Po filozoficznych rozważaniach naszły mnie bieszczadzkie wspomnienia. Pewnie dlatego, że na szczęście składa się wiele wspaniałych i miłych chwil (które niczym krople napełniają dzban - cyt. Mazureczki)spędzonych w gronie przyjaciół, a taką właśnie chwilą był pobyt u Alenki w Bukowym.
*

Bieszczadzki Anioł czyli Alenka Zakapiorka.
*

Alenka z dumą pokazuje kluski śląskie Jędrkowi, a uraczyła nas nimi w dniu przyjazdu, wraz z roladą, sosem i kapustą modrą.
Bardzo mile wspominam spacer naszej zakapiorskiej ferajny do zaprzyjźnionych z Alenką polskiego małżeństwa z Florydy - Tereski i Bronka. Mieszkają oni po sąsiedzku, jeśli sąsiedztwem można nazwać 2 kilometry odległości. Ponieważ w Bieszczadzie wszyscy są sąsiadami, to nie będę kręcił nosem na odległość, zwłaszcza, że taki spacer dla zdrowotności jest potrzebny.
Dzień wcześniej Tereska z Bronkiem byli w odwiedzinach u nas, więc zaprosili nas do swojej hacjendy. Wspaniali są to ludzie, pełni ciepła i serdeczności. Oboje są emerytowanymi lekarzami i 3/4 roku spędzaja w Mchawie, a jedynie na zimę wracają na Florydę. Bronek jest też wspaniałym gawędziarzem eurydytą i znawcą historii starożytnej. W takim gronie nie można się nudzić, a czas płynie szybko.
*

Gdy poszliśmy na spacer spotkaliśmy sąsiada Alenki, który coś tam dla niej wcześniej robił i po rozliczeniu się pojechał zadowolony w siną, bieszczadzką dal.
*

Po drodze minęliśmy kościółek w Mchawie, aby skręcić w lewo drogą w dół, gdzie po paru minutach ukazał się piękny drewniany dom Tereski i Bronka.
*

W nim czekali już na nas gospodarze, którzy nam pokazali jak to cudo wygląda w środku. Ja sobie w tym czasie (bo co się będę pałętał po domu) usiadłem na tarasie i oglądałem w towarzystwie Bronka panoramę Bieszczadu.
*

Na tarasie w stylu Dzikiego Zachodu paliłem papierosa i rozmawiałem z gościnnym gospodarzem.
*

Tereska i moją wnuczką Karolinką.
*

Sympatyczny gospodarz Bronek raczył nas nie tylko dobrym winem, ale przede wszystkim wspaniałymi opowieściami.
*

Nic więc dziwnego, że moja żona Renia była rozbawiona, Alenka mile zaskoczona, a Jedrek się zastanawił, jak to inżynier.
*

Posiedzieliśmy sobie, pogadaliśmy, ale czas było wracać do domu. Oto nasza ferajna- Jędrek, Alenka, córka Ania, Bronek i moja żona Renia, ale nie w komplecie bo Tereska z Karolinką pojechały wcześniej jeepem, a ja byłem poza kadrem jako fotograf. Po drodze zaszliśmy do kolejnych sąsiadów, gdzie poczęstowano nas chlebem swojskim i masłem własnej roboty. Paluszki lizać.
*
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Zadowoleni z zaprzyjaźnienia sie z miłymi sąsiadami doszliśmy do domu Alenki, aby sobie po kolacji prowadzić nocne polaków rozmowy przy bieszczadzkiej herbacie.
Miłe są takie wspomnienia miejsc, wspaniałych ludzi, doznanej serdeczności i mam nadzieję, że w tym roku również sobie powędrujemy w nieco większym składzie. No i nic na razie nie wskazuje, aby miało być inaczej.
Mam już pomył na kolejny wpis, deczko jajcarski jak mniemam.
Jak mawiają przeróżni mędrcy, Człowiek jest istotą stadną, która potrafi się lepiej lub gorzej posługiwać swoim rozumem. Co prawda różnie bywa z tym posługiwaniem się, co widać po naszych reprezentantach narodu, ale na ogół nie jest z tym najgorzej. Przynajmniej my maluczcy potrafimy wykorzystywać nasze szare komórki, bo ilość zwojów mózgowych mamy prawidłową. Dobrze też, gdy potrafimy wątpić, bo watpliwość pozwala na myślenie, poszukiwania i dochodzenie do sedna sprawy. Ktoś kiedyś powiedział: Wątpię, więc Jestem.
Pisałem kiedyś o szczęściu i dlatego tylko wspomnę, że dla mnie szczęście jest sumą drobnych osiągnięć, przeżyć i pozytywnych stanów emocjonalnych. I dlatego właśnie lubię być wśród ludzi, znajomych, kolegów i przyjaciół. Choć Bogiem, a prawdą przyjaciół prze duże "P" nie mam zbyt wielu, ale tych co mam bardzo cenię i szanuję. Bo przecież uczuciem przyjaźni nie obsypuje się każdego znajomego. Od przyjaciela więcej się wymaga niż od kolegi i wiecej się mu daje z samego siebie.
Jak wspomniałem na wstępie jesteśmy istotami stadnymi i żyjemy otoczeni rodziną i ludźmi i tak być powinno, bo samotność i wyobcowanie jest zabójcze dla człowieka. Jednak miewany chwile, gdy mamy dość szumu, gwaru, rozmów i chcemy być samotni, aby sobie w ciszy i spokoju wypocząć, wszystko sobie przemyśleć i poukładać kłębiące się myśli w sensowną całość. Chwila samotności jest niezbędna, aby przemyśleć aktualne problemy i znaleźć sposób, aby je rozwiązać i kogoś, kto nam w tym pomoże. Nie warto się bowiem samemu szarpać i miotać, bo nic z tego dobrego nie wyjdzie, a człek się jeszcze bardziej zapętli i zgorzknieje. Czasami na pozór nierozwiązywalne problemy stają się rozwiązywalne, gdy ktoś bliski pomoże nam je zobaczyć z innej strony. Dlatego warto żyć wśród ludzi i być na nich otwartym. Nie warto się zamykać w jakiejś skorupie, opleść kokonem i cierpieć w samotności, aby coraz bardziej skrzywiać swoją perspektywę oceny ludzi, spraw, sytuacji i przyjacielskich gestów. Nie warto też się z byle powodu obrażać, bo umieć się śmiać i żartować z samego siebie jest bardzo zdrowe. Wręcz ozdrowieńcze. Należy jednak pamiętać, aby nie dążyć za wszelką cenę do zmiany świata i innych ludzi, bowiem świat z nami, czy bez nas nie będzie lepszy, ni gorszy, ale będzie istniał nadal. Dlatego powinniśmy zmieniać samego siebie, a nie innych i świat.
Często uczę moich klientów takiego właśnie postrzegania świata, rozwagi i umiejętności widzenia drobnych sukcesów, rzeczy i miłych gestów jakich doświadczamy na codzień. I ci, którzy przyjmują moje wskazówki wygrywają swoje życie. Nie, nie jestem jakąś wyrocznią, ani terapeutą przekonanym o swojej nieomylności i wiedzy. Daję sobie prawo do błędów, ale nie daję sobie prawa do trwania w nich z uporem maniaka. Lubię przyznawać innym rację i przepraszać za swoje błędy. Jak do tej pory, to na takiej postawie wygrywam.
Wierzę, że ludzie nieumiarkowani są skazani na nieszczęśliwe życie, bowiem ich każda chwila, w której nie odczuwają przyjemności powoduje, że są głęboko nieszczęśliwi. Podobnie nieszczęśliwi są ludzie nieczuli i zbyt mało przystępni przyjemnościom. Dlatego warto być umiarkowanym, ale czułym na najdrobniejsze przyjemności. Bo właśnie suma takich drobnostek daje nam szczęście. I najcześciej nasze życie, życie maluczkich składa się z takich własnie drobnostek, a nie wielkich rzeczy. Dlatego cieszmy się z każdego przeżytego dnia, każdej doświadczonej czułości, każdego miłego słowa i najdrobniejszych nawet osiągnięć.
*

Do szczęścia wystarczy również dobre spotkanie z drugim człowiekiem. (Ja, śp Jacek Kuroń i Małgosia).
Nie należę do ludzi, których załamują problemy. Nie należę, bo wiem, że problemy, które niesie życie należy rozwiązywać, a przynajmniej te, na które mamy wpływ. Nie mam też zwyczaju zamykać się w skorupie i cierpieć. Bo życie jest jakie jest, a najpewniej takie, jak to określił domorosły filozof: "Życie jest jak koszulka niemowlęcia - Krótkie i zasrane".
Kieruję się też modlitwą o pogodę ducha, która mi nakazuje zmieniać to na co mam wpływ, a nie zajmować się tym, na co nie mam wpływu. Proszę też o mądrość, abym umiał odróżnić jedno od drugiego. Bardzo pomocna jest mi Desiderata, której jeden z wersetów brzmi - "Przyjmuj z pokorą to co lata niosą". I taka jest moja filozofia życia, prosta, czytelna i sprawdzajaca się w praktyce.
Wyznaję zasadę, że jak złamię rękę, to po przemyśleniu cieszę się, że obu nie złamałem, albo nogi na dodatek. Może to się wydać głupie, ale nadal wierzę, że nie ma nigdy tak źle, aby nie mogło być lepiej. I jakoś mi z tym do twarzy i pewnie już taka moja karma. Choć i karmę można ponoć zmienić, gdy się ma zdrowy rozsądek i nie kręci się człek jak gówno w przerębli. Bo wszelka szarpanina nie przynosi wymiernych efektów.
Wielu moich czytelników pytała mnie na jednym z wieczorków autorskich o moje wspomnienia więzienne opisane w książce "Skazany na Uherce" - dlaczego je opisuję żartobliwie i widzę w odsiadce pozytywne strony. Odpowiadałem wtedy, że w więzieniu też bywają wesołe i śmieszne chwile i takie zapamiętałem. Natomiast te przykre wyparłem z mojej pamięci. Zaraz po tym dodawałem, że być na państwowym wikcie (bo z opierunkiem różnie bywało) w Bieszczadach, to przecież sama radość dla mnie, zwłaszcza, że się tam wybierałem. Na dodatek pokochałem Bieszczady, poznałem wielu wspaniałych ludzi, kilku Zakapiorów, z których część jeszcze żyje. I to są te plusy właśnie. No i jak się doda do tego zaliczenie mi do emerytury tych dwóch bieszczadzkich lat, to co można chcieć więcej od życia.
Niektórzy powiadają, że jestem minimalistą i niewiele już od życia oczekuję. A guzik prawda, bo wiem czego świat jeszcze ode mnie oczekuje. Nic to, że nie mam okazałego domu z wypasionym sprzętem domowym, galanto meblami, telewizorem, super komputerem i innymi pierdołami. Mnie tam wystarczy średniej klasy sprzęt i funkcjonalne meble. Przynajmniej nie są one łakomym kąskiem dla złodziejaszków.
Poznałem kiedyś wspaniałego księdza, który nosił się skromnie i raczej biednie, choć schludnie. On mi powiedział, że po nim z cennych rzeczy zostanie maszyna do pisania i jego biblioteka. Zaiste bardzo mi tym zaimponował. Nie było w nim nic z hipokryzji Rydzyka, który mamonę nazywa marnością, a robi wszystko, żeby tą "marność" pomnażać i łupić z niej swoich emerytowanych moherków.
Jestem jaki jestem i powiewa mi, czy komuś się to podoba, czy nie. Nie jestem przecież małostkowy, nie obrażam się na bliźnich, gdy sobie ze mnie żartują, albo deczko krytykują. Dlatego zrobiło mi się przykro, gdy jedna z moich ulubionych blogowiczek wyciepała mnie z znajomych (utopców) i zablokowała możliwość komentowania jej wpisów. Nie wiem, czy to jakaś kara za grzechy moje, czy małostkowość. Nic to, przeżyję.
Mój poprzedni wpis nie miał na celu krytykowania organizacji świadków Jehowy, a jedynie promowanie książki mojego przyjaciela Henia. Oczywiście, że sama książka nie dyskredytuje tej wiary, a jedynie pokazuje pewne nieściśłości pomiędzy tym co głoszą, a porządkiem teokratycznym, na jakim ta religia jest oparta. Sam Heniu, który był w tej społeczności i zaszczytne funkcje pełnił, podkreśla, że gdy przeczyta książkę świadek Jehowy, to wiary nie straci, ale może da mu ona dużo do myślenia co do funkcjonowania samej organizacji. Bo błądzić jest rzeczą ludzka, a trwać w błędzie z uporem maniaka jest anachronizmem i niewybaczalnym grzechem, przynajmniej dla wierzących. Heniu swej wiary nie stracił, ale stracił zaufanie do skostniałych zasad, świadkowej teokracji i niemożliwości ich zreformowania.
Oczywiście, że wielu moich komentatorów miało rację. Ja znam wielu świadków i te środowisko, bo jako terapeuta wielu świadkom pomagałem uporać się z ich problemami. Przyznaję rację, że większość z nich to ludzie uczciwi do bólu o niezłomnych zasadach, mili i nie narzucajacy się ze swoją religią. Ale już inaczej to wygląda, gdy idą nauczać i życie wieczne obiecywać. Wtedy nie ma zmiłuj się i potrafią być bardzo namolni, choć grzeczni. Jednak bywają wśród nich i tacy, którzy potrafią ranić uczucia inaczej wierzących, gdy dyskredytują ich religię. Mnie u nich denerwuje ich przekonanie, że tylko oni jedni posiedli prawdę absolutną, a innym wyznaniom na pohybel. Nie mam jednak najmniejszej wątpliwości, że oderwanie się od rzeczywistości, unikanie kontaktu (oprócz służbowego) z ludźmi innych wyznań, odmawianie uczestnictwa w życiu społecznym i kulturalnym, że o politcznym nie wspomnę, musi prowadzić do izolacji i życia w swoistym getcie. Życie w takim getcie musi doprowadzić jednak do skostnienia. Taka właśnie postawa powoduje, że wchodzą w rolę dinozaurów, a te przecież wymarły na własne życzenie, gdyż nie potrafiły przystosować się do zmieniajacego sie klimatu i nowej rzeczywistości.
Dlatego nadal polecam książkę mojego przyjaciela, bo ona pomoże zrozumieć istotę sprawy, bo żeby dyskutować należy posiąść pewną wiedzę.
Na marginesie powiem, że mój kolega Władek (niepoprawny ateista), który robił korektę książki przed drukiem, zaczął inaczej postrzegać religię i wiarę w Boga. Może się nie nawrócił, ale przynajmniej zaczął myśleć w innych kategoriach o sensie istnienia Boga. Myślenie metafizyczne też ma kolosalną przyszłość.
No i sami świadkowie też powinni się zastanowić i zrozumieć, że prawda ma trzy oblicza jak mawiał śp ks. prof. Tischner - święta prawda, tyż prawda i gówno prawda. Nie wierzę, aby ktoś posiadł prawdę objawioną i absolutną. Jednak takie przekonanie może ranić innych i prowadzić do pychy i wywyższania się nad innych i inaczej wierzących, czyli do śmiertelnych grzechów. Jednak kto jak kto, ale świadkowie Jehowy powinni znać ten cytat z Biblii: "Coście uczynili jednemu z moich maluczkich, mnieście uczynili". A czynić dobro może każdy i to niezależnie od wyznawanej religii i wartości. Bo można wierzyć jak się chce, można wcale nie wierzyć, ale można czynić dobro. Bo moim zdaniem nie ma złych religii, a są jedynie źli przywódcy duchowi - starsi zboru, księża pastorzy, etc... I o takich można przeczytać w książce mojego przyjaciela.
*

Przesłanie autora, które tłumaczy to, co przekazał na tylnej stronie okładki.
Każdy z nas pewnie doświadczył odwiedzin świadków Jehowy, którzy chodzą od domu do domu, od drzwi do drzwi. Wielu wysłuchało ich nauk i zapewień o życiu wiecznym, Kólestwie Bożym na ziemi, czy coś w tym stylu. Różnie ich przyjmowano w domach. Nieraz ich nie wpuszczano, a bywało, że i wyganiano. Oni jednak niestrudzenie co jakiś czas upierdliwie powracają, aby nas nauczać, albo pouczać.
Ja, jak już wiecie z moich wcześniejszych wpisów do nieba się nie wybieram, do królestwa bożego również, no i nie jestem pewien, czy chciałbym żyć wiecznie na tym łez padole. Ja po prostu wierzę w reinkarnację i w to, że na lepsze życie w przyszłym wcieleniu muszę sobie zarobić dobrym życiem doczesnym.
Z niekłamanym zadowoleniem doczekałem się książki mojego przyjaciela Henia Adamczyka - "Świadkowie Jehowy" z podtytułem - "Historia Działalności i Przemian", którą w ostatnich dniach otrzymałem wraz z dedykacją. Nic więc dziwnego, że natychmiast wziąłem się za czytanie. Muszę dodać, że jej pierwotny tytuł miał być "Dinozaury mogą wymrzeć na własne życzenie". Nie ukrywam, że książka mnie wciągnęła i to nie dlatego, że są w niej moje sugestie i stwierdzenia terapeutyczne, o czym autor napisał wraz z moim nazwiskiem, ale dlatego, że jest po prostu świetna i mądrze napisana.
W pierwszej części Heniu przedstawia historię Chrześcijaństwa od Chrystianizmu, przez Średniowiecze, Reformację, Kontrreformację po dzisiejsze czasy oraz historię świadków Jehowy od Badaczy Pisma Świętego, przez Russela, Rutherforda, Knorra po dzisiejszą Organizację, bo tak się świadkowie Jehowy nazwali. W drugiej części jest opisana historia świadków w Polsce i Europie Wschodniej, ich przemian od Stowarzyszenia Badaczy Pisma Świętego, okresu zakazów i szykan, po dzień dzisiejszy Organizacji. Bardzo ciekawe i pouczające są autentyczne przykłady doświadczeń wielu Świadków, którzy zostali przez głupotę, fałszywe ambicje i ciasnotę umysłu ich braci i sióstr duchowych, starszych i zachowawczą postawę ich władz (starszyzny) w Domu Betel w Nadarzynie k. Warszawy bardzo skrzywdzeni. Część z nich po prostu odeszła z organizacji, badź odsunęła się do przedostaniej ławki w Sali Królestwa. Na zakończenie jest słownik wyrażeń i określeń używanych przez Organizację świadków Jehowy.
Autor tej ciekawej i pouczajacej książki sam był przez wiele lat aktywnym członkiem tej społeczności. Człowiekiem, który doświadczył na własnej skórze szykan władz komunistycznych w PRL, odsiadywał wyrok więzienia za odmowę służby wojskowej, doszedł nawet do mianowania na Starszego Zboru, aby po latach odejść od nich. Nie ukrywam, że jego odejście było dla mnie czymś niezrozumiałym i wręcz nieprawdopodobnym, ale gdy mi opowiedział swoją historię i dojrzewanie do tej ostatecznej decyzji (mam ją nagraną na taśmie), to zrozumiałem jego wybór. Swoją drogą zawsze się dziwiłem, że Człowiek takiego formatu, tak inteligentny i o światłym umyśle i szerokim horyzoncie postrzegania świata, i ludzi, jest świadkiem Jehowy. Dlatego zrozumiałem jego decyzję, gdy na własnej skórze doświadczył "łaski" miłosierdzia od innych starszych i sług pomocniczych. Dla Henia już było za ciasno i za duszno w kostniejącej organizacji teokratycznej, która wzorem Amiszów nie dostrzega przemimn zachodzących wokół nich i jest coraz bardziej zamknięta na otaczajacy ich świat. Świat w którym My żyjemy jest dla nich dziełem szatana, którego należy za wszelką cenę unikać. Dlatego bardzo gorąco polecam Henia książkę.
*

Książke można nabyć przez kontakt mailowy ze mną - cena 20 zł + ok. 4 złotych przesyłkę.
*
Żaba, ja rozumiem Twoją zgorzkniałość, zamknięcie się w własnym świecie i dość cierpkie komentarze pod moimi wpisami. Jednak ja jestem jaki jestem, a że jestem osobą dość znaną i jak mniemam szanowaną, i na dodatek param się pisaniem, więc nie dziw się, że bywam zapraszany na różne salony i nieraz gadam do kamery, mikrofonów i do gazet. Ja po prostu już tak mam i taka jest moja karma, co nie znaczy, że jestem próżny i prę po trupach na szkło. Nie muszę przeć, bo jestem jaki jestem - kocham i szanuję ludzi, no i pomagam potrzebującym. Bo jakoś wierzę w biblijny cytat z Listu Jakuba 4.17 - Kto umie dobrze czynić, a nie czyni, grzech ma. Jest on też bliski filozofi buddyjskiej - możesz wierzyć w co chcesz, możesz w nich nie wierzyć, czyń dobro.
No to sobie pogłosowaliśmy i przez parę dni czuliśmy się prawie właścicielami laptopa. Przy czym prawie to jeszcze nic nie znaczy, ale zawsze to jakaś nadzieja. Wyszło jak wyszło, laptopa ktoś inny i to spoza naszej paczki capnie, ale cośmy sobie poużywali to nasze.
Swoją drogą szczena mi opadła na kolana, gdy zobaczyłem, że mój blog uplasował się na bodaj 23 miejscu, a nade mna usadowiła się Violka. Cóż, może być i tak, bo aż taki pruderyjny nie jestem. Cieszyłem się, że nasza blogowa brać, też była bardziej na przodzie i kibicowałem im wygranej. Nie powiem, parę złotych poszło w eter, ale czego się nie robi dla dobra maluczkich. Jednak ten konkurs spowodował, że staliśmy się bardziej rozpoznawalni w blogowym świecie. I to jest ta dobra strona konkursu. Dlatego wszystkim, którzy zagłosowali na mnie serdeczne podziękowania, albo chrześcijańskie Bóg Zapłać*.
Przed chwilą zadzwonił mój kolega Heniu (ten od wierszowanych Psalmów), który obwieścił mi, że ma dla mnie swoją nową książkę, która pachnie jeszcze farbą drukarską. Ucieszyłem się bardzo, bo nie ukrywam, że dość długo czekałem na jej wydanie, ale jak napisano w Piśmie - czekajcie, a będzie wam dane. Wiem z grubsza o czym będzie książka, ale napiszę o niej jak ją przeczytam i wiem, że wzbudzi ona dużą ciekawość. Bo są to jego przemyślenia i refleksje, gdy po kilkudziesięciu latach uczestniczenia, odszedł od Świadków Jehowy. Odszedł, bo chciał się rozwijać zawodowo, duchowo i intelektualnie, co mu się wspaniale udało.
Na zakończenie moich wywodów chciałbym napisać coś ze wspomnień. Może ta zima tak mnie wspomnieniowo nastraja, a działo się to zimą właśnie.
Była to już ostatnia moja zima w Bieszczadach, gdyż moja kara więzienia za warcholstwo i godzenie w pryncypia ustroju PRL przez udział w "niesłusznej" manifestacji robotników w Szczecinie, powoli dobiegała końca. Późną jesienią, gdy fajansiarze kończyli swoje wyroki, bądź wychodzili na warunkowe, nas, starych garusów przenoszono z namiotów do baraku. Ja już wtedy byłem starym bieszczadnikiem, więc nic dziwnego, że zostałem starszym celi, a raczej pokoju w baraku bez krat, murów i tego całego więziennego badziewia, które izoluje kryminalną brać od zdrowej tkanki społeczeństwa.
Pod moją komandą było dwóch wafli - Julek i Kazek. Nie byli to jacyś groźni przestepcy, ale takie wsiowe obwiesie, co to zadymę na zabawie zrobili, albo podprowadzili w innej wsi kury i kaczki. Dlatego śmiałem się z nich, że siedzą za "ak" - a kury, a kaczki. Nie powiem, fajne były to chłopaki i choć niezbyt lotni na umyśle, bo ich IQ plasowało się w dolnej strefie stanów niskich, to swój spryt mieli.
Po pobudce, jak klawisz zlustrował pokój, Julek dawał komendę - Dosypa! No i obaj wskakiwali do łóżek aż im przydeptane troki kazionnych kaleson furczały. I tak sobie dosypiali do śniadania. Jednak kiedyś ich szczęście opuściło i klawisz ponownie wszedł do sali... Oczywiście ich opieprzył, a mnie najbardziej. Bardziej mnie ta sytuacja śmieszyła, niż złościła, ale dla proformy opieprzyłem Julka, bo to on był animatorem codziennej dosypy. Powiedziałem mu z udawaną złością: - A co se kurwa mać myślisz, że jesteś jakąś ważną PERSONĄ, której pobudka nie rusza. Julek spode łba mi się odgryzł, że nie jest żaden PERSONEL, a raczej ja jestem tym personelem. Biedak nie zrozumiał tego słowa. Od tej pory często nazywałem go VIP-em, albo zacnym mężem. Julek nie kumał co to znaczy, bo o VIP-ie nie słyszał, a na moje tłumaczenie, że to z angielskiego -very important person, tylko roździawiał gębę. Natomiast słowo MĄŻ kojarzyło mu się tylko z małżeństwem. Jednak zawsze mnie prostował, że nie jest żonaty, a jest kawalerem całą gębą. Za VIP-a nie wiedział jak się zabrać, więc wolał go przemilczeć.
Na szczęście na codzień porozumiewaliśmy się gwarą (kminą) więzienną, bo inaczej bym się z Julkiem i większością kićmanów nie dogadał. Orłów wtedy w więzieniach raczej nie było.
* niepotrzebne skreślić.
Została mi zmieniona kategoria z literackiej na "Ja i moje życie" Komu podoba się mój blog niech wesprze biednego bliźniego swego i wyśle esemesa na nr 7144 wpisując mój numer konkursowy - G00674. Z góry serdeczne Bóg Zapłać.
*
Robiłem porządki w moich papierach i wpadła mi w ręce pożółkła teczka z wycinkami moich artykulów z gazet. polemik, a nawet recenzji z mojej "twórczości". Przeglądając wycinki doznałem dziwnego uczucia i przekonania, że kiedyś (po upadku komuny) była prawdziwa wolność słowa, a politycy i osoby publiczne były bardziej odporne na krytykę. Nie to co teraz, gdy byle dupek z sołeckiego świeczniczka ciąga dziennikarzy po sądach za zniesławienie. Pomyślałem sobie, że gdybym teraz tak pisał, to z sądu i tiurmy bym nie wyszedł. Podobnie było z moim programem w lokalnej telewizji "TV Głogów" , do którego mnie zaprosił mój kolega (szef i właściciel TV), abym zrobił swój autorski program. Andrzej, bo tak ma na imię mój kolega, wyszedł z założenia, że skoro dobrze piszę, to i pogadać przed kamerą potrafię. Nie powiem bardzo się starałem, ale...
I tak powstał mój program "Moim skromnym zdaniem - czyli słów kilka Michała Cimka" . Gdy szła czołówka programu, to przygrwywała mi tyrolska muzyka z jodlowaniem. Oj było jajcarko. Nie powiem żebym nie gadał, a gadałem jak najety. Nic to, że nie miałem aparycji (miałem image a'la Kuroń) i techniki Tomasza Lisa i bardziej przypominałem Kubę Wojewódzkiego, gdyby przytył z 30 kg. Co tam wygląd, grunt, że język miałem równie siarczysty i nie obcyndalałem się zanadto. Miałem swoich zwolenników, a i nie brakowało przeciwników, którzy usiłowali zdjąć progrm z anteny. Jednak Andrzej nie ulegał naciskom i zawsze mnie wybronił, wiec program szedł nadal. Został zdjęty po kilku miesiącach, gdy Andrzej sprzedał telewizję miastu & ska. No i wtedy wiedziałem, że już sobie nie pogadam, bo jacy politycy zechcą hodowć żmiję na swem łonie. Ale co sobie pogadałem to moje. A jaki rozpoznawalny byłem. Nie ukrywam, że wiele moich wystąpień szło na żywo i wychodziły jaja, gdy się zacukałem i zamiast powiedzieć "ma trwać", to ja dukałem trwać mać, mać trwać, twa mać i kurwa mać... To se ne vrati, a szkoda.
Szczególnie jedna recenzja mojego nieżyjacego kolegi redaktora Maćka Wierzbickiego z "Gazety Lubuskiej" przykuła moją uwagę. Nie powiem, Maciek mi deczko dowalił, ale w sumie pochwalił. Pewnie nie chciał się narazić moim fanom. Oj lubiłem Maćka, choć z nim często polemizowałem i dlatego co roku zapalam znicz na jego grobie.
*

Recenzja Maćka Wierzbickiego.
Szkoda Maćku, że tak szybko i tragicznie odszedłeś, ale cośmy sobie popolemizowali to nasze.
Pozostały mi jedynie wspomnienia, ludzka pamięć i kaseta VHS z nagranymi programami, które koledzy z TVG mi skopiowali.
Została mi zmieniona kategoria z literackiej na "Ja i moje życie" Komu podoba się mój blog niech wesprze biednego bliźniego swego i wyśle esemesa na nr 7144 wpisując mój numer konkursowy - G00674. Z góry serdeczne Bóg Zapłać.
*
Diabli mnie chyba namówiły, aby wystartować do konkursu na Bloga Roku. Niby nic wielkiego, ale jakoś sobie poradziłem z zapisami i innymi duperelami. Ba, nawet zapisałem się do kategorii literackiej, ale czujne oko jurorów zmieniło mi kategorię na "Ja i moje życie". Widocznie moje wpisy są mało literackie, a bardziej życiowe. A niech tam, może być.
No i się zaczęło. Idzie mi co prawda, jak mawiają Amisze, skromnie, ale mam już dwie uśmiechnięte mordki przy moim blogu, a to oznacza, że zagłosowało na mnie przynajmniej sześć osób. A to już coś. Na szczęście nie można z tego samego telefonu zagłosować dwa razy na ten sam blog, o czym przekonała się moja małżonka, która chciała dać mi drugi głos. Po wysłaniu esemesa wyskoczył komunikat, że nie można po raz drugi, a co najwyżej na inny blog. Przynajmniej tu jest uczciwie. No to czekam na głosy, ale nie łudzę się, że będę w czołówce. Aż taki popularny to nie jestem. No i zdobycie laptopa w nagrodę nie wpędza mnie w zachłanność, bowiem wolę swój stacjonarny komputer - prawie że nowy i to po niedawnej konserwacji, i sformatowaniu. Ale póki co, to głosujcie rebiata do 21 stycznia godz. 12.00, abym godnie opuścił plac boju na tarczy.
Życie nie znosi próżni, a moja facjata wzbudza zaufanie, więc gdy wracałem z pracy w Przemkowie dosiadł się do mnie jakiś facio, deczko podcięty i to z takich "ą, ę". Nie powiem żebym się z nim nudził, bo nawijał mi makaron za uszy o marnościach tego łez padołu. Mógłby sobie gadać do woli, ale wnerwiało mnie, że jako przerywnika używał, a raczej nadużywał słowa "poniekąd". Może z hrabiów był? Po pół godzinie, bo ile można słuchać poniekądowania, dość grzecznie, ale stanowczo kazałem mu spadać na zbity dziub... Poniekąd. Baron się obraził i milczał z pięć minut. Później zaczął swoje poniekąd, ale w oddali widziałem już rogatki Głogowa, więc nie ponawiałem wcześniejszej propozycji... Poniekąd.
Zima jeszcze trwa, władze miasta robią co mogą aby nam ulżyć w wędrówkach po chodnikach i drogach osiedlowych - pryzmując, albo wywożąc zwały śniegu. Dobre i to.
Denerwuje mnie, że zaczął się sezon wyborów do Rad i na Prezydenta RP, a tym samym zaczynają się walki osiłków na obietnice, deprecjonowanie przeciwników, etc... Staram się być ponad to, a dyrdymałki o świetlanej przyszłości przyjmuję z przymróżeniem oka i zaraz je koryguję o 50%, co i tak świadczy o moim niepoprawnym optymiźmie. Jednak najbardziej realna będzie podwyżka emerytur i rent od marca. Coś mi tam pewnie skapnie. Ale póki co, to podziwiam polityków, którzy usiłuje spieprzyć to, co jeszcze zostało do spieprzenia.
Pragnę poinformować, że posiadam jeszcze kilkanaście egzemplarzy moich dwóch książek "Wędrowiec czyli skrzydlata dusza" i "Usłyszałem pukanie od spodu", które mogę opędzlować. Kontakt przez moją pocztę mailowa podaną na blogu.

Została mi zmieniona kategoria z literackiej na "Ja i moje życie" Komu podoba się mój blog niech wesprze biednego bliźniego swego i wyśle esemesa na nr 7144 wpisując mój numer konkursowy - G00674. Z góry serdeczne Bóg Zapłać.
Zimę mamy w pełni i nie zanosi się, aby nam szybko odpuściła. Mnie tam rybka, bo do zim jestem przyzwyczajony z dzieciństwa i młodości. Bo wtedy to były dopiero zimy. Teraz śnieżek deczko popada, mrozik ścisnie i wszyscy wołają: Larum grają Panie Wołodyjowski. Kraj w potrzebie, śnieg nas zasypuje, a ty za łopatę nie chwytasz i na pług nie siadasz! Oj cieniutko widzę kondycję naszego społeczeństwa, którą zimowy dopust wpędza w paranoję i deprechę. Nie powiem, ale wczoraj gdy wysiadałem z busa, to wpieprzyłem się po kolana w wał śniegu, który drogowcy utworzyli na chodniku odśnieżając ulice. Nie było to przyjemne, ale jakoś się wygramoliłem i szlus. Pomyślalem sobie tylko - aby do wiosny...
Pamiętam zimy w Bieszczadach i nasze wędrówki przez skuty lodem San do pracy przy wyrąbie lasu, czy oczyszczaniu z krzaków tras przyszłych stokówek. Oj rąbało się rąbało... do kolan oczywiście, bo kto by tam się bardziej schylał, Ścinaliśmy olchy, aby przygotować front pracy dla drwali i pilarzy, którzy scinali dorodne buki i sosny. Ono to cięli nieco niżej, bo liczyły się cenne metry, za które im płacono. Ciężkie konie zrywały te ogromne, oczyszczone z gałęzi drzewa na dół, a tam ładowano je na duże samochody, których koła były zakute w łańcuchy, aby jakoś trzymały się drogi. Wieczorami widać było watachy wilków sunacych grzbietem Otrytu i słychać było ich wycie w księzycową noc. A, że nieraz dranie cielaczka z obory wyprowadzili jak głód ich przycisnął, to inna sprawa. To był właśnie koloryt Bieszczadu - warkot pił, pokrzykiwania wozaków, soczyste przekleństwa drwali i wycie wilków. I te wszechobecne ogniska przy których suszyło się ubrania, gumofilce i szykowało posiłki. No i te naturalne mielerze, w których węglarze wypalali wegiel drzewny i te okrutne opowieści bieszczadzkiej braci o wilkach, niedźwiedziach i o tych co śnieg ich przysypał i dopiero wiosną ich odnaleziono. Deczko sztywnych jak się domyślacie.
Za to wiosną, gdy śniegi puściły aż miło było patrzeć jak nasze pniaki po olchach sterczą ponad metr nad ziemią. Ale kto by się tym przejmował.
Bieszczady teraz są nieco inne i nie prowadzi się już takiego wyrębu na hura. Nie ma już mielerzy, a są metalowe piece retorty, w których wypala się przez cały rok. Jednak zakapiorska dusza przetrwała, no może nieco się ucywilizowała, ale jest. Pozostały też wspomnienia i zarośnięte olchą samosiejką miejsca po dawnych ośrodkach dla więźniów, bo Bieszczady w latach siedemdziesiątych ogromnym więzieniem były. Tak samo odeszło w niebyt powiedzenie, że w Bieszczadzie to tylko kurwa, złodziej, leśnicy ,zakapiorzy i paru miejscowych bieszczadników. Ale klimat tamtych czasów pozostał, podobnie jak ludzka życzliwość i solidarność, aby w nich przetrwać. I dlatego kocham Bieszczady i Zakapiorów co jeszcze żyją, i są solą, a czasami wódką tej ziemi.
Dlatego nie narzekam na zimę i ze stoickim spokojem mówię - oby do wiosny.
*
Zima w Bieszczadach (zdjęcie mojej znajomej Madzi Słota).
*
A póki co, to się uodparniam na akwizytorów, którzy niczym Mikołaje za "darmo" przezenty rozdają, no i na Świadków Jehowy, co mi wieczne królestwo boże na ziemi obiecują. Aczkolwiek jedni i drudzy bywają sympatyczmi.

Blog Roku 2009 w kategorii Blogi literackie
http://www.blogroku.pl/michalc30,gwb5d,blog.html
Nr G00674
Wierzę, że życzenia się spełniają, choć niektore nawet na wyrost. Ale co tam, przecież od nadmiaru szczęścia sfiksować chyba nie można.
Ledwie się zaczął nowy rok, a już mój dom odwiedziły sympatyczne panienki z tajemniczymi pakunkami. Na Świadków Jehowy mi nie wyglądały, bo nie miały Biblii w garści. Prędzej na jakieś zapóźnione Śnieżynki od Dziadka Mroza. Po paru zdawkowych pytaniach odnośnie mojej odporności na reklamy, urocze dziewczęta postanowiły obdarować mnie żelazkiem, które prasuje wiszące firany i spodnie wdziane na dupę. Zapewniały mnie, że to prezent za friko, a warunkiem jego otrzymania jest reklamowanie tej nieznanej mi firmy żelazkarskiej. A co mi tam - pomyślałem sobie i wpuściłem dzierlatki z tobołami na pokoje, bo jakoś niezręcznie było przez próg rozmawiać. Oczywiście, że nim weszły, to się upewniłem czy to jest faktycznie prezent i czy nie kryje się w tym jakiś finansowy haczyk. Obie dzierlatki unisono zapewniły mnie, że nie...
W salonie dały dopiero popis swojej reklamowej elokwencji, więc poprosiłem żonę o wsparcie. Po jakimś czasie do zelazka zapragnęły nam dołożyc jeszcze ekspres ciśnieniowy i robot kuchenny z mikserem, co to zmiksuje wszystko, nawet wredą teściową. Co prawda moja teściowa już dawno buja w niebiesiech, ale moich dzieci nie. Cały czas urocze niewiasty zapewniały nas o darmowej darowiźnie za reklamę tego super sprzętu. Było miło jak diabli, a ja z nadmiaru szczęścia poszedłem sobie zapalić do kuchni cedując sfinalizowanie operacji na małżonkę.
W tym czasie wrócił syn z pracy i zaczął się śmiać jak usłyszał bezpłatne oferty uroczych dzierlatek. Powiedział mi tylko - oj tata, ale jesteście naiwni bo za chwilę usłyszycie, że jednak płacić trzeba. Faktycznie usłyszałem jak żona odmawia płacenia i to w jakimś szemranym Żaglu cotygodniowych rat po TYLKO 28 złotych. Ja nie jestem żeglarzem, żona też, a firma Żagiel ma dla mnie gansterskie konotacje i nigdy z nimi interesów nie robię.
Widocznie szczęście nie jest wieczne i trwa chwilę, bo okazało się, że aby otrzymać te całkiem darmowe prezenty, to trzeba zapłacić za transport tego badziewia i ubezpieczenie (aby go pewnie ktoś nie podpierdolił) 400 złotych. Syn zarykiwal się ze śmiechu, żonie i mnie gul skoczył, więc przestaliśmy być mili i zdecydowanie pożegnalismy urocze dzierlatki, które z zawiedziona miną opusciły mój gościnny salon. Również z tym żelazkiem co nam dały w prezencie na samym początku miłej konwersacji.
Po ich wyjściu szybko sobie przekalkulowałem, że za cztery stówy to ja sobie kupię w "Gammie" średniej klasy taki sprzęt i jeszcze mi na tani odkurzacz zostanie. Bo w "Gammie" mam kartę zaufanego klienta i przy każdych zakupach coś utarguję - pendrajfa, kartę pamięci, kabel USB i to nawet gdy w promocji kupuję. Bo jak się robi od powstania tego sklepu zakupy, to ma się poważanie. Bywało na początku, że jak kart płatniczych nie było, to płaciłem czekiem, który wystawiałem dopiero na drugi dzień i zanosiłem do sklepu, gdy z towaru już korzystałem.
A swoją drogą pewnie się starzeję, że uwierzyłem w darmowe prezenty, garbate aniołki i proszone obiadki. Teraz wiem, że piękne oczka i usteczka mogą kłamać. Ba, łgać jak bura suka Ludwika Dorna. Być może ten najazd akwizytorek wynikał z akcji "wielki naciąg" (od naciągania), coś na wzór "wielka wyprz", którą nas raczą reklamy w massmediach. Ale co sobie pogadałem, to moje. A co!
Aby podnieść mój potencjał szczęścia, to na drugi dzień odwiedzili mnie Świadkowie Jehowy, którzy oferowali życie wieczne. Niestety odmówiłem, bo uważam, że limit szczęścia w pierwszym tygodniu stycznia jest na wyczerpaniu, a jutro jadę przecież do Miłkowa na dyżur, a zimowe drogi....
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 219379

Nazywam się Michał Andrzej Cimek.
Pretenduję na wykształciucha i do "łże-elit" ". Stoję tam gdzie niegdyś ZOMO, bo po przegonieniu ich pilnuję miejsca, aby nie wrócili. Pochodzę z Głogowa - historycznego miasta nad Odrą na Dolnym Śląsku. Chociaż urodziłem się w Lesznie w Wielkopolsce, to poczęty zostałem w obozie dipisowskim w Niemczech w strefie okupacyjnej amerykańskiej. Przed moim poczęciem rodzice zostali związani świętym węzłem małżeńskim w polskiej misji wojskowej, przez polskiego kapelana wojskowego, który jako stary wiarus lubił sobie deczko golnąć. Jednak wierzę, że przy tak ważnym wydarzeniu jak ślub moich rodziców był trzeźwy. Po przyjeździe w 1946 r. do Polski okazało się, że nasze władze nie czekają z entuzjazmem na powracających ze "złej" strony. Było, minęło, a komuna padła jak pies Pluto na mordę. Jest w tym też i odrobina mojej zasługi, gdyż byłem w opozycji od 1970 roku. Brałem udział w wydarzeniach grudniowych w Szczecinie w 1970 roku, za co zostałem osądzony i zamknięty w więzieniu z czego dwa lata odsiedziałem w Bieszczadach. Z zawodu jestem certyfikowanym terapeutą uzależnień, a z zamiłowania pisarzem, publicystą, krytykiem literackim. Jak mnie co wkurzy, to piszę komentarze polityczne na...Mam nawet swoje miejsce w Wikipedii. Więcej grzechów nie pamiętam...
Mój e-mail: michalc30@wp.pl
link mojego blogu: http://michalc30.bloog.pl
Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jes...
więcej...Jest to blog poświęcony moim wspomnieniom z wędrówek po górach, a w szczególności po Bieszczadach, które pokochałem. Nie brak w nim innych moich przemyśleń związanych z literaturą i poezją. Nie jest i nie będzie to blog polityczny, bowiem obecna polityka to szambo niegodne opisywania. Co najwyżej, bedą jaja z polityków, ale z umiarem. Nie będzie to blog religijny, bowiem jako agnostyk nie chcę się o niej wypowiadać. Podobają mi się blogi o takiej tematyce i chętnie je czytam pod warunkiem, że nie są "nawiedzone" i szkalujące jak "Radio Maryja" padre Rydzyka, czy jak mu tam. Podziwiam też tych, którzy dostąpili łaski wiary, ale się z nią nie obnoszą. Bowiem napisano w Piśmie: Błogosławieni cisi..., albowiem oni dosiągną królestwa Bożego. Góry, wycieczki, ciekawe miejsca, lieratura i poezja, a także odrobina filozofii, to jest właśnie TO... Dlatego zapraszam na niego wszystkich, którzy blog i mnie zaakceptują. "NON OMNIS MORIAR" jak rzekł Horacy.
schowaj...Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj: