Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 212 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zaduszkowe refleksje

czwartek, 30 października 2008 14:14

     Nadchodzące Święto Zmarłych i Zaduszki, to czas na chwilę refleksji i wspomnień o tych, którzy łodzią Charona przepłynęli już przez Styks do Krainy Cieni. To czas na dokonanie małego bilansu życia, a może i rachunku sumienia, czy aby swoim bliskim, którzy odeszli na zawsze daliśmy symbolicznego obola, jakkolwiek go pojmujemy.
     Dla mnie tym obolem nie jest okazały pogrzeb, czy wystawny pomnik, ale nasze uczucia, miłość, szczery żal i wieczna pamięć w myśl łacińskiej sentencji - "Non Omnis Moriar", czyli - "Nie Wszystek Umrę". Może nie zawsze zmarły zostawił po sobie dobre wspomnienia, ale warto pogrzebać w pamięci i znaleźć te dobre, bo i takie przecież były.
    Lubię ten czas zadumy, bowiem pozwala mi dokonać refleksji nad minionym życiem i na chwilę zadumy, czy wszystko już zrobiłem i czy jestem gotowy na ten drugi brzeg. Bo życie przecież nie trwa wiecznie, a śmierć jest jego naturalnym, choć ostatnim  składnikiem. Bowiem śmierć jest tajemnicą, którą poznamy na tym drugim, enigmatycznym brzegu. Tylko, że tej tajemnicy nikomu już nie wyjawnimy.
    Nikt chyba nie jest gotowy na tą ostatnia podróż. Zawsze okaże się, że jeszcze czegoś nie załatwiliśmy, czegoś nie zwiedziliśmy, kogoś nie poznaliśmy. Dlatego nie warto odkładać pewnych decyzji na później.   
   Jeszcze żyjemy i dlatego nie czas chować swoje marzenia do szafy - jak mawiał Jędrek Połonina - bieszczadzki zakapior.
                              *
           

      Dlatego zapalam wirtualne znicze na grobach bieszczadzkich zakapiorów.
                            

                        
   
    Jędrusiowi Połoninie, co wielkim artystą był i na swojej Gwiazdeczce przemierzał Połoniny.
     Majstrowi Biedzie, który znał każdą bieszczadzką ścieżkę i goprowcom pomagał.
    Francuzowi, który pokochał Bieszczady jak mało kto i miał wiele tajemnic.
    Zdzichowi Radosowi, artyście, którego królem jagodziarzy nazywano i co turystom kostury zwane "Radosówkami" sprzedawał.
    Januszowi Zubowowi, co kumplom pomocy nie odmawiał, a z picia alkoholu uczynił sztukę.
    Kaziowi Klichowi - rzeźbiarzowi, poecie, filozofowi i nauczycielowi, który dzieci prawdziwej historii uczył.
    Jorgusiowi, co tęgim drwalem był i wiele drzew powalił, a jeszcze wiecej siarowanych jaboli obalił.
    Jasiowi Głodowi, co miał telefon do Pana Boga.
    Tadziwi Spisowi, co z wilkami ucztował. 
    Jurasiowi Dwatysięce, co kumplom pomagał i mnie do pracy woził.
    Zyźkowi Wilkowi, co ratownikiem GOPR-u był i wielu uratował.
   Wojtkowi Bellonowi, co "Wolną Grupę Bukowina" wspótworzył i goprowcem był.

     Oraz wszystkim moim kolegom, których groby są z dala od mojego miasta i alkoholikom, którym nie udało się wytrzeźwieć i wcześnie pomarli.  
                         *
PS. Osobie, która mnie upierdliwie uświadomia odnośnie stanu cywilnego Edka Derylaka oświadczam: Nigdy go nie pytałem, którą ma żonę i czy ta żona, to żona. A skoro tak mi została przedstawiona, to reszta mi zwisa wielkim kalafiorem. Ot co!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Na pohybel...

niedziela, 26 października 2008 11:01

                 Mroczkowszczyźnie

     Ponad ćwierć wieku temu, gdy błądziłem jeszcze w mrokach swojej duszy i kroczyłem w smudze cienia, czyli mówiąc mniej eufeministycznie - dawałem sobie w beret. A dawałem sobie z różnych powodów i bez powodów. Serwowałem sobie alkohol również w nagrodę, gdy coś mi się udało. Czyli piłem tak, jak większość alkoholików, którzy jeszcze nie całkiem spadli na dno i zachowali resztki marzeń o lepszym życiu. Na szczęście, to już historia.

     Wczoraj w nagrodę za lata trzeźwości dałem sobie prezent w postaci spektaklu Jana Nowickiego. Spektakl "Z obłoków na ziemię", którego ten znany aktor był wykonawcą i reżyserem, okazał się strzałem w dziesiątkę i wspaniałym balsamem na moją skrzydlatą duszę emeryta. Była to rozmowa z Bogiem o wierze, miłości, miłosierdziu, prawdzie i przemijaniu wyrażona w poetyckich słowach.

     Jan Nowicki wcielił się w postać księdza Twardowskiego i grał, bo to była gra głosem, ciałem, mimiką twarzy, a nie typowa recytacja, wiersze ks. Jana Twardowskiego, Jan Pawła II, Bolesława Leśmiania i swoje własne. Wraz z nim występowali znani muzycy jazzowi - Marek Stryszowski, który grał na flecie, saksofonie i klarnecie, i wkładał w granie całą swoją duszę jazzmana, Cezary Chmiel - klawiszowiec, który grał na syntezatorze i fortepianie nawet wstawki z Bacha, Mozarta i Szopena, oraz Krzysztof Bodzoń, który wtórował na kontrabasie elektrycznym trzymając rytm. Poezja mistrzów w wykonaniu Jana Nowickiego, dzwięki muzyki i śpiew Marka Stryszowskiego stworzyły niepowtarzalny klimat piękna, wielkiej sztuki, która musiała zagrać na naszych uczuciach. 

     Na sali było cicho jakby makiem zasiał. Jazzowe nuty, nieco ochrypły głos Marka i modulowany głos Jana stworzyły niesamowitą atmosferę, która pozwoliła mi się wznieść na wyższy poziom duchowej percepcji i przez godzinę czuć piękno subtelnej poezji znanych poetów. Aktor Jan Nowicki dał z siebie wszystko, podobnie jak występujacy z nim muzycy.
    Po spektaklu kupiłem płytę z tego występu i przez chwilę rozmawiałem z aktorem i muzykami, gdy mi swoje autografy składali. Poprosiłem o wpis "Na pohybel mroczkowszczyźnie" i taki mi pan Nowicki wpisał. Gdy rozmawiałem z artystami, to moi koledzy dziennikarze pstrykali zdjęcia i nieco mnie rozpraszali słowem Michał, Michał. Widocznie chcieli moją fizys uwidocznić na zdjęciach.
      Pisząc w tytule "mroczkowszczyzna" nie miałem na myśli najpewniej sympatycznych braci Mroczków. Ale obecny stan naszej "misyjnej" TVP, która serwuje nam różne gnioty, komercyjną szmirę, jakieś tańce łamańce na lodzie, różne Dody, Śmody, Chłopki i Cichopki, które w cukierkowatej oprawie i blasku reflektorów nie wznoszą się ponad banał i bezguście.
     Można łączyć jazz z subtelną poezją, czego byłem świadkiem, ale nie można nazywać misją i sztuką telewizyjnego chłamu i pożal się Boże "artystów" z castingu. Bo to się ma do siebie jak krzesło elektryczne, do krzesła z epoki empire.
     Za komuny byłem w Katowicach na rewi na lodzie. Uśmiałem i ubawiłem sie świetnie, gdyż na łyżwach jeździły sympatyczne małpki, wkładając w to cały swój "intelekt" małpiszona i długiej tresury. Skoro można było nauczyć małpy jazdy na łyżwach, to obecnie można nauczyć "artystów" prawie wszystkiego. Tylko, że prawie, nie oznacza wcale sztuki i piękna.
   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Okrągła rocznica

czwartek, 23 października 2008 9:45

            Minęło 25 lat

     Wczoraj minęło ćwierć wieku jak jestem trzeźwy. Dużo to, czy mało. Dla mnie w sam raz, ale dla początkujących abstynentów tyle lat bez alkoholu, to niewyobrażalna liczba. Dlatego na grupach się z tym nie obnoszę i wolę prezentować klientów z kilkunastomiesięczną trzeźwością. Nawet moja rodzina zapomniała, że wczoraj minęło mi tyle trzeźwych lat.

     Nie powiem, aby na początku było lekko. Gdy trafiłem na odwyk nie było jeszcze profesjonalnych programów terapeutycznych, a pełni wiary i dobrych chęci tarepeuci, poruszali się po omacku na zasadzie prób i błędów. Nie będę tego opisywał, bowiem lada dzień ukaże się moja trzecia książka, w której opisuję swoje zmagania z alkoholem, upadek na dno i wychodzenie z nałogu. Jednak program wdrożony przez Jurka Mellibrudę (pardon - prof. Jerzego Mellibrudę) - "Ludzie pomagają ludziom z problemem alkoholowym", który w lecznictwo odwykowe wprzągł trzeźwych alkoholików, okazał się strzałem w dziesiątkę (w Księdze X-lecia SPP są moje wspomnienia). Nic to, że jeszcze kilka lat poradnie i lekarze sceptycznie odnosiły się do tego pomysłu, gdyż łatwiej zrobić program, a znacznie trudniej jest zmienić ludzką mentalność. Nie bez znaczenia był rozwój środowisk trzeźwości, klubów abstynenta i grup AA od 1984 roku bardzo się rozwinął w całej Polsce. Tej fali trzeźwienia nie dało się już ztrzymać.

    Muszę uczciwie powiedzieć, że jestem wychowankiem programu Jurka i jego zespołu. W jego instytucie ukończyłem Studium Pomocy Psychologicznej, Studium Terapii Uzależnień (inne szkolenia też)  i zdobyłem certyfikat profesjonalnego terapeuty. Bez fałszywej skromności muszę się pochwalić, że zawsze byłem w tych pierwszych, eksperymentalnych jeszcze  grupach, które zaczęły zdobywanie nowego w Polsce zawodu. Dlatego uważają nas za pionierów i dinozaurów terapii. Miło to jest słyszeć.
    Często mi zadają dziennikarze i znajomi, że o rodzinie nie wspomne pytanie - czy było warto trzeźwieć. Odpowiadam niezmiennie - było warto. Było, gdyż stałem się innym, lepszym człowiekiem. Lepszym, bo musiałem o 180 stopni obrócić swoje wcześniejsze życie. Nie było to łatwe, gdyż alkoholik aby wytrzeźwieć, musi cały czas płynąć pod prąd alkoholowej rzeki, pokonując wiry, łachy, nieżyczliwość zawistników, głupotę urzędników, szefów w pracy, opór kolegów, a nawet rodziny. Jednak satysfakcją jest świadomość, że pod prąd płyną wartościowe jednostki, a z prądem tylko śmiecie.
     Odbudowałem swoją rodzinę, wychowałem czworo dzieci, mam wnuczkę Karolinkę i wnuka Miłoszka i zapewne coś mi jeszcze skapnie w tej materii od pozostałych dzieci. Zacząłem pisać i tak zostałem publicystą i pisarzem, co prawda regionalnym, ale zawsze. Wygrałem kilka konkursów literackich. Nic to, że ktoś mi powiedział, że jak zdobędę "Nike", to uzna mnie za pisarza. Mam w dupie takie gadanie, bowiem na świecie potrzebni są nie tylko generałowie i oficerowie. Potrzebni są też chorążowie i podoficerowie, bo to wlaśnie oni na dole kształtują lokalną i regionalną rzeczywistość. Doczekałem się emerytury i  zainteresowania fotografią. W swoim trzeźwym życiu zwiedziłem wiele ciekawych miejsc w Polsce i Europie, przemierzyłem wiele kilometrów górskich szlaków. I dlatego było warto wytrzeźwieć.
    Zawodowo czuję się spełniony i dlatego gładko przełknąłem odmowę ponownego zatrudnienia. Z zawodu nie wypadnę, gdyż nie pozwolą mi moi znajomi i ludzie, których szkoliłem. A praca na etacie już mnie nie pociąga. Pewnie, że było mi przykro gdy mi odmówiono, bo poczułem się jak pętak, jak historyczny odpad trzeźwości, który należy odwieźć na wysypisko, zakopać i... Przyjedzie walec i wyrówna. 
    Mam to gdzieś, bo wielu uważa mnie za żywą legendę ruchu trzeźwości i dinozaura terapii. Mam też świadomość, że takie dinozaury jak ja, którzy w terapię wkładali nie tylko wiedzę, ale swoje serce i duszę stają się powoli skamielinami. Większość z nas jest już na emeryturach. Nasze miejsca zajmują młodzi terapeuci spoza problemu. Może oni będą dobrymi profesjonalistami, ale nigdy nie włożą tyle serca i duszy co my. Bo myśmy wierzyli w to co robimy, a najważniejsze, że w naszych klientach widzieliśmy nie kolejny alkoholkowy przypadek, czy śmierdzącego menela, ale CZŁOWIEKA właśnie.
     Dlatego warto było wytrzeźwieć.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Za oknem słońce...

wtorek, 21 października 2008 10:24

             Oberwało mi się

    Niejaki "speleo" obsabanił mnie niczym kapral szeregowca za rzekomą obrazę jakiejś Matki. Przy okazji oberwało się moim zacnym przyjaciołom z blogów, którzy mieli podobne zdanie na Lecha Kwa-kwa, którego ten facio nazwał Matką. Nie chce mi się dyskutować z osobnikiem, który wchodzi w ognojonych gumowcach na mój prywatny blog i sztorcuje mnie zarzucając dziennikarski nieprofesjonalizm. Mało, że ta osoba nie przedstawiła się i podała swój lipny blog, to jeszcze wmawia mi, że Lech Kaczorek jest moją matką. Więc ja mu oświadczam, że moja mama już nie żyje i była jak najbardziej zacną kobietą, a ja mam do niej ogromny szacunek i nigdy bym nie pozwolił sobie na jakieś przykre słowo pod jej adresem. Natomiast Lechkaczka jest jak mniemam meżczyzną i nie może mi być (i całe szczęście) żadną matką. Ba, nawet teściową. Po drugie, skoro sam Kwa-kwa się kompromituje, to niech nie mają o to jego apologeci pretensji do mnie.
     "Speleo" pewnie jest z PiS i nie rozumie, że blog to nie jest gazeta w której jako dziennikarz muszę być bezstronny, choć konia z rzędem temu, kto mi pokaże bezstronne gazety, ale miejscem, gdzie nie muszę być poprawny politycznie. A skoro czniam na PiS i Kaczyniaków, to mam do tego prawo na własnym blogu i "speleo" fiut do tego. Dlatego nie wykasuję jego komentarza.
     Wiem, że nie wrócę już do poradni. Cóż, nie będę przecież błagał na kolanach dyrektora i szefową kadr. Mam przecież swoją godność. Jednak nie dane mi jest odpoczywać i nudzić się jak mops. Wczoraj miałem telefony, abym wykonał parę spotkań z młodzieżą i to za całkiem przyzwoite pieniądze. I taki styl emerytury sobie właśnie wybieram. Żadnych etatów i podległości za cienkie pieniądze. Na umowie o dzieło można zarobić skolko ugodno i to bez obawy zmniejszenia emerytury. I o to właśnie chodzi.
     W sobotę byliśmy na weselu. Jak było? Kaczo! Czyli mówiąc poprawnie - bywałem na lepszych weseliskach. Nie lubię jednak czuć się jak intruz, a tak się właśnie czuliśmy. Najśmieszniejsze było to, że rodzina pana młodego mogła korzystać z transportu w czasie trwania wesela, a my musieliśmy sobie sami zamawiać taksówkę. Ponoć ten transport miał być dla wszystkich gości weselnych. Nie chodzi o te parę złotych, ale o zasadę. Przecież tylko ja z wnuczką wracałem o 24 do domu, bo reszta naszej rodziny została do końca, czyli do czasu odjazdu weselnego autobusu. O poprawinach nie piszę, bo nikt nie zadał sobie trudu, aby nas poinformować o tym.
     Gdy sobie pomyślę, że po weselu mojej córki starosta weselny każdej rodzinie wręczał po butelce wódki i porcji ciasta weselnego, a tam nikt nawet papierosa nie dał na pożegnanie, to mnie pusty śmiech ogarnia na takie sknestwo. Ja bym i tak wódki nie wziął, ale ciasto, czemu nie. Żal mi tylko mojego szwagra i szwagierki, którzy nie mieli żadnego wpływu na poczynania pana młodego, a prywatnie ich zięcia. Widziałem jak im było przykro i wstyd za zaistniała sytuację.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Wesołość ptasich gniazd

czwartek, 16 października 2008 11:26

                 Jajcarsko i poważnie

     Oj wiele się zadziało w naszym ptasim gnieździe. Tak w wymiarze osobistym, duchowym, politycznym i sportowym. Zacznę jednak od wątku duchowego, bo on jest najważniejszy.
    Mija właśnie 30 lat, jak nasz kardynał Karol Wojtyła został Papieżem Janem Pawłem II - polskim Papieżem. Bowiem wtedy zstąpił Duch i odnowił oblicze Ziemi. Tej Ziemi. Nie będę pisał o jego pontyfikacie, gdyż godniejsi o tym pisali. Ja tylko sięgnę do jego książek, aby to i owo z jego myśli i zaleceń sobie przypomnieć. Przewertuję album z jego pielgrzymkami, bo on był przecież Pielgrzymem. Postudiuję o jego życiu, które wynosi go na ołtarze. Pośmieję się markotnie z "Pokolenia JPII", które się ponoć narodziło, ale po wypączkowaniu pierd... jak pućka o beton. Pośmieję się z naszej kłótliwej politycznej hałastry, która niczego z życia, encyklik i nauk naszego Wielkiego Polaka nie przyjeła do swoich ptasich móżdżków i kaczych łbów, ale uważa się za jego spadkobierców. Nic to, że spadkodawca w grobie się z żalu przewraca, bo oni i tak tego nie zrozumieją.
      Drugim ważnym wydarzeniem była wizyta listonoszki w domu moim. Ta zacna niewiasta, niczym gołabek pocztowy przyniosła mi w dziubku pierwszą emeryturę do domu. Nie powiem, ucieszyłem się, bo nic tak nie raduje jak przypływ gotówki właśnie. Nie bardzo rozumiem dlaczego nie przelali mi jej na moje konto, choć taką formę przekazu ZUS-owi zadeklarowałem. Muszę to jakos do końca wyjaśnić przy najbliższej okazji.
    Trzecim, ale już jajcarskim wydarzeniem była wizyta na szczycie nieproszonego prezia Lechkaczki. Musze przyznać, że Lech Kwa-kwa, to nie jakiś smutasek wypierdek, ale prawdziwy polityczny macho. Powiedział, że pojedzie... i pojechał. Obiecał, że za stołem zasiędzie... i zasiadł. Powiedział, że coś bałaknie.... i bałknał... Do Tuska po 10 minutach szczytu, gdy się przekonał, że nie wie o co biega i dotarło do niego, że oczekiwano na ministra finansów, a nie na niego. Cóż takiego bałknął ten zacny "mąż stanu". Ano kazał Tuskowi meldować o czym gadają. Tusk mu dyplomatycznie odpowiedział, że gadać to on sobie może do jego wacka, czyli ma spadać na drzewo banany prostować. Radocha dla Europy, a nam poruta i wstyd. Aczkolwiek z tym wstydem tak bym się nie obnosił, bo Europa i tak już nas poznała i byłaby zdziwiona, gdyby wszystko poszło normalnie i dyplomatycznie. Bo zawsze przecież chcemy dobrze, a wychodzi jak zwykle niezwykle jajcarsko.
                            *
    
                              *
    Ostatnim wydarzeniem były sromotne baty od Słowaków naszej drużyny piłkarskiej. Nasi grali bez ikry i nic dziwnego, że Słowacy wykorzystując zadymkę pod naszą bramką, najpierw wyrównali 1:1, a za chwilę wlepili nam drugiego gola. Patrząc na grę naszej ekipy dziękuję Bogu, że trzeciego gola nam nie wlepili, co byłoby godne i sprawiedliwe. Dla braci Słowaków oczywiście.
                    
                             *
       
A to już barwy jesieni za moim oknem. Choć z tego można się cieszyć. Bo przyroda jest niezmienna i nie ulega politycznej histerii. Tworzy też cykle od narodzin do śmierci.

PS. Mój zacny brachu Kubusiu! Proszę Cię na kolanach, abyś nie doszukiwał się analogii buractwa, prostactwa, hucpy i pospolitego idiotyzmu naszego Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z Konstytucją. Albowiem już Seneka powiedział: Gdzie prawo dopuszcza, pozostaje sumienie i zwykła ludzka przyzwoitość. A tych przymiotów naszemu preziowi Lechowi Kwa-kwa brakuje właśnie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  487 204  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu tych smutasów pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Urodziłem się w Lesznie, ale poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też odrobina mojej zasługi. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Nie pretenduję na kombatanta, bowiem w Szczecinie znalazłem się przypadkiem i tak wyszło, że dołączyłem do manifestujących, najpierw z ciekawości, a później już samo poleciało. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Onegdaj pełniłem wiele pożytecznych zawodów, dawałem też sobie w beret. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...
Ba, mam nawet dwa wysokie odznaczenia państwowe, co już samo w sobie zakrawa na jaja, ale byłem 35 lat honorowym krwiodawcą i PCK o mnie pamiętało. Niestety po ostatnim zawale serca w 2000 r. zabronili mi lekarze honorowego zdawania. Nie trwawię również oszołomów, nawiedzeńców i tzw. "obrońców" krzyża, czyli de fakto obłędnej wizji IV RP Jarkaczki i PiS. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl

O moim bloogu

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i prz...

więcej...

Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem z wzajemnością. Nie brak w nim innych moich wędrówek po ciekawych miejscach i przemyśleń związanych z literaturą i poezją.Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, będą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi... Góry, wycieczki, ciekawe miejsca i zdjęcia, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 487204
Wpisy
  • liczba: 540
  • komentarze: 9456
Punkty konkursowe: 400
Bloog istnieje od: 3761 dni

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl