednak choć cząstkowo w zawodzie. Dlatego wezmę sobie do serca mądry wpis blogowej przyjaciółki: "Ubrać liliowy kapelusz i wyjść z domu, aby użyć świata"... Bowiem ja nie schowałem jeszcze swoich marzeń do szafy, czy nie wyniosłem ich na strych.

* "wykolejeńcy" - alkoholicy, narkomani, degeneraci, przeciwnicy polityczni, czy ludzie dawnego reżimu - wedle uznania.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 190  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487190
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl