Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 212 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

MEMENTO

sobota, 30 października 2010 10:05

     Lubię w Zaduszki i w Wszystkich Świętych odwiedzać cmentarze. Lubię posiedzieć i pomedytować o przemijaniu nad grobami swoich bliskich. Lubię zapalić mały znicz na grobach swoich znajomych, kolegów, sąsiadów i moich nauczycieli. Cmentarz zwsze mnie nastraja filozoficznie i wycisza emocjonalnie. Pokazuje mi bowiem ostatnią tajemnicę życia jaką jest śmierć, czyli kres nasze podróży zwanej życiem. Cmentarz, to chwila zadumy nad sensem przemijania i swoistego obrachunku z życia, które przeżyłem.
     Ja już jestem w wieku, w którym idzie niestety z górki, a każdy przeżyty rok, jest już rokiem darowanym. Dlatego staram się załatwiać swoje sprawy na bieżąco, aby nie zostawić swoich bliskich w kłopotliwym położeniu. Nie zaciągam już kredytów, aby rodziny z długami nie zostawić. Mam też świadomość, że mój czas, który płynie coraz szybciej powoli się kończy. Tak niestety bywa i dlatego nie do końca się zgadzam  z przemiłą osobą, koleżanką Anią, która mówi, że czas płynie tak samo dla niej jak i dla mnie. Oczywiście, że teoretycznie tak jest Aniu, ale w praktyce inaczej to wygląda. Przekonasz się Aniu, gdy będziesz miała moje lata. Mnie już wtedy nie będzie na tym łez padole, ale Ty sobie przypomnisz moje słowa o coraz szybciej upływającym czasie.
     Corocznie zapalam wirtualny znicz bieszczadzkim Zakapiorom, którzy odeszli już na Niebieskie Połoniny, a byli oni solą, chlebem, siarowanym winem i gorzałą Bieszczadu. Przyjechali niewiadomo skąd, często skłóceni z własnym życiem, rodzinami, żonami, czy prawem. Przyjechali i wsiąkli w te magiczne góry, bo sympatyczne Czady rzuciły na nich taki urok, że nie wyobrażali sobie już życia poza Bieszczadami. Najczęściej klepali biedę i  żyli z dnia na dzień. Wielu z nich była utalentowana artystycznie i pozostały po nich rzeźby, obrazy i wiersze rozproszone po prywatnych kolekcjach, galeriach i diabli jeszcze wiedzą gdzie.
     Jeszcze paru z nich zostało w Bieszczadzie, ale gdy już na niebieskie połoniny odejdzie ostatni z nich, to w Bieszczadzie coś pęknie, coś się skończy, ale pozostanie po nich kolejna, bieszczadzka legenda, albo zakapiorska saga, bo zawsze pozostaną miłośnicy Bieszczadu, którzy będą spisywać i powtarzać wspomnienia o nich.
                          *
           
Zapalam więc wirtualny znicz Zakapiorom, którzy odeszli na Niebieskie Połoniny. Zapalam tym, których poznałem i z których drogą przecięła się moja droga w dziewiczych Bieszczadach.
                        *
         
Zapalam go pod Kapliczką Zakapiorów w Cisnej obok Atamanii żyjącego zakapiora, barda Bieszczadu Rysia Szocińskiego.
     Niech ten znicz oświetla ciemną nocą drogę na połoninach:

JERZEMU WASILEWSKIEMU - "Jedrkiem Połoniną" zwanym spod którego dłuta i pędzla wychodziły wspaniałe madonny, świątki, etc...

WŁADKOWI NADOPCIE - "Majstrem Biedą" zwanym, co to Bieszczady znał jak własną kieszeń, co trudnił się zbieractwem i do śmierci służył radą, pomocą i wiedzą bieszczadzkim goprowcom. 

WOJTKOWI BELONOWI  - założycielowi zespołu Wolna Brupa Bukowina, który również terminował na bieszczadzkiego goprowca.

PIOTROWI ADAMSKIEMU - "Francuzem" zwanym, który też trudnił się zbieractwem, a jego kolekcja jelenich poroży była ponoć bardzo cenna.

ANDRZEJOWI BILEKOWI - sympatycznemu brodaczowi, co to wędrował od imprezy do imprezy zabawiając słuchaczy swoimi opowieściami.

JANKOWI GŁODOWI - sympatycznemu brat-łacie, co to nikomu pomocy nie odmawiał i podnosił z upadku przydrożne kapliczki, i miał nawet własny telefon do samego Pana Boga.

JORGUSIOWI -  który przyjechał niewiadomo skąd i  do renty był bieszczadzkim drwalem. Dziś nikt nie pamięta jego prawdziwego imienia i nazwiska, ale pamięć o nim przetrwała. 

KAZIOWI KLICHOWI - "Małym Kaziem" zwanym z dwoma fakultetami, wspaniałemu nauczycielowi w zapadłych wioskach, rzeźbiarzowi, który jeno nadawał ostateczne kształty temu, co natura stworzyła. Kaziu do śmierci czcił święta II Rzeczypospolitej i nie chciał przyjąć dowodu osobistego PRL. Pozostały po nim rozproszone po ludziach rzeźby i zapisane zeszyty z wierszami, aforyzmami, i piosenkami...

ARTUROWI LIGNOWSKIEMU - "Mc Arturem" zwanym, co to przewodził miejscowym hipisom, a później do śmierci opiekował się w Polanie koniami huculskimi Staszka Myślińskiego.

BOGUSIOWI NABRDALIKOWI - "Sikorką" zwanym, wspaniałemu gawędziarzowi, co to Dusiołki w kozackich czapach rzeźbił i próbował nadać sens temu, co ludzie jako bezwartościowe na śmiecie wyrzucali.

ZDZISIOWI RADOSOWI -  co to się różnych zajęć imał. Strugał też różne świątki i kosturki zakończone gębami bieszczadzkich dziadów - Radosówkami zwanymi.

RYSIOWI SMOLARKOWI -  zwanym "Białko" co to poetą był i szukal weny w narkotykach.

TADZIOWI SPISOWI - co to pomocnikiem wozaka na zrębach był, dróżnikiem i dozorcą na campingu w Dołżycy.

JURASOWI ŚWITALSKIEMU - "Dwatysięce" zwanym, co to kierwowcą w nadleśnictwie był i w wolnych chwilach oprawiał w ramy obrazy. Ramy te były swoistym kolażem kości, drewna, skóry.

ANDRZEJOWI TOMASZEWSKIEMU - "Tato Kopytem" zwanym. Był on jednym z siedmiu bieszczadzkich dziadów, modelowych zakapiorów, co to mieli swój zakapiorski kodeks honorowy. Ksywkę zawdzięczał temu, że zawsze z "kopytem" chodził za nic mając poozwolenia na broń.

ZYGRFRYDOWI WILKOWI - "Zyziem" zwanym, co to wspaniałym ratownikiem bieszczadzkiego GOPR-u był i bardzo miłym, uczynnym człowiekiem.

JANUSZOWI ZUBOWOWI - niespełnionemu artyście, bieszczadzkiemu rzeźbiarzowi, który nigdy w pełni nie rozwinął swojego talentu. Wcześniej był bardzo lubianym nauczycielem w liceum plastycznym w Zamościu.

MARIANOWI HESSOWI - rzeźbiarzowi, malarzowi, etnografowi, autorowi bieszczadzkiej legendy o Biesie i Czadach, która go inspirowała do dalszej twórczości. Nie był typowym zakapiorem. Wyjechał do Niemiec, gdzie zmarł 10 września 2010 r. po długiej chorobie.
                          *
      
Dlatego bezapelacyjnie wierzę, że bieszczadzki św. Piotr (autorstwa Zdzisia Pękalskiego) tym właśnie kluczem otwiera Zakapiorom bramę na Niebieskie Połoniny.
     Niech ten znicz pali się również na chwałę pozostałych Zakapiorów, których nazwiska są na słupie Kapliczki Zakapiorów, a których pominąłem w swoich wspomnieniach.
        


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Moje jazdy

czwartek, 28 października 2010 15:41

I dzień...
     Mój instruktor wywinął mi niezły numer. We wtorek, a jakże, podjechał po mnie pod poradnię i kazał mi usiąść za kierownicą i jechać na miasto. Nie ukrywam, że zdębiałem z wrażenia, bo mieliśmy nadal ćwiczyć na placu manewrowym, a tu taka zmyłka. Z duszą na ramieniu jechałem po moim mieście po tych krzyżówkach ze światłami i bezkolizyjnymi mijając ronda, samochody i pryskających na pobocze rowerzystów, że o pieszych nie wspomnę. Szybko moje emocje jakoś przywołałem do porządku i nawet nieźle mi szło. Później padła komenda - jedziemy za miasto. Objeździliśmy okoliczne wsie i nie powiem, czułem się fajnie za kierownicą i raczej wiele błędów nie popełniałem. Nie popełniłem zabójstwa owieczek, kaczek i "Kaczorów". No może gorzej sobie radziłem z puszczaniem sprzęgła, ale maluczko, maluczko jakoś sobie z tym poradziłem. Nauczyłem się biegów na pamięć i nie muszę zerkać na gałkę drążka. Gorzej było (i jest) z gazem, na którym deczko trzymam nogę przy przerzucaniu biegów.

II dzień...
     Wczoraj już było lepiej, trochę jazdy po mieście, ale jakoś namówiłem instruktora na wyjazd do tych wsi malowanych zbożem rozmaitem. Szło mi coraz lepiej, ale jakoś noga nie chciała mi schodzić z gazu przy przerzucaniu biegów, no, może nie za każdym razem, ale zawsze. Bo błąd, to błąd i nie ma pomyłuj. Ale od czego jest czujność instruktora, który mi przypominał o kierunkowskazach, bo mnie one deczko powiewały. Jakoś cały i zdrowy wróciłem do mojego Głogowa. Pokonałem ronda i krzyżówki, by zaparkować gracko na parkingu pod Biedronką. Na pożegnanie mój instruktor powiedział mi, że coraz lepiej kumam bazę i ponoć będą ze mnie ludzie, znaczy kierowca.

III dzień...
     Dzisiaj tylko godzina jazdy po mieście i nauka ruszania pod górką z ręcznego hamulca. Dość szybko załapałem tą sztuczke, tak, że przy starcie z jedynki samochód się nie cofał i nie rzucało nim jak budowlańcem po wypłacie. Coraz lepiej sobie radzę z kierunkowskazami, ale dla odmiany pomyliłem kierunki jazdy - kierukowskaz w lewo, a ja galanto pojechałem na prawo i tym samym, po dalszej bezbłędnej jeździe, skróciłem sobie jazdę o pięć minut. Zaparkowałem gracko przed dworcem PKP i czekałem na moją zmienniczkę, sympatyczną Natalkę z mojej grupy na kursie. Nastka podwiozła mnie pod Biedronkę i koniec jazdy.
    Najważniejsze, że coraz mniej się męczyłem z tym cholernym gazem przy zmianie biegów, ale za to już bez komend przerzucam sam biegi w czasie jazdy. Jedynka, dwójka, trójka i rura... Gówno tam rura, jak mamy jeździć po mieście 30 km/godz., a poza miastem 50. Nie wiem czemu, jakoś ta mała prędkość mnie nie zadawala i dlatego często słyszę od instruktora, abym zwolnił. Fajny jest ten mój instruktor Karolek, dobrze uczy i ma anielską cierpliwość do takiego "mistrza" kierownicy jak ja. No i nawet mnie chwali, że coraz bardziej kumam bazę i mniej błędów robię, ale na ten cholerny gaz muszę uważać.
    Jutro kolejna jazda po mieście i ruszanie pod górkę z ręcznego hamulca. Pewnie Karolek wybierze mi górkę dość ostrą, bo nabijałem się z tej dzisiejszej górki, że jakaś taka mizerna. Ale skoro on mnie wypuścił na głęboką wodę bez zapowiedzi, to ja mam być gorszy? Jak spaść to z konia galanto, a nie z naszej szkapy. Mam nadzieję, że na wiasnę się zaczną...
                            *

Wyjazdy własnym Seicento na moje ukochane zamki z miłą towarzyszką podróży i zmiennikiem.
                             *

A latem do Bukowego Alenki w moim ukochanym Bieszczadzie. Tylko żona mi mówi, że za Chiny Ludowe ze mną nie wsiądzie do samochodu. Może to i lepiej, bo...
     Jedruś, przyjmuję z pokorą Twoją radę, że to ja mam samochód prowadzić, a nie on mnie.
     Pani Kaziu, jak dobrze pójdzie, to od stycznia będę Panią zabierał z Przemkowa do Głogowa, a może i dalej jak nie będzie zadymy śnieżnej, albo  chlapy. 
    A wszystkim miłym sercu memu blogowiczom serdeczne Bóg zapłać za słowa wsparcia, otuchy i tej bezgranicznej wiary w moje umiejętności.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Pierwsza jazda

poniedziałek, 25 października 2010 20:08

     Pierwsze koty za płoty i tym sposobem pierwszą jazdę mam za sobą. Oswoiłem się z samochodem w Miłkowie. Boże, co to była za jazda - VV, zabytek klasy zerowej, a biegi same wskakiwały i to akurat nie te co chciałem. Jeździłem gracko, płoty się ostały, piesi nie potrąceni, tylko jakiś samotny kierowca musiał mnie poboczem omijać, bo cosik mi ten dziadek stanął ukosem na całej jezdni.
    Wczoraj zięć mnie uczył na swoim Lanosie na placu manewrowym. Nie powiem, strachu już nie miałem i nawet nieźle mi szło. I cel swój osiągnąłem - uwierzyłem w siebie. Dzisiaj była pierwsza jazda z instruktorem, który najpierw mnie uświadamiał co jest w środku i jak się wszystko ustawia i jak się światła włącza. Połowę z tego zapamiętałem, ale nie od razu Kraków zbudowano. No i pierwsza jazda wokół placu manewrowego, tak na oko z 300 metrów. Nie powiem, fajnie mi szło, instruktor nie był upierdliwy i nie czepiał się, że za pierwszym razem kierunkowskazów nie włączyłem. Później o tym już pamiętałem, ale i tak prawie wymusiłem pierwszeństwo jakiemus piratowi, ale okazało się, że facio za późno włączył  kierunkowskaz. Popytałem instruktora jak mi szło i czy nie byłem zdenerwowny. Powiedział mi, że denerwowałem się jak tylko wsiadłem do samochodu na "wykłady", bo przy jeździe emocje mi opadły całkowicie. Dodał, że będą ze mnie ludzie. Podziwiam go za cierpliwość i za kompetencje. Już teraz czuję, że on mnie nauczy jazdy i zdam egzamin. Dlatego czuję się w obowiązku zareklamować moją szkołę jazdy, bo wybór jej był strzałem w dziesiątkę. I tak trzymać!!!
                            *

Moja szkoła w całej okazałości. Z lewej sala wykładowa, a z prawej biuro i moje miejsce egzaminów z testów na szóstkę.
                               *

Samochód na którym pobrałem pierwszą naukę, czyli przeszedłem chrzest bojowy i piratowałem na dwójce. Taki sam mają w Lesznie, gdzie będę zdawał egzamin.
                               *

I mój pierwszy kontakt z wnętrzem samochodu i mały stres.
                            *

A to już po zakończeniu pierwszej jazdy. Widać po minie, że było spoko. Tylko kurtkę zdjąłem, bo się deczko spociłem.

     Jutro dwie godziny kolejnej jazdy, ale już na placu manewrowym. No to prowadź mnie Boże. 
  


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Krok do przodu

środa, 20 października 2010 12:58

     Już jestem po egzaminie wewnętrznym. Test zdałem bezbłędnie i od poniedziałku zaczynam naukę jazdy.:-) Uwaga więc na drogach mojego miasta! Spoko, najpierw na placu manewrowym, a dopiero później na ulicach. Jestem więc dobrej myśli, bo instruktor w porzo, samochód toże, a ja mam taki power, że głowa boli. Co ciekawe, to w każdy dzień mam jazdę i wychodzi na to, że w grudniu przystąpię do egzaminu państwowego w moim rodzinnym mieście Lesznie. Mając do wyboru Legnicę, Zieloną Górę i Leszno, wybrałem te ostatnie, bo coś mi serduszko zapikało, żeby zdawać na własnym terenie. Ale póki co...
     Przepraszam wszystkich przyjaciół, że nie komentowalem Waszych wpisów, choć tyle serca i wsparcia od Was dostałem. Sorki, ale mój czas był tak napięty i ograniczony, że po prostu nie wyrabiałem. Codziennie robiłem testy, bo to było dla mnie najważniejsze. Poprawię się od poniedziałku, bo dzisiaj jadę do Przemkowa do pracy, a jutro po zajęciach na oddziale wyjeżdżam na dyżur do Miłkowa, gdzie będę odcięty od internetu. Wracam dopiero w niedzielę i być może trochę komci dokonam. Cholera, a miał być luz blues na emeryturze, a tu masz ci los, jestem chyba najbardziej zajętym emerytem. Może to i dobrze, bo przynajmniej nie skapcanieję przed telewizorem. Ale czegoś mi żal, bo mam tyle książek do przeczytania, Marcelka Prousta a piać drugi raz, a i moje pisanie kolejnej książki odstawiłem z braku czasu. No i moja wena pierdolnęła mnie motoryzacyjnie, a nie literacko. Może to jej się poje...., a nie mnie?
     Jestem zdruzgotany tragedią w Łodzi, gdzie jakiś szaleniec zamordował asystenta posła europarlamentu z PiS i cieżko poranił kolejnego. To się po prostu w głowie nie mieści. Na błyskawiczną ripostę Jaro Kaki, który obwinił o ten mord PO po prostu brak mi słów. Opamietaj się idioto, pójdź do psychiatry i przestań walić dopalacze, bo pierdolisz jak świr Józiu z oddziału dla beznadziejnych chroników. Przestań już siać wiatr nienawiści, bo kto sieje wiatr, ten zbiera burze. To na Twoich błaźnie rękach jest krew tych ludzi, bo to ty siejesz nienawiść. Opamiętaj się nieszczęsny człowieczku!!!
                            *
                  
             Oj biednyś ty Jaro, biedny.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

W środę egzamin wewnętrzny

piątek, 15 października 2010 22:13

     Już prawie koniec kursu. W poniedziałek powtórka z materiału, film  i przymiarka do testów. Cała grupa zdaje we wtorek egzamin wewnętrzny z teorii, tylko ja w środę przed południem. Tak wyszło, gdyż nie mogłem już przestawić zajęć, a po drugie wolę zdawać sam i gdy nie jestem jeszcze zmęczony. Jak do tej pory, to zaliczam testy bezproblemowo, więc mam nadzieję, że dobrze mi pójdzie na egzaminie państwowym. Oczywiście nie mam zamiaru spocząc na laurach i do samego egzaminu państwowego będę testy rozwiązywał, bo jak mawiają, praktyka czyni mistrza. Muszę się pochwalić, że zdecydowałem się na kurs "extra" za 2000 zł. Jest on droższy o 800 złotych, ale mi się opłaca, bo mam 40 godzin jazdy z tego pięć wyjazdów do Leszna, gdzie będę zdawał egzamin na prawko, szkoła opłaca mi egzamin i zawozi mnie swoim samochodem do Leszna i przywozi z powrotem, oczywiście ja będę kierował samochodem u boku instruktora. No i najważniejsze, instruktor będzie ze mną w czasie egzaminu praktycznego. Dobrze mieć za sobą kogoś komu się ufa i na dodatek egzaminator też nie może w "delikatny" sposób mnie uwalić, mając za soba obserwatora. Taki kurs "extra" ma praktycznie 100% zdawalność za pierwszym razem, bo jak mawia szef szkoły jazdy, tylko wyjatkowy gamoń się posypie w takich warunkach. A ja chyba do takich nie należę. Muszę tylko nie być zbyt wyrywny na zdawaniu testów, bo 25 minut, to wiele czasu, wiec lepiej się zastanowić, dokładnie przeczytać pytanie i odpowiedzi niż palnąć głupstwo, które mnie zdyskwalifikuje.
                             *
Co prawda samochodu jeszcze nie mam, ale już się rozglądam za jakimś ekonomicznym i niedrogim Tico, albo Seicento, które jeszcze trochę pojeździ bez dokładania. Ta miła tabliczka za szybę, to prezent imieninowy od koleżanek z zespołu terapeutycznego. Na początek dobre i to, bo od czegoś należy zacząć.
     Jutro i w niedzielę muszę trochę popisać, bo obiecałem pomóc mojej współpracownicy z Przemkowa przy pisaniu prac z WOS i historii,. Ona kończy LO zaocznie w przyszłym roku, a ma tyle zajęć, że nie ma chwili czasu. Robi kurs opiekunek osób niepełnosprawnych i zniedołężniałych, jest po przeprowadzce na nowe mieszkanie i musi się też zajmować swoimi dwoma budrysami. Czego się nie robi dla przyjaciół, zwłaszcza płci pięknej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 183  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487183
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl